Uroda na rzep i klej - czyli jakie tajemnice skrywają niektóre kobiety

Fot. Caitie D, CC-BY-ND-2.0 / Uroda na rzep i klej - czyli jakie tajemnice skrywają niektóre kobiety.
Ostatnio urządzałam parapetówkę z motywem przewodnim z filmów Tarantino. Mój mąż Michał dokleił sobie pokaźnych rozmiarów bokobrody i wyglądał jak kowboj spod ciemnej gwiazdy. Jeden z pekaesów znalazłam rano na poduszce i wyobraziłam sobie co by było, gdyby to on coś podobnego odkrył na swojej poduszce, ale z mojej strony. Tips, pasmo włosów czy kępki rzęs też nie należą do zbyt apetycznych, kiedy lądują samotnie w pościeli. Podejrzewam, że zrobiłoby mu się równie niedobrze, jak mi kiedy znalazłam ów kawałek sztucznego futra odklejony z jego skroni.

Ilekroć mam zapuścić włosy, tylekroć je obcinam - westchnęłam u koleżanki fryzjerki na fotelu.
- To może zrób sobie doczepy? - zaproponowała.



Nigdy w życiu! Nie wyobrażam sobie nosić czegoś tak sztucznego przy skórze. I pomimo, że wiem, że te najdroższe robi się z naturalnych włosów, to działa na moją wyobraźnię jeszcze gorzej. Nosić czyjeś włosy na swojej głowie? Dopóki nie muszę - to się nie skuszę. Zresztą pamiętam kilka sytuacji, kiedy któraś z moich znajomych z doczepami, zapomniała się i związywała włosy. I wtedy oczom wszystkich ukazywały się „zgrzewy”, które wyglądają jak końcówki sznurowadeł. I czar pryskał. Kobieta może być najpiękniejsza, ale kiedy odkryje się, że jej piękno jest na rzep, zgrzew czy klej - pozostaje tylko rozczarowanie.


Ale oczywiście doczep doczepowi nierówny. Ostatnio na konferencji spotkałam dwie koleżanki. Jedna z nich nigdy nie miała fryzury z wybujałą objętością a la Zbigniew Wodecki, a tym razem coś mi podpadło.

Gośka wyglądała przepięknie, z burzą długich, ciemnych włosów na głowie. Prezentowały się tak naturalnie, że nie śmiałam zadawać pytań. Druga koleżanka, z naturalnej brunetki powoli zamienia się w blondynkę i spod jej czarnych naturalnych włosów z rozjaśnionymi końcami, wyłoniły się blond pasma. Różniły się wszystkim: grubością, więc i ciężkością, blaskiem, no i kolorem. Były platynowe i na tyle odcinały się od reszty, że zapytałam, dlaczego, po co i gdzie przedłużyła swoje gęste i długie włosy.

Oczywiście wtedy dowiedziałam się, że Gośka też doczepiła sobie kilka dłuższych pasm. Ale po pierwsze, zrobiła to w innym gabinecie, a po drugie, fryzjerka, która wykonywała zabieg najpierw dokładnie się przyjrzała jej naturalnym włosom. Sprawdziła ich grubość, strukturę i dobrała bardzo zbliżone do nich, choć hinduskie włosy naturalne. Następnie zafarbowała i naturalne i hinduskie doczepiane pukle na jeden i ten sam kolor farby. Efekt był powalający, ale adresu salonu nie podam celowo (za każdym razem kiedy to robię, jestem posądzana o kryptoreklamę).

I ten przypadek dziewczyny, która wyglądała z doczepionymi, zagęszczonymi i przedłużonymi włosami supernaturalnie - dał mi do myślenia. Może doczepy nie są takie złe? Pod warunkiem, że wykona je profesjonalistka lub profesjonalista, który się na tym naprawdę zna. Kiedy są dyskretne i niemal niewidoczne, mówimy im TAK. Jeśli zaś odcinają się od reszty włosów i wyglądają jak kawałki plastiku, zdecydowane NIE.

I już już cieszyłam się, że to jednak dobrze, że można w dzisiejszych czasach poprawić nieco naturę, aż trafiłam do salonu manikiuru i pedikiuru.

Manikiurzystka, która wykonywała mi zabieg miała miotły zamiast rzęs. Ich długość była tak nieprawdopodobna, że nie mogłam przestać się w nią wpatrywać. Rzęsy zawijały się na łuki brwiowe i odciągały uwagę od czegokolwiek. Ta dziewczyna mogłaby nosić makijaż albo i go nie nosić, wyglądać równie dobrze pięknie, jak i nieciekawie. I tak widać było rzęsy i tylko rzęsy. Zachodziłam w głowę z czego są: jedwabiu, plastiku, a może foczego futra?


Ale jednak wydarzyło się coś, co zrobiło na mnie jeszcze większe wrażenie. Kiedy druga, równie rzęsata pani manikiurzystka na stanowisku obok, zdjęła jednorazowe rękawiczki, w których przeprowadzała zabieg, odebrało mi mowę… Jej dłonie zdobiły kilkucentymetrowe tipsy wymalowane w esy floresy. Tęczowe. Dwa paznokcie były dodatkowo ozdobione błyszczącymi dżetami. A cały manikiur zakończony w szpic. Wtedy tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że niestety sztuczne poprawianie urody może szkodzić. I to nie tylko osobie, która z takich zabiegów korzysta, ale i jej otoczeniu.

Oprócz 15 minuty zadumy w jaki sposób z pięciocentymetrowymi szponami można myć się, ubierać, pracować jako manikiurzystka (!) ba, wysyłać sms, nie wytrzymałam i zadałam jej wprost pytanie: Jak pani z tym czymś żyje? - Normalnie pani Marysiu, to kwestia przyzwyczajenia.

Ta złota myśl, będzie dziś moją przewodnią. Jeżeli życie ze sztucznymi włosami, paznokciami i rzęsami jest kwestią przyzwyczajenia, to ja wolę przyzwyczaić się do moich naturalnych. Krótkie paznokcie są naprawdę OK, włosy nie muszą gęstością przypominać tych z reklamy szamponu, a na rzęsy świetnie działają wydłużające i zagęszczające maskary lub pewna genialna odżywka, o której może jeszcze kiedyś napiszę…
Trwa ładowanie komentarzy...