Mówimy NIE otyłości dziecięcej

Joanna Gorzelińska Fot. Rafał Masłow
Jesteśmy coraz grubsi. W zeszłym roku osiągnęliśmy niechlubne, bo pierwsze miejsce w rankingu na najbardziej otyłe dzieci w Europie, w grupie jedenastolatków. I mamy największy przyrost otyłych małych rodaków. STOP! Na szczęście są osoby, które przynajmniej próbują temu problemowi jakoś zaradzić. Zarażają optymizmem i robią coś dla dobra dzieciaków, żeby żyły zdrowiej i lepiej. Poniżej rozmowa z jedną z nich.

Mama czwórki dzieci, politolog, dziennikarka, blogerka – to tylko niektóre z zajęć Joanny Gorzelińskiej. Właśnie wydała książkę o zdrowym jedzeniu dla dzieci i ich rodziców Piramida w Kuchni, która wyjątkowo przypadła mi do gustu. Nie tylko ze względu na oprawę graficzną i cudne rysunki Agaty Loth Ignaciuk.



W książce podoba mi się, że nie ma tu fanatycznej ekologii, diety wegańskiej i całej ideologii, pt. nie jedzmy nic, bo wszystko jest niezdrowe i trujące. Przeciwnie, pani Joanna zachęca dzieci i rodziców do wspólnego gotowania, do jedzenia WSZYSTKIEGO CO JEST ZDROWE, także ryb i mięsa. Nie atakuje informacjami o tym, że marchewka jest dobra tylko ze sklepu z żywnością organiczną. I jak twierdzi, zdrowe jedzenie wcale nie musi być drogie. Ale książka, to tylko fragment jej działalności w imię szczuplejszych, zdrowszych dzieci.



Skąd wziął się pomysł na napisanie książki kucharskiej dla dzieci?

Mam czterech synów, alergików i zawsze dbałam o to, co dostają na śniadanie, obiad i kolację (chłopcy mają 7, 9, 11 a najstarszy 15 lat).Sporo się nagotowałam ale też napatrzyłam na sklepowe półki uginające się od przetworzonej żywności pełnej chemii, cukru i mąki. Przeraziły mnie statystyki dotyczące otyłości wśród polskich uczniów.

Zamiast narzekać, że dzieci najchętniej jadłyby tylko (niezdrowe) płatki z mlekiem, parówki albo tosty z czekoladą postanowiłam napisać książkę, która zachęci je do gotowania: pierwszej owsianki, jajka na miękko, budyniu z prawdziwej czekolady albo ryby z pieca. Zaprosiłam dzieci do kuchni i odkryłam, że uwielbiają gotować, tylko trzeba im podpowiedzieć, od czego zacząć.Nie jestem fanką krzewienia negatywnych haseł w stylu: „Nasze dzieci jedzą śmieci”. To już wiemy. Tylko, co dalej? Wolę pokazać im, co jeść, żeby mieć mnóstwo energii i zdrowia.



Udało się?

Oczywiście, że tak, jak się chce to można wszystko. Sama wiem, jak rano ciężko zrobić dzieciom kanapki do szkoły, w której spędzają 7-8 godzin. W końcu wszyscy jesteśmy w biegu. Zdarza się, że nie dajemy dzieciom drugiego śniadania tylko parę złoty, żeby mogły sobie coś kupić w sklepiku szkolnym. Najczęściej jest to moneta o nominale 2 lub 5 złotych. Czy da się za to kupić coś zdrowego? Niestety nie. Dzieci najczęściej kupują batony i słodzone soki z marchwi, które reklamują się jako porcja warzyw. I tyle.



I co postanowiła Pani zrobić?

Nie było chętnych do poprowadzenia sklepiku ze zdrowymi kanapkami i przekąskami, więc się sama zgłosiłam na ochotnika.

I prowadzi pani sklepik szkolny? Politolog, dziennikarka, matka czwórki, żona, autorka książek?

Czasami sama jestem na siebie zła, że się na to zdecydowałam (śmiech). Ale kiedy podjeżdżam z pachnącym świeżym pieczywem i widzę jak dzieci na przerwie lecą jak na skrzydłach w stronę sklepiku po pyszne zdrowe śniadanie i przekąski, wtedy wiem, że robię coś naprawdę wartościowego! Poza tym udało mi się zwerbować dwie fantastyczne mamy. Razem jesteśmy w stanie nakarmić zdrowo całą szkołę!



Co można w takim razie u pani w tym sklepiku kupić?

Wodę, soki tłoczone (5 smaków; niesłodzone) w kartonikach z kranem, kakao, herbatęowocową lub zieloną, kawę zbożową, popakowane w paczuszki prażone pestki dyni, słonecznika, orzechy, świeże i suszone owoce, pieczone przez nas ciasteczka owsiane oraz kanapki z żytniej bułki z ziarnami i twarożkiem, grillowanymi warzywami, wędliną, serem, sałatami, łososiem Często eksperymentuję i robię wymyślne połączenia smaków, jak np. serek kozi z granatem. A z dziećmi trzeba powoli, stopniowo uczyć je dobrych smaków. I na początku prawie w ogóle nie sprzedawały się kanapki z pełnego ziarna, więc kupowałyśmy więcej bułek pszennych. Dziś większość dzieci szaleje za żytnimi z ziarenkami! Przekonałam je do zdrowszej wersji kanapek.



Kiedy pani znajduje na to wszystko czas? Jak pani to robi? Ja mam jedno dziecko i jedną pracę i mam wrażenie, że się nie wyrabiam
!

A ja mam czwórkę i oprócz sklepiku szkolnego organizuję też w szkołach i przedszkolach warsztaty o zdrowym jedzeniu, robię zdjęcia, bo moją pasją jest fotografia (wszystkie zdjęcia dań do „Piramidy” zrobiłam sama). Ale spędzam też czas z własnymi dziećmi. Bo boję się, że coś przegapię i że za chwilę wyjdą z domu, a ja zostanę z poczuciem, że straciłam najcenniejsze chwile w życiu na siedzenie za biurkiem. To nie dla mnie!



A w jaki sposób organizuje pani czas swoim synom?

Najlepsze co można zrobić, żeby zmobilizować dzieci do włączenia się do obowiązków, to PRZESTAĆ JE WE WSZYSTKIM WYRĘCZAĆ! To najczęstszy błąd, jaki rodzice popełniają. Bo jeżeli dziecko ma nawet ciekawość poznawania smaków i eksperymentowania w kuchni i pięć razy usłyszy od dorosłego: nie podchodź do garnka, bo się oparzysz, nie krój nożem bo się skaleczysz - to się zniechęci.

Kupiłam też dzieciom psa. I to jest piękna nauka: miłości, fizjologii - tego, że pies robi kupkę, a także porządku - trzeba tę kupkę po nim posprzątać. No i ruchu! Dzięki temu, że w domu jest pies, rodziny są zmuszone wychodzić na spacery. W Wielkiej Brytanii przeprowadzono badanie, z którego wynika, że najmniej otyłych dzieci jest właśnie w domach, w których jest też pies.



Czyli wróciłyśmy do tematu, który jest powodem naszego spotkania. Czego uczy pani książka i w jaki sposób ma zapobiec otyłości u dzieci?

Uczy przede wszystkim tego, że jedzenie jest ważne. I że dzieci są ważne. Nie wolno mówić: Nie mam czasu zająć się kuchnią, bo zawożę dziecko na angielski, francuski i gitarę. Te trzy rzeczy są naprawdę mniej ważne niż odżywianie.

Bo jedzenie daje paliwo, siłę do życia, do działania. Moc, żeby biegać, myśleć, cieszyć się życiem. A rodzice otyłych dzieci wypisują im zwolnienia z w-fu, żeby się źle nie czuły wśród rówieśników z powodu swojego wyglądu. I to jest błędne koło. Brak ruchu i siedzenie przed komputerem i do tego tłuste, pełne cukru jedzenie nakręcają jeszcze spiralę przybierania na wadze.

To książka jest nie tylko zbiorem przepisów, ale widzę, że i poradnikiem?

Tak! Pokazuję dzieciom różnicę pomiędzy tym, jak wygląda fast food (na przykładzie paluszka rybnego) a jak slow food - grillowanej ryby. Podpowiadam, jak mają przyrządzać swoje ulubione smaki, od najprostszych potraw typu: jajecznica, po bardziej skomplikowane, jak zupa pomidorowa czy szarlotka. Namawiam też gorąco, żeby raz w tygodniu usiąść do stołu całą rodziną, a ze wspólnego gotowania uczynić wielkie święto. To bardzo ważne dla dzieci.



A co Pani zdaniem można zrobić, jak to pani mówiła na własnym podwórku, żeby zacząć ewolucję zdrowszego odżywiania się dzieci?

Nie dawać im byle czego do zjedzenia. My dorośli mamy szansę dokonywania wyborów: kupimy sałatkę zamiast pizzy czy zdrowy koktajl zamiast kawy z mlekiem i cukrem. Dzieci dostają pięć złotych na cały dzień i mają same coś wykombinować. A najczęściej mają do wyboru automat z batonami i słodkimi napojami albo sklepik, w którym królują kolejne słodkości. Tak być nie może.

Walczmy o zdrowe sklepiki w szkołach, o usunięcie niezdrowych automatów albo nauczmy dzieci pakować pudełko ze zdrowymi przekąskami na cały dzień. To pierwszy krok, który naprawdę robi różnicę. Pokażmy dziecku, co ma jeść. Dajmy dobry przykład. Zaprośmy dziecko do kuchni, pozwólmy mu zrobić pierwszą kanapkę, sałatkę, ciastko. Krytykowanie dziecka, pt. ile ty jesz słodkiego? Albo: czemu jesteś taka gruba? Powoduje w nim/ niej tylko frustracje, co nakręca kompulsywne jedzenie kolejnej porcji niezdrowych rzeczy.

Czy Piramida w Kuchni jest dla wegan, wegetarian czy dla wszystko jedzących?


Zdecydowanie dla wszystkich. Szlag mnie trafia, kiedy widzę matkę z nadwagą, która może jeść wszystko, a swoje otyłe dziecko zmusza do ciężkiej diety albo weganizmu. Zamiast pomyśleć o sensownym odżywianiu dla całej rodziny albo półgodzinnej przejażdżce rowerowej każdego dnia.

Poza tym dzieci powinny mieć prawo wyboru. Potrzebują żelaza i wapnia, żeby rosnąć i mieć siłę. Dlatego w mojej książce jest i miejsce dla mięsa, ryb i przetworów mlecznych. Jestem zwolenniczką umiaru we wszystkim. Nie przepadam za ekstremalnym wykluczaniem z diety czy życia jakiegoś produktu.



No właśnie, kiedy ja wyruszam z synkiem do zoo, pierwsze „zwierzę”, które widzi to budka z goframi i lodami i kolejkę dzieci, które te słodycze spożywają. Czy zabronić mu takich niezdrowych przekąsek?

Bez przesady. Jeśli dziecko zje gofra ze śmietaną raz na jakiś czas w zoo, ale po tym zoo intensywnie spaceruje, to naprawdę nie ma w tym nic złego. Warto wprowadzić taką zasadę w domu: zjedliśmy suty obiad z deserem - idziemy na rower, żeby go spalić. A raz w tygodniu choćby się waliło i paliło wychodzimy wszyscy, np. na basen. I to powinna być nagroda dla dziecka. A nie baton czy lody. Bo jeśli przyzwyczaimy dzieci do tego, że kaloryczne jedzenie jest nagrodą, nie wyjdzie im to na dobre.



Tak najczęściej robią babcie. Byłeś grzeczny - masz czekoladę w prezencie.

To jest rekompensata tego, czego same w młodości nie miały. W PRLu nic nie było dostępne. I dziś babcie, ale mamy też, chcą dzieciom te własne niedostatki wynagrodzić z nawiązką. Czego efektem jest niestety, nieszczęście - otyłość. A jej leczenie to bardzo żmudny i trudny proces. I także kosztowny. Dlatego ja zawsze na argument dotyczący tego, że zdrowe jedzenie jest dużo droższe - zaprzeczam. Najdroższe są leki i leczenie chorób związanych z niezdrowym odżywianiem się, jak układu krążenia (również jesteśmy w niechlubnej europejskiej czołówce) czy cukrzycy. Taniej i milej, jest nie dopuścić do takiego stanu. Właśnie zdrowym stylem życia: dietą i ruchem.

Marzę o tym, żeby takich osób jak pani było więcej i mam ochotę odwiedzić pani sklepik szkolny!

Zapraszam! Myślę, że będzie nas coraz więcej. Ja urodziłam się, żeby zmieniać świat i właśnie to zaczęłam robić.



Trwa ładowanie komentarzy...