Skąd się biorą trendy? Trend-watchers: Projektanci potrzeb

fot. Małgorzata Kujawka / Agencja Gazeta
O kształcie talerzy, na których jadamy, kolorze swetrów, jakie nosimy, fakturze mebli, jakimi się otaczamy wcale nie decydujemy sami. Teoretycznie jest to nasz wolny wybór, jednak w istocie każdy postawiony przez nas dzisiaj krok został już przewidziany, opisany oraz przeanalizowany kilka lat temu. Z pomocą „łowców trendów” globalne marki prognozują i – co ważniejsze – kształtują nasze pragnienia.

Słowo „trend” utożsamiane jest zazwyczaj z czymś, co jest aktualnie modne. Teraz, tutaj, dziś. Chcemy być modni, więc śledzimy „trendy” na wybiegach czy w pismach lifestyle’owych. Pochodną takiego rozumienia trendu jest upiorny przymiotnik „trendy”, na szczęście mocno już ośmieszony (razem z „si” oraz „jazzy”). Marketingowcy polują z kolei na „trendsetterów”, protoplastów współczesnych hipsterów. Swego czasu tygodniki opinii, na czele z „Polityką”, poświęcały im sporo artykułów. Tajemniczy „trendsetterzy” to grupa docelowa większości reklam, wymarzone stado odbiorców. Napaleni na nowości, rzekomo wypchani pieniędzmi konsumenci.




Być może zdziwi was informacja, że „trendsetterzy” mają znikomy wpływ na globalną modę oraz design. Oni lansują wyłącznie zjawiska, które wcześniej zawarli w swoich proroczych wizjach uważni obserwatorzy, tak zwani trend-watchers. Bo w trendach tak naprawdę nie chodzi o promowanie wydumanych form i kształtów. Bardziej o solidną analizę rynku, potrzeb konsumenckich, sytuacji politycznej i społecznej na świecie. W tym ujęciu trend przestaje być wskazówką estetyczną, a staje się procesem myślowym.

Mistrzynią podobnych badań jest Lidewij Edelkoort. W 2003 roku magazyn „TIME” uznał ją za jedną z 25 najbardziej wpływowych postaci w świecie mody. Matka chrzestna trendwatchingu od lat przygotowuje analizy dla międzynarodowych firm, wykłada na prestiżowych uczelniach, jest dyrektor kreatywną kilku magazynów, a także serwisu Trendtablet.com. W Polsce zaangażowała się ostatnio w otwarcie School of Form, prywatnej szkoły designu w Poznaniu. Edelkoort, przez miłośników nazywana pieszczotliwie Li, jest patronką świeżo powstałej placówki.

Czytaj rozmowę z Edelkoort w magazynie "Another"


To dzięki Li na świecie sukcesywnie rośnie świadomość tego, czym jest moda i design. To ona bez przerwy –w ramach prelekcji, z którymi jeździ po całym globie – podkreśla wartość innowacyjności. W projektowaniu oraz myśleniu. Sukces Edelkoort opiera się na bezustannej obserwacji, na gromadzeniu informacji i wreszcie – na ich analizie. Li udowadnia, że jest w stanie przewidzieć to, jakich wyborów ludzie będą dokonywać za pięć, dziesięć, a nawet piętnaście lat.


Zasady trendwatchingu w Polsce przybliżała już Zuzanna Skalska, „nasz człowiek” w branży. Od lat zajmuje się ona monitorowaniem trendów w różnych dziedzinach przemysłu, pracuje dla największego holenderskiego studia projektowego VanBerlo, jest autorką książek „360°Trend Report” nagrodzonych prestiżową nagrodą Red Dot Design Award 2009 oraz nominacją w Design Award of the Federal Republic of Germany 2011. Skalska wykłada na Uniwersytecie TU/e w Eindhoven, na Wydziale Wzornictwa Przemysłowego. Z racji swojego zaangażowania w powstanie School of Form w Poznaniu (tej samej, co Li Edelkoort), a także współpracy z kilkoma rodzimymi markami, często bywa w kraju. I przy każdej okazji próbuje objaśniać, jakimi mechanizmami rządzi się dzisiaj – w obliczu globalizacji oraz błyskawicznych zmian społecznych – mądre wzornictwo.


Jak to działa? Powiedzmy, że duża marka, produkująca meble oraz ubrania, zwraca się do trend-watchera z prośbą o zbadanie tego, jak powinny wyglądać sygnowane przez nią kolekcje za kilka lat. Potrzebuje tego, by opracować swoją długofalową strategię, a także, by podjąć decyzję o ewentualnej ekspansji na nowe rynki. Trend-watcher, nim udostępni swoją prognozę, zapoznaje się ze statystykami, z szeregiem raportów ekonomicznych, opracowaniami z psychologii itd. Gdy skończy reaserch, zaczyna, niczym Herkules Poirot, proces dedukcji. Skoro dzisiaj jest kryzys, a ludzie czują się zagrożeni, przytłoczeni widmem niespłaconych kredytów oraz bankructwa, to jutro będą szukali bezpieczeństwa, również w designie. Będą otaczać się przedmiotami miłymi w dotyku, obłymi, w przyjaznych kolorach. Skoro dzisiaj straszą ludzi globalnym rynkiem, który pęka w szwach, to jutro ludzie będą lgnąć do tego, co lokalne. Skoro współczesną bolączką są bezduszne korporacje, to jutro konsumenci odwrócą się od cynicznego biznesu i będą wspierać firmy działające etycznie i ekologicznie. Przekładając te dane na język firmy: marka powinna produkować meble stosunkowo tanie i mobilne, jasne, miłe w dotyku i lekkie, w oparciu o lokalne surowce, z poszanowaniem środowiska naturalnego i praw pracowniczych, co powinna nagłaśniać.

To – mocno przez mnie uproszczony – schemat myślowy, którym posługują się trend-watcherzy, a za nimi szefowie globalnych marek. Projektowanie w oderwaniu od społecznego kontekstu jest pozbawione sensu. Podobnie, jak zabroniona jest ignorancja w zakresie nowych technologii. Zuzanna Skalska wielokrotnie podkreślała w wywiadach, że surowce, które przechodzą chrzest bojowy w przemyśle ciężkim lub na przykład w laboratoriach NASA, potem trafiają pod strzechy w mikserach, odkurzaczach, czajnikach. Chociaż nie zawsze o tym wiemy, co dzień korzystamy z owoców technologicznej rewolucji.


Każdy, kto interesuje się przemianami w modzie, wzornictwie, stylu życiu, przynajmniej raz odwiedził stronę Trendwatching.com, na której można znaleźć świeże (i darmowe) prognozy globalnego rynku. Pracownicy serwisu aktualnie przewidują, że furorę w tym roku zrobią firmy otwarte na samo-ulepszanie. Marki, które dopuszczają społeczną dyskusję na temat popełnionych przez siebie w przeszłości błędów. Otwarte na budowanie relacji międzyludzkich, stawiające na szczerość. Czas pokaże, czy mają rację.

Li Edelkoort stawia z kolei na małe wspólnoty. Jej zdaniem będziemy się łączyć w mini-plemiona, a w ich obrębie: pracować, gotować, leczyć się i uczyć.
Owe mini-plemiona to także społeczności w Sieci, które będą się stawały coraz bardziej samowystarczalne. Li uważa, że żyjemy w „epoce szarości”, w której zacierają się kontrasty pomiędzy tym, co męskie, a tym, co damskie. Między minimalizmem a przepychem. Między zbiorowością a indywidualizmem. Na szczęście Li Edelkoort – zapytana ostatnio o to, jak będzie wyglądać lato 2013 – powiedziała, że to będzie wiązka światła w ciemności. I tego się trzymajmy.
Trwa ładowanie komentarzy...