Grupa naTemat

„Spokojnie, on nie gryzie, tylko się bawi”. Koniec tolerancji dla właścicieli psów bez kagańców!

Problem psów bez kagańców to nie tylko ryzyko pogryzień - gorszy jest strach
Problem psów bez kagańców to nie tylko ryzyko pogryzień - gorszy jest strach Fot. Bartłomiej Barczyk / AG
Jak nie ugryzie, to obślini. Jak nie obślini, to nastraszy. Psy bez kagańców to letnia plaga komunikacji miejskiej, chodników, parków i podwórek. Mandaty nie wystarczą. Trzeba społecznego zaangażowania – napominać, zwracać uwagę, może nawet grozić. Niech właściciele się wstydzą, bo brak kagańca to brak kultury.

W dzieciństwie ugryzł mnie pies. Nie amstaff, pit bull czy bulterier - zwykły kundel. Na pewno znacie takie. „To nie jest agresywna rasa”, „nie gryzie”, „on się tylko bawi”, „znam go i mu ufam” – słyszało się tego trochę na podwórku. A ostatnio wyjątkowo często słyszy się w autobusach i na ulicach.


Daleki jestem od stwierdzenia, że każdy pies to potencjalny morderca. Nie jestem hejterem, który czworonogi najchętniej uwiązałby przy budach na półmetrowym łańcucu. Ale gdy widzę psa bez kagańca, który przysiadł obok mnie w autobusie czy tramwaju albo który pędzi w moim kierunku, gdy akurat biegnę przez park, szlag mnie trafia.

Wierzę ekspertom, którzy od lat powtarzają, że nikt nie może sobie dać głowy uciąć za zwierzaka, nikt w 100 proc. nie przewidzi, jak się zachowa, na co zareaguje agresją. A historii pogryzionych przez domowe czworonogi dzieci jest tysiące. Tak jak opowieści o burku, co to przez lata nawet nie warknął, by w jednym momencie "zwariować" i pokąsać właściciela. Nikt nie da gwarancji, że najspokojniejsza psina, której właściciel nie zabrał na spacer kagańca, za chwilę się na mnie nie rzuci.

Ale ten problem to nie tylko ryzyko pogryzień. Przede wszystkim strach. Zwierzak bez kagańca, szczególnie w komunikacji publicznej, to pan i władca. Czytelniczka portalu wawalove.pl opisywała jakiś czas temu w liście do redakcji, jak wyglądała jej podróż tramwajem w towarzystwie psa na smyczy, ale bez kagańca. Zwierzę ułożyło się na środku przejścia dla pasażerów. Wszyscy natychmiast przesunęli się na początek tramwaju, a każdy, kto wchodził do środka, odruchowo się cofał. Pies spowodował, że nikt nie wchodził do tylnej części wagonu. Bali się. Nie ma znaczenia, że nie był agresywny.

Takie sytuacje zdarzają się często. Jestem wśród tych, którzy nie czują się bezpiecznie w towarzystwie psa bez kagańca, a do bezpieczeństwa mam prawo. Tym bardziej, że w komunikacji miejskiej obowiązuje bezwzględny nakaz kagańca i smyczy. Co z innymi miejscami w przestrzeni publicznej? Wszystko zależy od uchwał konkretnych Rad Gmin czy Miast.

A według mnie przede wszystkim od kultury osobistej. Tak jak w imię zasad współżycia społecznego walczymy z psimi kupami na trawnikach, tak powinniśmy walczyć z pyskami bez kagańców. Karanie mandatami nie pomaga, o czym można się przekonać wsiadając w mieście do pierwszego lepszego autobusu. Więc co? Napiętnowanie społeczne.

Niedawno usłyszałem "odwal się" od właściciela psa bez kagańca, któremu zwróciłem uwagę. Bo dziś to żaden powód do wstydu czy zażenowania – prędzej pasażer powiadomi kierowcę, że ma problem ze śmierdzącym pijakiem, niż poskarży się na właściciela czworonoga. Byłoby inaczej, gdyby prośby i napomnienia stały się normą. Jeśli nie w imię współżycia społecznego, to w imię prawa.

Najgorsze, że fatalny przykład idzie z góry, czyli od polityków. Ostatnio ci z Sejmowego Zespołu Miłośników Zwierząt zaczęli się domagać, by przestano karać za spuszczenie psa ze smyczy. Warunek miałby być jeden – "pełna kontrola" właściciela nad pupilem. Skończy się jak u mnie na podwórku – "spokojnie, on nie gryzie" i kropka.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
ZwierzętaPrawo
Skomentuj