Samotność na roli wzrusza mieszczuchów. "Rolnik szuka żony" podbija telewizję

Wieś
Wieś Fot. gem66/http://bit.ly/1qK3P9H/CC BY-NC-SA 2.0http://bit.ly/1hYHpKw
“Rolnik Szuka Żony” to nie tylko program o polskiej wsi i jego mieszkańcach. Okazało się, że to wyciskacz łez. Płaczą rolnicy, płaczą i mieszczuchy. Samotność nie posiada współrzędnych. Co nas wzrusza i czy producentom o to wzruszenie chodziło?

Zaorane
Trzy miesiące temu pisałem o tym, jak film “Debiutanci” sprowokował mnie do zadania pytania o samotność, która dokucza mieszkańcom większych miast Polski. Okazało się, że czterech na pięciu znajomych to ludzie cierpiący na samotność. Do głowy by mi nie przyszło, że do tematu wrócę po obejrzeniu... “Rolnik szuka żony”. Wystarczyło sześćdziesiąt minut programu o mieszkańcach polskiej wsi, aby się szczerze wzruszyć. I dla mnie, jako telemana, którego oczy widziały już naprawdę wiele, ten program jest zaskoczeniem ogromnym.

Przede wszystkim bohaterowie tego programu - rolnicy
Mieli nimi być miłujący Matkę Boską i muzykę disco-polo Mietki, którzy czas wolny definiują jako przerwy od alkoholu, czy też spędzający ten czas wolny przed telewizorem. Panowie, którzy całymi dniami przesiadują w pomieszczeniach gospodarczych, chowając się przed wielkim światem. I ten program może nas z tego myślenia - zresztą bardzo błędnego - wyprowadzić.



Bo okazuje się, że rolnikiem może być człowiek nie tylko znający się na roli, ale i… facetem piszącym teksty piosenek, do których jeszcze ułoży muzykę. Potem to sobie zagra i zaśpiewa, w zaciszu swojej bardzo ładnej chatki, i nazwie to swoją pasją. Piękne.
Może rolnikiem szukającym żony być też wrażliwy 60-latek, który wciąż czeka na swoją wielką miłość i w tym czekaniu jest najwytrwalszy w całym powiecie. Albo młodym miłośnikiem gospodarki rolnej, który marzy o tym, by tę miłość dzielić z kobietą. Wymagania? Małe. Musi po prostu go szanować i spędzać z nim czas. W zalewie tandety i sztuczności, jaką nam telewizja serwuje od kilku sezonów, to naprawdę egzotyczne. Wszystkich uczestników łączy jeden mianownik, ale prawdziwy i do bólu życiowy - samotność. Fabuła tego programu jest psikusem dla samych chyba producentów, którzy - być może - nastawiali się na show w rytm piosenek Cleo i Donatana, a otrzymali fajny, społeczny program. Przy okazji otwieramy oczy i dostrzegamy, jak bardzo nasze wyobrażenia o ludziach wsi polskiej są dalekie od rzeczywistości.
Prawda pierwotna
Wzrusza przede wszystkim prawdziwość, którą ci ludzie w sobie mają, a o której coraz częściej chcemy, jako konsumenci, widzowie, ci z wielkich miast - zapomnieć. Nikt tak ładnie, od lat w polskiej telewizji, nie mówił o miłości. Nikt tak prosto i przez to prawdziwie jak polscy rolnicy, co żon szukać poszli do tej właśnie telewizji. - Myślenie się zmienia i inaczej dzień wygląda, bo tam jest ktoś, komu się podobam i może coś z tego być - powiedział Grzegorz, lat 33. To jest show o miłości, którego bohaterowie nie chcą robić ze swojego życia cyrku.
I doświadczeniami najgorszymi żonglować przed kamerą tak, by widz czuł się zaspokojony. Zamiast tego widzimy, jak wspomniany już Grzegorz czyta listy od kandydatek na żonę i… tyle wystarczy, by się temu programowi całkowicie oddać.

W programie pojawiają się także sylwetki przyszłych żon, które chórem mówią - szukamy kogoś, kto nas pokocha. Specjalnych życzeń brak, wymagania bardzo skromne - ma być uczciwy i kochający.

Społeczny i jednocześnie dający się obejrzeć program to wielki sukces Telewizji Publicznej. Jeżeli coś ma być w tym sezonie “misyjne”, to właśnie “Rolnik szuka żony”. Przyniesie więcej dobrego, niż nam, krytykom i samym producentom się wydawało. Naturalnie.

Więcej Stylu na naszym Facebooku. Sprawdź.
Trwa ładowanie komentarzy...