Emma Watson apeluje do mężczyzn, by walczyli o równość płci. "Każdy musi się zaangażować"

Shutterstock.com
– Zdałam sobie sprawę, że walka o prawa kobiet była zbyt często kojarzona z nienawiścią do mężczyzn. To musi się zmienić – mówiła brytyjska aktorka Emma Watson występując przed Zgromadzeniem Generalnym ONZ. Jej przemówienie, bardzo dobrze przyjęte przez Zgromadzenie i szeroko komentowane na całym świecie, inauguruje kampanię HeForShe, mającą włączyć mężczyzn w walkę o równość płci. Właśnie – o równość, nie przewagę którejkolwiek z nich.

Ruch na rzecz równości płci powstał jako walka prowadzona przez kobiety dla kobiet, jednak w ostatnich latach także mężczyźni zaczęli zajmować stanowisko w sprawie nierówności i dyskryminacji, jakiej poddawane są kobiety – czytamy na stronie kampanii.



– Podnoszenie statusu kobiet podnosi naszą gospodarkę i kraj... Musimy być pewni, że ktoś o nie walczy – mówi prezydent USA Barack Obama. Z kolei Sekretarz Generalny ONZ Ban Ki Moon podkreślał w tym temacie, że "przemoc wobec kobiet i dziewcząt to globalny problem". – Rani kobiety, rodziny, społeczności i społeczeństwa. Możemy temu zapobiec tylko pracując razem. Kobiety i mężczyźni – uważa sekretarz. Hollywoodzki aktor Matt Damon twierdzi zaś, że obiektywnym faktem jest, iż jeśli świat chce rozwiązać problem biedy, musi włączyć w działanie kobiety.
Ci mężczyźni już zrozumieli, że feministki nie działają na szkodę mężczyzn i nie chcą wydrzeć im ich praw i przywilejów. W Polsce wciąż dominuje narracja – przełamywana feministycznymi "coming-outami" – w której kobiety głośno mówiące o potrzebie zmian są postrzegane jako „nazi-feministki” i roszczeniowe „kobietony”, dla których każdy pretekst jest dobry, by podnieść larum.
Aleksandra Magryta, Feminoteka

Jak słusznie zauważyła Watson w swoim przemówieniu przed Zgromadzeniem Generalnym ONZ, feminizm jest niepopularny i niewygodny. Wiele osób czuje niechęć do feminizmu, bo się go po prostu boi. A boi się tego, co nieznane. I tworzy sobie wyobrażenia na temat feminizmu, które nie mają nic wspólnego z ideą feminizmu. Jednym z najbardziej popularnych stereotypów brzmi: feministki nie lubią mężczyzn. Osoby reprezentujące taki pogląd wykazują się bardzo dużą niewiedzą na temat społeczeństwa obywatelskiego i brakiem znajomości podstawowych założeń ruchu feministycznego. Najlepszym przykładem masy feministycznej jest Manifa, na której rok rocznie zbierają się tysiące osób obu płci.

Tę narrację trzeba zmienić, tym bardziej, że w Polsce tradycje męskiego feminizmu istnieją. Profeministą był i Edward Prądzyński, i Leon Petrażycki, i Tadeusz Boy-Żeleński, który swoim poglądom dał wyraz w książce „Piekło kobiet”. Pisał o prawie kobiet do aborcji, o świadomym macierzyństwie, o równouprawnieniu, prawie do rozwodu i edukacji seksualnej, a poglądy miał bardziej postępowe niż wielu współczesnych mężczyzn, trwających na dawno upatrzonych pozycjach siły i panicznie obawiający się jej rzekomej utraty na rzecz kobiet.

Są jednak i tacy mężczyźni, którzy rozumieją, że bycie feministą, a więc dążenie do równości, nie odziera ich z męskości. Są autorzy „Manifestu Feministów”, którzy kilka lat temu pisali:
Manifest Feministów

Jesteśmy feministami, mężczyznami, którzy wspierają ruch feministyczny i podejmują działania na rzecz równości płaci i sprawiedliwości(...) Solidaryzujemy się z feministycznymi poglądami na społeczeństwo. Jesteśmy przekonani, że kobiety narażone są na niesprawiedliwość i nierówne traktowanie w społeczeństwie, gdzie mężczyźni posiadają przywileje, wpływy i władzę. Sądzimy, że powszechnie przyjęty model męskości powoduje ograniczanie kobiet, a zarazem ogranicza mężczyzn.

Czy to oznacza, że są antymęscy? Nie. Za to antyseksistowscy i antypatriarchalni – owszem.

Pięć lat temu prof. Wiktor Osiatyński opublikował na łamach „Gazety Wyborczej” inny manifest, w którym napisał, dlaczego jest feministą. Ponieważ wie, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne, wie, że nawet sam język, jakim posługujemy się do opisu rzeczywistości, dyskryminuje kobiety. Jest przeciw wszelkim rodzajom przemocy, w tym także ekonomicznej (...) I w końcu dlatego, ponieważ wierzy, że nierówność płci czyni jego samego gorszym i odziera go z godności - pisał Osiatyński.

Do napisania tych słów profesora zainspirowała Beata Stasińska z Kongresu Kobiet mówiąc, że „w XXI wieku nie można być prawdziwym demokratą, nie będąc feministą”. List podpisali prawnicy, księgarze, dziennikarze, pisarze, bibliotekarze, historycy, reporterzy... lista jest długa, bo mężczyźni, na co zresztą zwróciła uwagę Watson, również są zakładnikami stereotypowego postrzegania płci.
Aleksandra Magryta, Feminoteka

Przełamywanie stereotypów genderowych zmienia jakość życia. Przede wszystkim jest to stwarzanie większych możliwości sobie i otoczeniu. Chodzi tu o przyzwolenie na działania, które nam służą i nie ranią innych. Np. jeżeli dziewczynka ma ochotę biegać i wspinać się po drzewach, to niech to robi, skoro sprawia jej to przyjemność. Jeżeli dziecko cały czas słyszy, jesteś chłopcem i nie możesz płakać, jesteś dziewczynką i musisz być grzeczna i cicha, to nie będzie ono szczęśliwe. Będzie ono usztywnione, spięte. Stereotypy genderowe hamują rozwój i kreatywność i co najważniejsze zubożają komfort życia.

– Chcę, by mężczyźni zrzucili ten płaszcz. Wtedy ich żony, córki i matki będą wolne od uprzedzeń i ich synowie będą mieli przyzwolenie na bycie bardziej ludzkimi i wrażliwymi – mówiła aktorka.

To długi i powolny proces, ale zaczyna się dziać. W Polsce działa złożona z mężczyzn grupa "Głosy Przeciwko Przemocy", która aktywnie włącza się w działania na rzecz równości. "To okropne, że przyszło nam żyć w kraju, w którym walka o prawa kobiet i gender traktowana jest jak fanaberia i podkopywanie katolickich wartości. " – brzmi jeden z wpisów na Facebooku grupy.
Trwa ładowanie komentarzy...