Koreański lifting jak akupunktura. Zamiast skalpela: igły oraz…nici

Akupunktura była praktykowana od setek lat w Chinach i innych krajach Azji. Nie tylko jako metoda leczenia organizmu, ale i sposób na odmładzanie Fot. Tomás Fano / http://bit.ly/12nayOD / CC - BY - SA / https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/
Gratka dla fanek naturalnego efektu w dziedzinie odmładzania. HanBang to metoda, która się składa z trzech różnych kroków, wykorzystujących tradycyjne techniki medycyny chińskiej, wzbogaconych unowocześnionymi metodami. I co najciekawsze, daje spektakularne efekty - widziałam na własne oczy. Od nowego roku dostępna już w Polsce..

Na temat tradycyjnego liftingu i jego skutków ubocznych słyszeliśmy, czytaliśmy (i niestety widzieliśmy) - wiele. To operacja, która polega - upraszczając - na podciągnięciu skóry twarzy, poprzez wcześniejsze jej nacięcie oraz wycięcie w odpowiednich miejscach i „przyszycie” za uszami. Bardzo często przeprowadzany na starszych osobach, których skóra w spektakularny sposób nabiera gładkości i jędrności, jednocześnie zwykle daje efekt maski na twarzy (skóra jest bardzo mocno naciągnięta). I nie cieszy się dobrą renomą. A najlepsi lekarze medycyny estetycznej polecają ten inwazyjny krok w odmładzaniu odsunąć jak najdalej w czasie.

HanBang (Han - orient, Bang - piękno) jest alternatywą dla skalpela, cięcia i wszystkich konsekwencji, z jakimi wiąże się ta chirurgiczna ingerencja. I jednocześnie połączeniem tradycyjnych, starożytnych technik z nowoczesnymi technologiami.

Koreański doktor Lee Hyun Chul, jej twórca, opowiada nam podczas prezentacji, że nie polega ona na samym liftingu twarzy, bo odmładzanie w Azji, zaczyna się od ciała, a nawet od kości.
dr Lee Hyun Chul, twórca metody HanBang

Każdy lifting czy inny rodzaj odmładzania zaczynamy od KOREKTY KOŚCA. Następnie poddajemy ciało akupunkturze w kilkunastu różnych miejscach. A na sam koniec przechodzimy do procesu liftowania skóry twarzy za pomocą nici PDO. Dzięki temu możemy mówić o kompleksowej terapii odmładzającej, a nie tylko poprawie napięcia skóry.

Doktor Chul opowiadając o HanBang demonstruje w Instytucie Yonelle, gdzie już dostępna jest ta metoda (i póki co, tylko tu), technikę, którą powinno się przeprowadzać na każdej pacjentce bądź pacjencie. Korekta kośćca wygląda dość oryginalnie. Modelka, która na naszych oczach poddaje się HanBang ma w ustach dwa drewniane patyczki (podobne do tych używanych przez laryngologów podczas rutynowego badania). Trzyma je zębami po obu bokach ust i na życzenie doktora w odpowiednich momentach zaciska szczękę. Ten w tym czasie zachowuje się jak rasowy kręgarz, uciskając i wyciągając jej członki, kark i szyję, co przynosi niewiarygodną ulgę. Modelka nie jest podstawioną koleżanką doktora, ale abyśmy nie miały wątpliwości zaprasza on kilka dziennikarek, aby sprawdziły tę metodę na własnej skórze.
Znajoma z innej redakcji, która cierpi na schorzenie kręgów szyjnych, przyznaje, że po kilku ruchach doktora czuje spektakularną poprawę samopoczucia i w 50 proc. mniej odczuwa ból. Jej twarz jaśnieje. I podobno korekta kośćca bardzo często przynosi ulgę osobom cierpiącym na migreny. Nieprawdiłowa struktura kręgosłupa jest winowajcą wielu różnych problemów w całym organizmie, jak zaburzenie krążenia, obniżenie napięcia mięśni czy też spadek jędrności skóry. Stąd Koreańczycy właśnie od niej rozpoczynają odmładzanie - zawsze.
dr Monika P. Kuźmińska, dyrektor medyczny Instytutu Yonelle

Na razie uczę się techniki korekty kośćca. I wydaje mi się najbardziej skomplikowaną ze wszystkich trzech etapów zabiegu. Nie odważyłabym się nie mając wprawnych rąk w tej materii przeprowadzać je bez doświadczenia na pacjentach. Narazie pozostawiam to doktorowi Lee Hyun Chui i mam nadzieję, że będzie często w tym celu nasz instytut odwiedzał.

Po korekcie kośćca, na modelce doktor przeprowadza zabieg akupunktury. Jednak nietypowy, bo każda igła do akupunktury ma swoją cienką mezonić, którą pozostawia się w ciele aż do jej rozpuszczenia. Na jej ciele - zarówno na plecach, jak i z przodu: na brzuchu, ramionach i dekolcie, umieszcza igły z nićmi (kilkanaście), które mają stymulować organizm, aby się odmładzał. Obserwuję z bliska nici i są cieniuteńkie, a igły w przeciwieństwie do kaniul, które znam z innych zabiegów - krótkie.

„HanBang poleca się najbardziej jako lifting twarzy, ale zabieg idealnie sprawdza się na szyi, piersiach, pośladkach czy też intymnych narządach kobiecych. Nici unoszą wybrane partie twarzy lub ciała, a po roku całkowicie się wchłaniają.
W Korei Południowej częściej i bardziej zwraca się uwagę na sprawność i estetykę narządów intymnych kobiety. Każda po urodzeniu dziecka, idzie do lekarza na taki czy inny zabieg, by być sprawną seksualnie i nie cierpieć z powodu poporodowych niedogodności, jak chociażby nietrzymanie moczu. W Polsce ten problem zamiata się pod dywan.” mówi dr Monika Kuźmińska.
Następnie pacjentka wraz z doktorem idą do gabinetu, gdzie wprowadza w jej skórę twarzy i szyi nici PDO. Powiedzieć, że zabieg nie pozostawia śladów i nikt się nie zorientuje, że poprawiałaś urodę, byłoby kłamstwem. Bo po niecałej godzinie (ultraszybko!) pacjentka wraca z zaczerwienioną skórą po bokach twarzy, a także śladami nicy i igieł na szyi i jest wyraźnie napuchnięta. Końcówka nici ukryta jest tuż obok skroni, pod włosami, więc niewidoczna. Do zabiegu wykorzystuje się znieczulenie miejscowe, więc niestety nie wiemy, czy boli czy też nie, kiedy przestaje ono działać. Nie mniej, po kilku dniach można spokojnie wrócić do normalnych zajęć, bo skóra szybko się regeneruje, a jedyne blizny zostają ukryte pod włosami.
Efekty, z tych widocznych gołym okiem od razu: znikają „chomiki”, drugi podbródek, a linia żuchwy mocniej, wyraźniej się zarysowuje. Widać to nawet chwilę po zabiegu! Bardzo ciekawa jestem efektów na skórze szyi, o której Polki często zapominają, a skóra której dodaje nam kilku dekad więcej (niestety jesteśmy posiadaczkami dość cienkiej i wiotkiej skóry, potwornie podatnej na zmarszczki i utratę jędrności). Ciężko to zobaczyć na lekko napuchniętej szyi, ale patrząc na zdjęcia pacjentek przed zabiegiem i po nim, wydaje się, że to świetna technika, która temu problemowi potrafi zaradzić.
Za dużo zalet? Pora na wady, a raczej na jedną wadę. Zabieg jest dość kosztowną imprezą, bo za lifting twarzy i szyi trzeba zapłacić od kilku do 10 tysięcy złotych (w zależności od ilości zużytych nici), a nie jest zabiegiem odmładzającym "na zawsze". Kiedy nici są pod skórą wokół nich wytwarza się konstrukcja z kolagenu typu III, który skóra wytwarza (to jej reakcja na ciało obce). Ale kiedy się rozpuszczą, efekt uniesienia z czasem - zanika. Nie mniej zwykły lifting jest droższy i też po kilku latach trzeba go powtarzać, jeśli chce się wyglądać nadal tak świeżo jak po tym pierwszym. Ale kaliber ingerencji i powikłań po chirurgii jest nieporównywalny!


Chcesz więcej stylu? Polub nas na facebooku!
Trwa ładowanie komentarzy...