Sukienka od krawcowej, mięso od rzeźnika. Dawni fachowcy odzyskują popularność

Polscy fachowcy przeżywają renesans działalności.
Polscy fachowcy przeżywają renesans działalności. Fot. www.shutterstock.com
Trend, widoczny na polskim rynku od kilku lat, ma coraz więcej fanów. I choć mali sklepikarze czy fachowcy nie są w stanie zagrozić bezpiecznemu bytowi wielkich koncernów handlowych, to kwestią dobrego smaku – czasem wręcz dosłownie – stają się zakupy robione właśnie u nich.

Lata temu zachłysnęliśmy się szeroką ofertą dyskontów, promocjami i przede wszystkim możliwością zrobienia szybkich zakupów. Nie było w tym nic dziwnego, zważywszy na to, że wcześniej planując zakupy trzeba było na nie często przeznaczyć cały dzień. Bo najpierw do warzywniaka, potem do mięsnego, w międzyczasie na bazarek po świeże jajka. Popsuł się kran? To do sklepu metalowego po części. Kiedy w planach mieliśmy imprezę oczywista wydawała się wizyta u krawcowej, a kiedy na horyzoncie zaczynały majaczyć Święta, zamawiało się ciasta u zaprzyjaźnionego cukiernika.

Zakupy i załatwienie sprawunków w hipermarkecie wydawały się rozwiązaniem idealnym, bo po pierwsze proponowały dużo szerszą ofertę produktów niż niejeden osiedlowy sklepik, po drugie były szybkie, a po trzecie często okazywały się tańsze. Tak jest do dziś, choć stopniowo okazuje się, że coraz mniej znaczy dla nas czas czy cena, a coraz więcej jakość.

Krawcowa prawdę Ci powie
– Pamiętam moją mamę jak przed każdą studniówką zamawiała sobie kreację u krawcowej. A była nauczycielką, więc trochę tych imprez musiała zaliczyć – opowiada mi 27-letnia Marcelina, na co dzień pracownica banku. – Kiedy ja szłam na swoją studniówkę nawet przez myśl mi nie przeszła jakaś tam krawcowa. Wszystkie koleżanki robiły zakupy w mniejszych lub większych centrach handlowych, więc robiłam je tam i ja.


Po raz pierwszy do krawcowej wybrała się jakieś półtora roku temu. Poprawić strój, który nosiła do pracy. – Po prostu po ciąży zostało mi kilka kilogramów i to w tak niefortunnych miejscach, że spódnica była za ciasna w pasie a za luźna w biodrach – opowiada. – Jakoś nie miałam czasu biegać po sklepach, więc uznałam, że zaniosę ją do poprawek krawieckich.

Krawcowa okazała się świetna. Poprawiła co było trzeba a za całość skasowała od Marceliny... 20 złotych. – Pomyślałam wtedy, że to świetny patent na przyszłość – uśmiecha się. – Dziś zamiast kupować nowe ciuchy, po prostu je przerabiam.
Ale poprawki to jedno, a zamawianie gotowych kreacji drugie. To ostatnie staje się ostatnimi czasy prawdziwym hitem. I nic dziwnego. Panie przekonują bowiem, że idąc do krawcowej mają gwarancję nie tylko tego, że sukienka czy spodnie będą leżały na nich jak ulał, ale też tego, że nie zapłacą za to kroci.

– Jestem jeszcze przed odbiorem zamówienia, ale po przymiarkach nie mam wątpliwości, że kreacja będzie śliczna – mówi Ada Siarkowska, która u krawcowej zamówiła sukienkę na wesele koleżanki. Jednocześnie szczerze przyznaje, że cała operacja wymaga nieco więcej zachodu niż zakupy robione chociażby w centrum handlowym.

Koszt uszycia sukni wieczorowej lub koktajlowej u krawcowej waha się – w zależności od rodzaju materiału i projektu – w granicach 200-400 złotych. Do tego jednak najczęściej trzeba jeszcze doliczyć koszt materiałów.

– Wiadomo, trzeba najpierw znaleźć dla krawcowej jakiś wzór, na którym może się oprzeć albo przynajmniej mieć na taką kieckę pomysł – wylicza. – Potem trzeba ustalić z jakiego materiału będzie uszyta. Czasem jest tak, że można go zamówić na miejscu a czasem trzeba szukać go na własną rękę. A jeszcze później trzeba dać wymiary, pójść na przymiarkę i dopiero dostaje się takie cudo do ręki.

Panie zgodnie jednak twierdzą, że warto.

Dzieciństwo pełne smaku
Do źródeł wracamy także jeśli chodzi o żywność. Nie, nie tylko dlatego, że swego czasu ekologia zrobiła się po prostu modna. Nasi czytelnicy przekonują, że chodzi o smak i wartości odżywcze. – Mój dziadek był rzeźnikiem – mówi w rozmowie z naTemat Sylwia Sikora. – Pamiętam z dzieciństwa masę wspaniałych smaków i nie wyobrażam sobie, żebym miała z nich rezygnować.

Sama drób i jaja kupuje tylko u znajomych gospodarzy. Przekonuje, że tylko wtedy jest pewna ich jakości i tego, że żywność nie jest nafaszerowana chemią. I nie jest jedyna. Po swojskie produkty zgłasza się naprawdę wielu klientów. Czy jednak takie zakupy nie kosztują sporo więcej niż te robione w supermarketach? – Być może, ale dla mnie smak i jakość ma tak duże znaczenie, że mniej zwracam uwagę na cenę – przyznaje.

– Lubię mleko prosto od krowy – przyznaje mi inna czytelniczka. Maja wychowała się w Łodzi, ale często wraz z rodzicami odwiedzała dziadków mieszkających na wsi, pod Łodzią właśnie. – Ale nie chodzi tylko o smak, po prostu moim zdaniem tylko z takiego wiejskiego mleka, które nie jest ani przetwarzane ani pasteryzowane, da się zrobić mleczny koktajl czy po prostu zsiadłe mleko. To, które czasem kupuję w sklepie zamiast kwaśnieć robi się po prostu gorzkie.

Podobnie jak moim poprzedni rozmówcy i Maja zakupy robi u jednego, tego samego od lat gospodarza.

Michała z kolei do tego, by zainteresować się tym, gdzie poza supermarketem można robić zakupy niejako zmusiło życie. – Kiedy u mojej mamy zdiagnozowano nowotwór, lekarz wydał nam szereg zaleceń, do których trzeba było się stosować i które mogły mieć dobry wpływ na jej zdrowie – opowiada.

– Mówił m.in. o specjalnej diecie, z której powinniśmy eliminować produkty mocno przetwarzane, a wprowadzać takie, w których chemii czy ingerencji człowieka jest możliwie mało. To wtedy zainteresowałem się właśnie zakupami na bazarze czy bezpośrednio u gospodarzy.

Na bazarze ma dwa ulubione stoiska, gdzie zawsze kupuje warzywa i owoce. Panie, które na nich handlują, znają go dobrze, więc szczerze polecają mu to, co najświeższe. - Czasem kiedy proszę np. o jabłka panie uśmiechają się i mówią, że dziś jabłek nie ma, choć stoi przede mną jeszcze co najmniej pół skrzynki – mówi. – Kiedyś nie zrozumiałem o co im chodzi i z jedną wdałem się nawet w awanturę, ale potem wyjaśniły mi, że tamte jabłka nie były najlepsze i wolały mi ich nie sprzedawać.

Po jajka i drób jeździ poza Warszawę, często aż w okolice Rawy Mazowieckiej. Czerwonego mięsa nie kupuje, bo nieszczególnie mu smakuje.

Renesans fachowców
Renesans przyszedł i do innych zawodów, takich jak zegarmistrz czy zdun. Zawody, o których jeszcze nie tak dawno mówiło się, że są zagrożone wyginięciem, dziś wracają do łask. I choć ich przedstawiciele nie zarabiają kokosów to jednak na brak klientów nie narzekają. A to z kolei dlatego, że Polacy coraz częściej szukają oryginalnych rozwiązań. Montaż wymyślnego pieca czy kominka bez zduna wszak nie jest możliwy.

A i zegarmistrz zyskuje na modzie. I to niebywale. Przez kilka godzin próbuję dodzwonić się do kilku pracowni. We wszystkich słyszę, że zegarmistrz nie ma czasu ze mną rozmawiać, bo musi obsłużyć kolejkę interesantów. Faktycznie, w tle słyszę głośne rozmowy. W końcu do jednej z pracowni na warszawskiej Pradze wybieram się osobiście. Tam też na brak klientów nie mogą narzekać. – Jak kupują jakiś stary zegar, bo lubią antyki to co mają zrobić jak nie przyjść do mnie? – śmieje się zegarmistrz z wieloletnim doświadczeniem. – Kiedyś był szał na takie nowoczesne, nowomodne rzeczy, a one rzadziej się psuły. Potem przyszły telefony, komputery i ludzie przestali potrzebować zegarków, bo przecież toto samo czas liczy. Ale teraz wraca moda na porządne zegary.
Choć nie tylko o to chodzi. Dla klientów liczy się też jakość obsługi. Stoiska zegarmistrzowskie można spotkać i w centrach handlowych, ale tam – zdaniem naszych czytelników – obsłudze udziela się panujący wokół pośpiech i tempo pracy. – W zakładzie u zegarmistrza, zwłaszcza takiego starej daty, jest klimat i zawsze można z nim pogawędzić – mówi Agnieszka Jankowska, którą spotykam w zakładzie mojego rozmówcy.

Nie mam złudzeń: ani moda, ani klimat ze stylem życia w XXI wieku w szranki stawać nie może. Ale dobrze wiedzieć, że gdzieś jeszcze jest alternatywa dla wszechobecnych i czasem zbyt atrakcyjnych wynalazków i zdobyczy cywilizacji.
Trwa ładowanie komentarzy...