Grupa naTemat

Prof. Jan Hartman: Rolnicy zostali wykreowani na nową szlachtę, a ich liderzy są warchołami

Prof. Hartman mówi o rolnikach jako o nowej szlachcie
Prof. Hartman mówi o rolnikach jako o nowej szlachcie Fot. Mateusz Skwarczek / AG
– Jeszcze w czasach PRL-u rolnicy zostali wykreowani na szlachtę. To oni są panami i takimi panami chcą się czuć. To taki kulturowy przewrót. I dlatego tak trudno się z nimi porozumieć – mówi w "Bez autoryzacji" prof. Jan Hartman.

Lewicowiec Hartman sympatyzuje z protestami rolników i górników?
Nie jestem znawcą, ale instynktownie nie sympatyzuję. Wydaje mi się, że są to protesty odgórne, a nie oddolne - organizowane przez działaczy, którzy działają we własnym interesie. Szczególnie w przypadku górników protesty mają służyć związkowym przywódcom. Z kolei u rolników ktoś po prostu próbuje odtworzyć Samoobronę, zostać następcą Leppera. W jednym i drugim przypadku protesty są uwarunkowane słabością rządu, próbą testowania siły gabinetu Kopacz. Pani premier objęła władzę w sposób nietypowy, jest więc z góry uważana za bardzo słabego szefa rządu. Stąd ten strajkowy test.

Ale np. gniew rolników jest rzeczywisty. Jak to wykorzystują liderzy, to inna sprawa. Jednak problem istnieje.

Z pewnością jest problem na rynku mleka i wieprzowiny. Ale koniunktura na produkty rolne jest zmienna. Tymczasem rolnicy są przyzwyczajeni, że państwo ma być gwarantem zysków. Nie postrzegają siebie jako przedsiębiorców. Oczekują, że będą stale zarabiać. Państwo w ramach kontraktu społecznego dało im do tego prawo.

Mają przekonanie, że karmią resztę kraju.

No tak. I ten specyficzny kontrakt nie jest postrzegany jako uprzywilejowanie, ale jako zaopatrzenie rolników, które jest im należne ze względu na szczególną rangę pracy. “Żywiciele narodu” – tak o sobie myślą. Przyjmują postawę przetargowo-roszczeniowo, w ramach którego funkcjonuje postulat “godnego życia”, czyli w gruncie rzeczy życia wygodnego. Jeszcze raz podkreślam - nie przeczę, że problemy są. Chodzi o postawę.

Powiedział pan o kontrakcie społecznym. Skąd się wziął?

Wyhodowano go jeszcze w czasach PRL-u. Wtedy rolnicy zostali wykreowani na szlachtę. Nastąpiło odwrócenie świadomości społecznej i teraz - tytułem rekompensaty historycznej krzywdy - to rolnicy są szlachcicami. Wobec nich państwo ma szczególne zobowiązania. To oni są panami i takimi panami chcą się czuć. To taki kulturowy przewrót. I dlatego z rolnikami tak trudno się porozumieć.

Problem z nimi jest też taki, że nie mają racjonalnej reprezentacji. Przywódcy chłopscy z definicji są warchołami i populistami, bo tylko w ten sposób mogą stanąć na czele rewolty. W tym tkwi dzisiejszy kłopot.

A PSL?

To kolejny element, który składa się na brak możliwości dojścia do porozumienia. PSL stracił status reprezentacji wsi. Stał się partią broniącą interesu przedsiębiorców wiejskich, a nie zwykłych rolników. Dlatego jest ta wojna między Sawickim a Izdebskim [szefem rolniczego OPZZ - red.], który pozuje na nowego Leppera.

Jednak mimo takiej zmiany roli PSL-u, to właśnie w tej partii widziałbym szansę. Rząd powinien się komunikować z rolnikami właśnie przy jej pomocy. Tylko na tej linii można szukać komunikacji.

Gdzie w tym wszystkim jest lewica? Widać, że na sprawie górników próbuje korzystać Andrzej Duda z PiS, ale lewicowych ugrupowań przy tych konfliktach społecznych po prostu nie ma.

No tak, bo nie ma politycznej lewicy. Agenda socjalna została przejęta przez PiS, które przejawia gotowość do manifestowania ślepego populizmu. Lewica stała się bardziej ostrożna. Prawdziwa lewica myśli o interesie całego społeczeństwie, a w każdym razie największych grup. To nie jest tak, że poszczególne środowiska pracownicze mają interesy zbieżne z całym społeczeństwem. Dlatego lewicowiec patrzy na te demonstracje z rozdartym sercem. Z jednej strony cieszy się, że ruch związkowy i robotniczy jest krzepki, z drugiej widzi nierównomierność między oczekiwaniami grup zawodowych.

Czy te strajki mają potencjał, by wpłynąć na wynik wyborów? Może osiągną masę, która zagrozi rządowi?

Jeśli rząd będzie w miarę miękki, spokojny i racjonalny i nie dojdzie do bardzo gwałtownych zamieszek, to tak dojedziemy z tymi protestami do wyborów. Przez społeczeństwo zostanie to odebrane jako pewna rutyna roku wyborczego. Z drugiej strony trochę zdążyliśmy się odzwyczaić od protestów. Przecież po wejściu do Unii przez kilka lat było spokojnie.

A jeśli rząd pójdzie na konfrontację?

Jeśli będzie dramatycznie ustępliwy albo nieustępliwy, to rzeczywiście zostanie to źle odebrane. Nie może się więc dać wciągnąć w tę manifestację państwa roszczeniowo-przetargowego. Bo na ten moment nie liczy się racjonalna argumentacja czy współpraca. Liczy się siła i to, kto komu i ile wyszarpie.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Bez autoryzacji
Skomentuj