"50 twarzy Greya" to rozczarowanie. Ostrzej bywa na polskich osiemnastkach

W ramionach współczesnego księcia.
W ramionach współczesnego księcia. Fot. screen youtube.com
Głównymi bohaterami filmu "50 twarzy Greya" jest przygryzana warga głównej bohaterki oraz niezwykle żywotne brwi głównego bohatera. Te dwa elementy wyrażają najwięcej emocji.

Nie czytałam książki, na premierę filmu poszłam z otwartą głową, starałam się wyzbyć wszelkich uprzedzeń. Skoro powieść E.L. James okazała się tak ogromnym sukcesem wydawniczym, to musi być w niej coś, co porusza tłumy.

Nie lubię określenia "porno dla mamusiek", jest deprecjonujące. E.L. James musiała swoją książką trafić w jakąś potrzebę, która dotyczy dużej liczby kobiet. Niezależnie od wieku. Nie wiem, czy film w jakiś sposób tę potrzebę zrealizował. W moje gusta jednak nie trafił, nie poruszył mnie, nie zmusił do refleksji.

Sfera seksualna to przestrzeń wyjątkowa. Kobiety nie mają pod tym względem tak wielu bodźców w popkulturze, jak mężczyźni. Pornografia i filmy erotyczne są kręcone przede wszystkim pod kątem panów, ich wyobrażeń i fantazji. To męska branża. Być może właśnie dlatego softporno napisane przez kobietę i dla kobiet zyskało tak olbrzymią popularność.
Wreszcie ktoś pomyślał o nas. Zamiast rozpięcia rozporka i szybkiej gry wstępnej jest lot helikopterem, drogie prezenty i skomplikowana relacja uczuciowa. On niby chce tylko seksu, ona wie, że to nieprawda, dlatego w tym seksie i sado-maso jest sens i cel. Oto ona przywiązana kajdankami do stołu uroni łzę, która roztopi jego lodowate serce i z księcia dominacji zmieni go w czułego kandydata na męża.

Łopatą do głowy
Mam wrażenie, że mimo iż film reżyserowała kobieta, to przyjęła ona jednak męską poetykę. Miały być erotyczne niedomówienia i sugestie, a sam początek filmu tak łopatologicznie nawiązuje do seksualnych skojarzeń, że jest to aż żenujące. Nie ma miejsca na delikatne sugestie, jedziemy na ostro.


Główna bohaterka Anastasia ma wielkie oczy jelonka Bambi. Dziwią się one wszystkim i wszystkiemu i nie ma w nich miejsca na dużo więcej niż zdziwienie. Dziewczę jedzie na wywiad do milionera, pana Greya. Ujęcie, kiedy z przerażeniem patrzy na potężny wysoki budynek jest bardzo znamienne, mimo to dzielna panna postanawia wjechać na sam szczyt.

Na szczycie, jak to na szczycie. Wieje chłodem. Wszystko szare i dopasowane, a panie przechadzające się po korytarzu są jakby żywcem wyjęte z teledysku Roberta Palmera "Addicted to love".
Ona, ze swoją zgrzebną bluzeczką w tym wykrochmalonym świecie jest jak powiew świeżości. Taka mała, taka nieporadna, nawet drzwi od gabinetu przyszłego pana i władcy są dla niej za ciężkie. Ostatecznie wpada do gabinetu Greya i wita go klęcząc. Znamienne.

Potem jest tylko gorzej, sugestia, subtelna niczym beknięcie na oficjalnym bankiecie, goni sugestię. Ona nie ma czym pisać, on daje jej ołówek ze swoim imieniem, który ona sugestywnie w najbliższych pięciu scenach będzie gryźć i ciumkać, oczywiście tylko wtedy, gdy nie przygryza akurat wargi.

Romans się rozwija w entourage'u opasek zaciskowych, taśm izolacyjnych (Anastazja pracuje w sklepie z narzędziami) blichtru i luksusu (Grey jest jak wycięty z katalogu Hugo Bossa).

Gdzie ten seks?
Ok, ale przejdźmy do meritum, bo w tym filmie w końcu wszystkie sceny prowadzą do seksu. "50" twarzy Greya" było przecież reklamowane jako pierwszy film hollywoodzki, w którym jest aż 20 minut seksu. Podstawowe pytanie, jakie należy sobie zadać brzmi, co uważamy za seks. Ja się tych dwudziestu minut nie doliczyłam. Od przygryzania wargi, do rozpięcia rozporka mijają sekundy. Nie ma czasu na fanaberie. Od rozpięcia rozporka do łomotania nahajką po dupsku, kolejne sekundy. Rozwój wydarzeń jest tym bardziej zaskakujący, bo główna bohaterka jest dziewicą. Droga z krainy niewinności do królestwa sado-maso wynosi więc około 30 minut.

Czy film może być inspiracją dla znudzonych par? Raczej nie, jedyne szaleństwo możliwe do wykonania w domowych pieleszach to zasłonięcie oczu wybranki i smyranie jej lodem po nagim ciele. Ale to znaliśmy już z "9,5 tygodnia". Reszta wymaga posiadania czerwonej komnaty zabaw, kolekcji pejczy i specjalnych lin do podwieszania.

No dobrze, załóżmy, że ktoś zainwestuje w taką komnatę, jaki największy hardcore został zaprezentowany w "50 twarzach Greya"? Sześć solidnych uderzeń paskiem po tyłku, po których główna bohaterka dochodzi do wniosku, że zwyczaje pana Greya to raczej nie jej bajka. Cóż, zapraszamy na polską osiemnastkę. Chrystian Grey poczułby się jak u siebie.

Redtube z krainy bajek
Powieść E.L James jest bajką, która w dość pokrętny sposób redefiniuje wyobrażenia o księciu z bajki, którymi cały czas karmi się dziewczynki. Ten z dzieciństwa był przystojny, opiekuńczy i potrafił pokonać smoka. Ten dorosły też jest przystojny, opiekuńczy, ale sam przypomina trochę bestię. Księżniczce wcale ta bestia nie przeszkadza, ważne jednak, by poza zabawami w czerwonym pokoju, pokazała odrobinę ludzkich uczuć.

Dla mnie film jest odrobinę groteskowy, bo dziwnie się patrzy na Księcia z Bajki rozdziewiczającego Kopciuszka, a właśnie takie skojarzenia nachodziły mnie podczas oglądania "50 twarzy Greya".

Mam wrażenie, że jest to film dla dużych dziewczynek, które cały czas wierzą, że ten książę gdzieś tam czeka. Kiedy wyrosły z bajek i zrozumiały, że na białym koniu raczej nie przyjedzie, czuły się rozczarowane. Mogły mieć nawet uzasadnione pretensje do Walta Disneya. E.L. James podpowiedziała im, że wybranek wcale nie musi mieszkać w zamku, ale w szklanym wieżowcu. A z białego konia został mu tylko pejcz.
Trwa ładowanie komentarzy...