Inny świat. Psy, małpy, smoki i marzenia za sto dolarów

Zieleń Komodo koi nerwy po chaotycznej Dżakarcie.
Zieleń Komodo koi nerwy po chaotycznej Dżakarcie. Fot. Agata Komosa
Odwiedziłam miejsce, w którym sto dolarów spełnia sny o edukacji, polityka nie interesuje wielu osób i na pobliskich wyspach mieszkają smoki. A przynajmniej zwierzęta, które miejscowi tak nazywają.

Po pięciu dniach spędzonych w Dżakarcie, wreszcie się stamtąd wyrwałam. Żeby dolecieć do miejscowości Labuan Bajo, trzeba z lotniska w stolicy Indonezji przedostać się na Denpasar na Bali, a potem już niewielkim samolotem na Flores.

Raptem trzy godziny lotu i teleportowałam się do innej rzeczywistości. Dżakarcki rozgardiasz jest tylko złym wspomnieniem.
Pół na pół
Flores to wyspa, na której mieszka mniej więcej po równo chrześcijan i muzułmanów. W Labuan Bajo słychać śpiew muezina na przemian z dzwonami.
Lotnisko na wyspie dopiero co powstało. Pracownicy cały czas szpachlują, poprawiają, nie ma na nim jeszcze sklepów. Cisza i zapach nowości.
Na psa urok
Dzięki temu, że miasto nie zostało jeszcze zalane turystami można się spokojnie przyjrzeć mieszkańcom. Pierwsza rzecz, która zwraca uwagę to psy i fakt, że w ogóle są. W Dżakarcie próżno szukać tych czworonogów. W stolicy Indonezji dowiedziałam się, że muzułmanie się ich boją. Albo raczej nie lubią, ponieważ ślina psa niszczy stan czystości, który trzeba osiągnąć do modlitwy. Wszystko dlatego, że Mahometa ugryzł właśnie pies.
Na Flores jest jednak wielu katolików, toteż psy latają po uliczkach. Wszystkie przypominają trochę australijskie dingo. Po miasteczku spacerują pojedynczy biali turyści, głównie z Australii. Wieczorem, w jednej z nadmorskich knajpek, spotkałam też najprawdopodobniej Szwajcarów. Jednak życie nocne powstało tu na potrzeby przybyszów z Zachodu. Lokalsi raczej nie odwiedzają tego typu miejsc. Dlatego w tej, do której wpadłam, z głośników leciał jazz, a na ścianach wisiały hasła wychwalające działanie alkoholu.

Alkohol w Indonezji to temat na oddzielną książkę. W sklepach można dostać piwo, na Flores jest też sklep z winami, bo przyjeżdża tu wielu Włochów, jednak żeby znaleźć coś mocniejszego, trzeba się naprawdę postarać. Dlatego na ulicach lokalsi sprzedają samoróbki w butelkach i plastikowych torebkach, trzeba na nie bardzo uważać. W polskiej ambasadzie dowiedziałam się, że mieli tu już przypadki śmiertelne po spożyciu tego typu rarytasów.

Miły jak Indonezyjczyk
Turysta jest tutaj podejmowany serdecznie. Spacerowanie po uliczkach Labuan Bajo w nocy jest bardzo bezpieczne. Część mieszkańców zaczepia, by zaoferować jakiś produkt lub np. podwózkę do hotelu, nie są jednak nachalni. Dzieci, nawet te najmłodsze, witają się, machają. Obcy wzbudza zainteresowanie, ale w bardzo pozytywny sposób. Co ciekawe, widziałam bardzo wielu mężczyzn zajmujących się dziećmi: spacerujących z nimi, usypiających je. Na Flores z niczym nie ma problemu, wszystko da się załatwić, zawsze można się dogadać, czas jest pojęciem względnym. Ludzie są uśmiechnięci, pogodni, potrafią uchylić ci nieba.
Indonezyjczycy bardzo dbają o swoich gości. Zastanawiałam się, na ile jest to spadek po kolonializmie. Zawsze bowiem znajdzie się tu ktoś, kto otworzy ci drzwi, podpali papierosa, przyniesie szklankę wody. Jednak Indonezyjczyk, z którym podzieliłam się moim przemyśleniem, powiedział mi, że oni nie czują się jak słudzy. Gość jest tu bardzo ważny i trzeba zrobić wszystko, by było mu jak najlepiej. I zwykle jest.

Smoki z Rinca
Z Labuan Bajo bardzo blisko jest do Parku Narodowego Komodo, gdzie mieszkają słynne warany, przez miejscowych nazywane smokami. Żeby je zobaczyć, popłynęłam na wyspę Rinca. Strażnik, który mnie oprowadzał cały czas powtarzał, żebym trzymała się blisko niego, bo warany, mimo że ospałe, potrafią być piekielnie szybkie i niebezpieczne. Dość powiedzieć, że zjadają całego bawołu. Nokautują ogonem o mocy kilkudziesięciu ton i wstrzykują jad. Po Rinca maszerują jak u siebie. Kręcą się między domkami, moi współtowarzysze uznali, że to taki odpowiednik polskiej kury...
Od strażnika dowiedziałam się, że mieszkańcy Komodo uważają te zwierzęta za swoich braci. Legenda głosi, że miejscowa szamanka urodziła dwa warany, samca i małą jaszczurkę imieniem Ora.
Warany z Komodo to największe jaszczury na świecie i odwiedzone przeze mnie wyspy są jedynym miejscem na świecie, na których żyją. Jednak strażnika pytam nie tylko o warany. Chcę się dowiedzieć, czy lubi swoją pracę, jacy turyści tu przyjeżdżają, co myśli o nowym prezydencie.

- Zawsze lubiłem zwierzęta i naturę, dobrze mi tutaj. Nie mam wykształcenia zoologicznego, ale nauczyłem się wszystkiego w praktyce. Nie mam potrzeby, żeby się stąd ruszać. Przyjeżdżają tu Australijczycy, ale też sporo Francuzów i Włochów. Z nimi jest czasem trochę kłopotu. Tu jest dzikie życie, nie zawsze masz pewność, że zobaczy się makaka czy warany. A oni żądają zwrotu pieniędzy, jeśli nie spotkają zwierzęcia, na które liczyli.

Strażnik wie o nowym prezydencie, ale nie jest tym zbytnio zainteresowany. - Mnie tu jest dobrze, mam swoje zwierzęta i roślinność. Nic więcej mi nie potrzeba.

Studolarowe marzenia
Po odwiedzinach na Rinca płynę na Różową Plażę, podobno najpiękniejszą w okolicy. Woda jest tu przezroczysta, widać rafę. Idealne miejsce na snorkling. Po drodze rozmawiam z Winem, który przewozi mnie z wyspy na wyspę. Ma 20 lat i pochodzi z Flores. Skończył tam profesjonalne liceum turystyczne, chce zostać przewodnikiem.
- Na razie mam przerwę w nauce ponieważ nie starczyło mi pieniędzy, by kształcić się dalej. Ojciec zostawił mnie i moją matkę, a za edukację trzeba tu płacić.

Pytam Wina ile pieniędzy potrzebuje, by wykształcić się na przewodnika.
- Około miliona pięciuset rupii za rok. Na razie nie mogę sobie na to pozwolić - dodaje. To nieco ponad sto dolarów.
Win nie jest wielkim melomanem, ale bardzo lubi filmy walki. Jego ulubionym jest "Rambo". W Labuan Bajo jest małe kino, w którym wyświetlają różne produkcje.
Win lubi tam chodzić. Gdzie chciałby w przyszłości pracować?
- Na Papui, może w Malezji. Raczej nigdzie dalej.

Do niedawna na Labuan Bajo nie było lotniska. Jednak na loty między wyspami niewielu Indonezyjczyków może sobie pozwolić. Dlatego Papua, która jest przecież częścią Indonezji jest dla nich odległą krainą. Podobnie jak Dżakarta z jej problemami i polityką. Mimo że Indonezyjczycy silnie podkreślają swój patriotyzm, jest tu wiele flag i w większości miejsc wiszą portrety prezydenta i wiceprezydenta, to nie tworzą jednolitej struktury. Na dzień dzisiejszy mam wrażenie, że Indonezja jest kolażem i sama się sobie dziwi. Ludzie nie przemieszczają się z łatwością, rodziny zwykle pochodzą z jednej wyspy. Być może dlatego tak chętnie przyjmują wszelką odmienność i turystów. Poza zarobkiem, jest to dla nich inny świat, który mogą zobaczyć na własne oczy.
Trwa ładowanie komentarzy...