Wit Szostak: Dla wielu ludzi humanistyka jest zbędną i anachroniczną formą intelektualnej aktywności

Wit Szostak debiutował w 1999 r.
Wit Szostak debiutował w 1999 r. Fot . Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
Myślenie to dla nas zbędny obowiązek, na który nie mamy czasu. Dlatego śmierć humanistyki w XXI wieku przeszłaby bez echa. Brak humanistów zauważylibyśmy dopiero wiele lat później. A szkoda, bo – jak mówi w rozmowie z naTemat pisarz Wit Szostak – to ludzie bardziej tracą na tym, że nie sięgają po Heideggera czy Eliadego niż sam Heidegger i Eliade. 

Kim dla pana jest współczesny humanista?

Myślę, że współczesny humanista jest coraz bardziej urzędnikiem nauki, usiłującym pogodzić swoje pasje i zainteresowania z trendami i wytycznymi, które napływają z góry. Niektórzy w tym systemie rozkwitają, jednak to chyba nie jest regułą. Natomiast ideały są rzadko spotykane i wyznaczają – nie tylko w humanistyce – standardy, które dla wielu są po prostu nieosiągalne.



Na szczęście jednak nadal obecni są w polskiej humanistyce także badacze wszechstronni, kompetentnie poruszający się po różnych dziedzinach i polach badawczych, którzy gotowi są przekraczać granice i zadawać pytania zmuszające do głębszej refleksji. Dobrym przykładem, który przychodzi mi teraz na myśl, jest Dariusz Czaja, antropolog swobodnie wędrujący pomiędzy filozofią, literaturoznawstwem, muzykologią i wyrafinowaną eseistyką. Każda jego książka jest pasjonującą przygodą dla myślenia.

W niedawnej rozmowie w „Xięgarni” stwierdził pan „śmierć humanistyki byłaby zarejestrowana długo, długo po jej śmierci”. Dlaczego?

​To zdanie jest oczywiście pewnym uproszczeniem. ​Chciałem wyrazić swoje przekonanie, że dziś dla wielu ludzi humanistyka jest zbędną i anachroniczną formą aktywności intelektualnej. Dziś ton naukom w ogóle narzuca myślenie technologiczne, a więc taki rodzaj myślenia, który obiecuje konkretne rezultaty i dotrzymuje słowa. Trzeba rozwiązać problem, przeprowadza się badania i problem rozwiązany. Samoloty latają, internet działa, leki leczą – nie sposób tego zanegować. Ale konsekwencje dominacji takiego paradygmatu są poważne. Dla wielu ludzi niepowiązanych z nauką badania naukowe jawią się jako zaawansowane rozwiązywanie zadań. Tymczasem humanistyka porusza się po obszarach, gdzie takie myślenie rzadko bywa przydatne. Humanistyka pokazuje złożoność zjawisk, które bada, stawia pytania i nie daje odpowiedzi takich, jakich wielu by mogło oczekiwać: ostatecznych i rozstrzygających. Humanistyka wymaga wysiłku porzucenia własnych przyzwyczajeń i kolein myślowych; a tego wielu ludziom dzisiaj po prostu się nie chce robić.

Brakuje nam wybitnych humanistów?

Nie wiem, czy brakuje, ale na pewno ich oddziaływanie jest inne niż jeszcze dwadzieścia lat temu. Kiedy przypomnimy sobie, jaką rolę społeczną odgrywali np. Józef Tischner czy Leszek Kołakowski, to trudno dziś wskazać kogoś, kto mógłby mieć podobny status "intelektualnej gwiazdy". Dla przykładu, pamiętam z początku lat dziewięćdziesiątych "Rozmowy o Alethei" – godzinne, telewizyjne dyskusje o czystej filozofii, bez żadnej taryfy ulgowej. Prowadzący, m. in. Cezary Wodziński, rozmawiali ze swymi gośćmi w sposób taki sam, jak podczas uniwersyteckiego seminarium. Dziś nie wyobrażam sobie czegoś podobnego.  

Humaniści nie nadają już tonu kulturze i filozofii. Pytanie kto lub co ich zastępuje?

​Kulturze nadaje ton popkultura, potrafiąca dostosować język i treści do oczekiwań i możliwości przeciętnego odbiorcy. Dlatego jest popularna. Stąd tak wyraźne flirty z popkulturą wielu twórców kojarzonych z kulturą wysoką – jeśli takie określenie ma jeszcze sens. To zresztą sprawy bardzo złożone i nie podejmuję się tutaj formułować jakichś wiążących diagnoz.

Może też dlatego, że przedstawicielom tzw. „wysokiej kultury” twórczość za mało się opłaca?

Nie jestem przekonany, czy jest tu jakiś istotny związek. Wedle mojej wiedzy pracownik naukowy na uniwersytecie nie zarabia mniej tylko z tego powodu, że reprezentuje dziedziny humanistyczne. Natomiast prawdą jest, że sumy rozmaitych dotacji badań naukowych na humanistykę są mniejsze niż np. na nauki ścisłe. Lecz raczej skłonny byłbym tłumaczyć to tym, że badania w humanistyce są mniej kosztowne. Jednak rozważanie różnicy ontologicznej nie generuje takich kosztów jak zderzacz hadronów.
Nie chcę się tu narazić tym wszystkim humanistom, którzy czują się źle wynagradzani za swą pracę, ale sam obserwuję, że to dobra wymówka dla wielu pracowników uczelni: "ach, co ja bym zrobił, gdybym więcej zarabiał". Nie głoszę tu jakiejś apologii ubóstwa uczonych, ale zbyt wiele wybitnych prac powstało w warunkach skrajnie nieprzyjaznych, by móc się tym na serio zasłaniać. Zresztą, wybór takiej drogi życiowej od początku wiąże się z pewnymi niewygodami i tak było zawsze. Jeśli ktoś nie jest na to gotowy, to są inne perspektywy. 

Pisarz to też humanista. Pan na własnej skórze przekonał się, że świata pana istnienia i twórczości nie zauważa albo ją lekceważy?

​Dziś nie ma chyba żadnej działalności, o której można by powiedzieć, że jest powszechnie i ogólnie znacząca. Wszystko jest jakoś lokalne – mimo globalizacji – i każdy, kto tworzy i dzieli swoimi wytworami, może sobie spokojnie wyobrazić, że mógłby być bardziej zauważany i doceniany niż to ma miejsce w rzeczywistości. Nawet Jerzy Grotowski, jak się dowiedzieliśmy niedawno. Zawsze można pomyśleć większe nakłady, więcej nominacji i nagród, lepsze recenzje. Myślę, że wielu twórców doświadcza tego samego, a frustracja z powodu marginalizacji lub bycia niezauważonym dotyka największych. Wystarczy przywołać listy Gombrowicza i Schulza, pocieszających się nawzajem po wydaniu kolejnej niedostrzeżonej przez krytykę książki. Pytanie tylko, co się z tą frustracją zrobi.

Pan co z nią robi?

Dla mnie od jakiegoś czasu największą radością w myśleniu i pisaniu jest właśnie pisanie i myślenie, to procesy autoteliczne, a wszelki sukces jest czymś dodatkowym i dopisanym na marginesie. Móc myśleć i pisać to dla mnie przywilej przebywania i krążenia wokół tego, co rozpoznaję jako najważniejsze i co staram się nieudolnie nazywać. Ta przygoda, często zresztą bardzo mroczna, jest celem samym w sobie. I nie widzę powodu, by zająć się czymś innym tylko dlatego, że jakieś jury nie doceniło mojej ostatniej czy poprzedniej książki.     ​

Ten proces pewnego rodzaju degradacji humanizmu można zatrzymać? Odwrócić? Sprawić, żeby odzyskał dawną, istotną pozycję?

​Przede wszystkim, nie wiem, czy to byłoby w ogóle potrzebne. Ja przynajmniej nie odczuwam potrzeby walki o "rząd dusz". Humanistyka jest wspaniałą przygodą, a jej liczne i często wspaniałe owoce są dla każdego na wyciągnięcie ręki. Myślę, że to ludzie bardziej tracą na tym, że nie sięgają po Heideggera czy Eliadego niż Heidegger i Eliade. 

Nowe media, w których rozgrywa się dziś życie kulturalne, mają skłonność do trywializacji przekazu – to nie wydaje mi się tezą szczególnie kontrowersyjną. Dotarcie do większej grupy odbiorców zawsze okupione jest jakimiś uproszczeniami, błyskotliwym zalecaniem się do potencjalnych czytelników czy słuchaczy. I choć wiem, że publikowane w sieci filmy z wykładami Michaela Sandela mają po kilka milionów odsłon, to nie jestem przekonany, czy to powinien być drogowskaz dla wszystkich uczonych. Mam poczucie, że w takich sytuacjach myślenie humanistyczne nie jest do końca u siebie, że usiłuje zdobyć nowe terytoria i opuszcza te regiony, gdzie czuje się najlepiej: skupioną, intymną lekturę czy seminaryjną dyskusję nad jakimś problemem.

Napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...