"Może jakiś facet nie ucieknie na wieść, że zabiłam ojca. Może marzę o dziecku, ale ono kiedyś zapyta o dziadka..."

Choć to ojciec mojej rozmówczyni był wieloletnim sprawcą przemocy domowej, ostatecznie zmusił córkę, by ona miała jego krew na rękach.
Choć to ojciec mojej rozmówczyni był wieloletnim sprawcą przemocy domowej, ostatecznie zmusił córkę, by ona miała jego krew na rękach. Fot. Alex Malikov / Shutterstock.com
– Nauczyłam się żyć. Na nowo. Dziś wiem, że wtedy przede wszystkim obroniłam swoje życie – mówi mi Daria*, która skontaktowała się ze mną po niedawnej publikacji rozmowy ze sprawcą przemocy domowej. I ona postanowiła opowiedzieć swoją przejmującą historię. O tym, jak lata przemocy w jej domu doprowadziły do sytuacji, w której z ofiary musiała zamienić się w sprawcę. Sprawcę śmierci własnego ojca.

Jak do tego doszło?



Daria: Ojciec wrócił z kolejnej libacji. I w zasadzie od progu zaczął się o coś rzucać. Nie mam pojęcia, o co poszło. Wpadł w furię, zaczął rzucać różnymi przedmiotami, które mu wpadły w ręce w przedpokoju. Pamiętam, że był zły, bo mama nie wróciła jeszcze do domu z pracy. Ja mu coś odpyskowywałam, krzyczałam. Wtedy zaczął mnie gonić i wbiegliśmy do kuchni. Tam się poszarpaliśmy, dał mi w twarz i zaczął dusić. Założył mi tzw. nelsona. Próbowałam się chwycić czegokolwiek, by go uderzyć i tak w ręce wpadła butelka octu. Chciałam uderzyć go w głowę, ale nieszczęśliwie trafiłam w szyję. Szkło pękło, wbiło się w nią. Wtedy mnie puścił i osunął się na ziemię. Wiedziałam, że zabiłam i jednocześnie sama czułam, jakbym umierała.

Nie próbowałaś go ratować?

Krwi było nagle tyle, że chyba nawet gdybym była w pełni przytomna, to nic by nie dało. A ja po prostu wtedy osłupiałam. Stałam tak patrząc na tę kałużę krwi aż wróciła mama. Jak tak teraz pomyślę, to musiało trwać prawie godzinę. Przez ten czas nie ruszyłam się chyba na krok.

Dziś zdajesz się mówić o tym z pewną lekkością.

Bo się tego nauczyłam. Nauczyłam się żyć. Na nowo. Dziś wiem, że wtedy przede wszystkim obroniłam przecież swoje życie. W zasadzie to dostałam też nowe życie. Choć tak patrzę dopiero na ten okres po wyjściu z aresztu.

Długo nie dawano Ci wiary, że to było działanie w samoobronie?

Oprócz paru blizn po poprzednich szarpaninach i straconych na awanturach nerwach ojciec niestety po śmierci zafundował mi jeszcze próbę gwałtu i dwa pobicia. Tym razem nie swoimi rękami, a tego elementu, z którym spędziłam ponad dwa miesiące w areszcie śledczym. Na każdym przesłuchaniu wyłam, ale też podawałam każdy szczegół, o który pytali. Opowiadałam o tym, co działo się w domu przez poprzednie lata, a oni i tak uznawali, że skoro zabiłam, to muszę siedzieć. Dopiero zaangażowanie bardzo dobrego adwokata i nieoceniona pomoc dyrektorki liceum, które skończyłam, a która pozałatwiała wstawiennictwo kilku swoich wpływowych znajomych, pomogło mnie stamtąd wyrwać.

Zaczął mnie gonić i wbiegliśmy do kuchni. Tam się poszarpaliśmy, dał mi w twarz i zaczął dusić. Założył mi tzw. Nelsona. Próbowałam się chwycić czegokolwiek, by go uderzyć i tak w ręce wpadła butelka octu. Chciałam uderzyć go w głowę, ale nieszczęśliwie trafiłam w szyję. Szkło pękło, wbiło się w nią.

Dlaczego od razu nie uwierzono, że w twoim przypadku będzie można zastosować kontratyp obrony koniecznej?

Na moją niekorzyść przemawiał fakt, iż to wszystko wydarzyło się bez świadków. Wszyscy, którzy mnie bronili, mogli powiedzieć tylko tyle, co widzieli lub słyszeli w przeszłości. Prokurator wmawiał mi tygodniami, żebym się przyznała, że zaplanowałam zabójstwo ojca w zemście za to, co robił mamie i mnie. Takim do rany przyłóż głosem mówił, że w sumie to mnie rozumie. Namawiał, bym opowiedziała o swoim rzekomym planie i przedstawiał wizję wnioskowania o najmniejszy z możliwych wymiarów kary dla mnie. A jak kolejny raz opowiadałam mu prawdę, odsyłał mnie w to piekło aresztu. Nawet wtedy, gdy na kolejne przesłuchanie przyprowadzili mnie z podbitym przez "koleżanki" z cel okiem i rozciętym policzkiem...

Ostatecznie sąd uznał, że miałaś prawo się bronić.

I to mnie motywuje do życia, pomimo tego brzemienia. Choć walka w sądzie trwała prawie dwa lata, przez które w zasadzie nie mogłam daleko posunąć życia do przodu. Odpowiadałam już z wolnej stopy, ale szczerze mówiąc, po tym wszystkim co przeszłam na przesłuchaniach i w areszcie, nie wierzyłam, że nie wrócę do celi. Myślę, że zrealizowałabym wtedy pojawiające się co chwila myśli samobójcze, gdyby przyjaciółka nie wyciągnęła mnie na terapię. Dzięki pomocy psychologa nabrałam wiary w walkę o nową szansę.

Ile czasu minęło, od kiedy zapadł prawomocny wyrok w twojej sprawie?

W marcu minęły dwa lata. Ponad pięć lat do momentu, gdy do tego wszystkiego doszło.

I jak bardzo wykorzystałaś już tę szansę na nowe życie?

Jak na tak krótki czas, to chyba do granic. Znalazłam pracę, przeprowadziłam się, wreszcie mogłam wrócić na studia. Rzecz jasna nie na tę samą uczelnię, bo psycholog doradził mi, że to byłoby niepotrzebnym wysiłkiem mierzyć się z plotkami i dziwnymi spojrzeniami. Próbuję normalnie żyć, choć nie jest to czasem łatwe nie tylko ze względu na to, do czego zmusiło mnie życie. Może nawet mocniejszy ślad na psychice zostawiła przemoc domowa, która była obecna w mojej rodzinie od kiedy pamiętam. No i ten pierd... areszt. Mam klaustrofobię od tego. I to dość dziwaczne, ale boję się zostawać sama z obcymi kobietami. Bo te kryminalistki z celi próbowały się do mnie dobrać tak dla zabawy, poniżenia. Dobrze, że umiałam się bić.

Wspominasz, że przemoc pamiętasz od dzieciństwa. Jednak twój dom chyba trudno było nazwać typowo patologicznym, prawda?

Dla większości sąsiadów moi rodzice byli wzorowym małżeństwem. Myślę, że wielu dobrze wiedziało przez lata, iż on nas bił, ale w małym kaszubskim miasteczku, z którego pochodzę, może tym właśnie imponował. Wiesz, typowy przywódca, twardziel. To, co ojcu dawało przewagę w interesach, niezbyt pasowało jednak do tworzenia naprawdę dobrego domu. Bo w biznesie to on też wszystko opierał o alkohol. Najgorzej było, gdy wychodził na "narady" ze swoimi kilkoma wspólnikami od interesów. Nawalali się, a później kłócili. Tyle że on zamiast te nerwy wyładować bijąc ich po pysku, przychodził się wyżyć na nas.

Ty pijesz?

Teraz rzadko. Bardzo rzadko. Dość dużo piłam jednak w liceum. Wtedy uciekałam w alkohol i w ogóle z domu, na ile tylko się dało. I akurat ojciec mi w tym chętnie pomagał hojnie sypiąc groszem na przykład na częste wyjazdy z kolegami na domek itp. Jak jeszcze nie byliśmy pełnoletni, to nawet nam kupował cale kraty piwa, albo zapas innego alkoholu. Mam wrażenie, że ja wtedy chlałam z nadzieją, że wreszcie go zrozumiem, a on myślał podobnie, że nas coś może połączy. Łączyło tyle, że duża ilość alkoholu wywoływała także we mnie jakieś dziwne, agresywne zachowania.

Ten pierd... areszt. Mam klaustrofobię od tego. I to dość dziwaczne, ale boję się zostawać sama z obcymi kobietami. Bo te kryminalistki z celi próbowały się do mnie dobrać tak dla zabawy, poniżenia. Dobrze, że umiałam się bić.

W twojej rodzinie nie będzie agresji?

Na pewno nie, bo nie będzie żadnej rodziny. Powinnam jak inne ofiary przemocy domowej opowiedzieć teraz piękną historię o tym, jak to nie popełnię błędów rodziców. Bo do mamy też mam trochę żalu za to, że na to wszystko pozwoliła. Gdyby ona miała odwagę od niego odejść, ja nie musiałabym dziś na trzeciej randce wyznawać, że zabiłam ojca i przesiedziałam swoje w areszcie. Chciałbyś z kimś takim zakładać kiedyś rodzinę? Bo ja nie. Nie dziwi mnie więc, że jak na razie żaden odważny na dłużej się nie znalazł. Poza tym, naprawdę uważam, że ludzie, którzy mają ze sobą problem, nie powinni na siłę pakować w to innych. A ja problem będę miała jednak do końca życia.

Nie wierzysz, że mogłabyś stworzyć lepszą rodzinę niż ta, którą dali ci rodzice?

Może i tak. Może i wierzę, że kiedyś jakiś facet nie ucieknie dowiadując się o moich przejściach. Może i marzę nawet o dziecku. Tylko że ono kiedyś zapyta o dziadka. I ja nie chciałabym go okłamywać.

*Imię rozmówczynie zmienione na jej prośbę.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...