Humusożercy łączcie się! Nadchodzi wege rewolucja, a na jej czele Marta Dymek, autorka bloga Jadłonomia.com

fot. fanpage Jadłonomia
Jak w kraju kotletów schabowych wypromować kuchnię roślinną? My nie znamy odpowiedzi, ale ona z pewnością tak. Marta Dymek prowadzi bloga Jadłonomia.com, który doczekał się tysięcy fanów. Jej książka kucharska wyprzedała się na pniu, a ona sama trafiła na listę najbardziej wpływowych blogerów w Polsce. I to wszystko, dzieląc się z czytelnikami przepisem na idealny humus albo aromatyczne ciasto z...buraczków. Czy to początek wege-rewolucji? O powrocie do tradycyjnej kuchni, opartej na naturze i regionalnych składnikach, o minimalizmie w kuchni i życiowym sukcesie rozmawiamy z jego autorką.

Wygrałaś internety?

(śmiech) Cóż za prowokacyjne pytanie na początek! To chyba za dużo powiedziane. Ale na pewno w ostatnim czasie blog - niespodziewanie dla mnie samej - zrobił się bardzo popularny. Zdobył już sporą renomę, ale - co cieszy mnie dużo bardziej - cieszy się też ogromnym zaufaniem osób, które decydują się na codzienne gotowanie ze mną i korzystanie z moich przepisów.

Jak często kreujesz nowy przepis, który później trafia na Twój blog?

Moja praca – i podejrzewam, że każdej blogerki kulinarnej – nie wygląda tak, jak pewnie wyobraża to sobie większość ludzi. Wymaga dobrej organizacji i pracy z kalendarzem. W tygodniu ustalam sobie dni, kiedy całą noc poświęcam na gotowanie....

Całą noc?! Poważnie?

(śmiech) Tak. To najlepszy czas: kiedy kończę pracę, nie dzwonią już telefony, nikt nie pisze maili. Zamykam się wtedy w swojej kuchni i gotuję tak długo, jak mam ochotę. Próbuję, eksperymentuję, staram się kreować nowe rzeczy i połączenia smaków. Te, które się udały pokazuję na blogu. Inne wymagają dopracowania, bo nie wszystko od razu wychodzi rewelacyjnie.

Trzeba pamiętać, że że w prowadzeniu bloga kulinarnego nie chodzi o to, aby danie mi się udało i smakowało. Chodzi o to, aby wyszło i smakowało wszystkim czytelnikom. Aby bez problemu mogli odtworzyć ten przepis u siebie. Tak więc nawet jeśli potrawa uda się za pierwszym razem, to i tak z reguły muszę ją powtórzyć, żeby spisać proporcje, miary, spisać ilości przypraw. Myślę, że średnio 2- 3 dni tygodniowo spędzam w swojej kuchni tylko i wyłącznie na gotowaniu.


Osławione chipsy z jarmużu i ciasto buraczane też przyrządzałaś po nocach?

Owszem (śmiech). Kombinowałam wieczorem, po pracy, zamknęłam się w kuchni i próbowałam łączyć najrozmaitsze składniki. Później nowe danie testuję ja, później próbują go moi przyjaciele. Mówią, czy jest ok i czy im smakuje. Albo czy powinnam powtórzyć je raz jeszcze. Na koniec spisuję gotowy przepis, robię zdjęcia i finalnie pokazuję na blogu.
Ilu wegan masz na sumieniu?

Dzięki temu, że prowadzę warsztaty kulinarne, dość często spotykam się z czytelnikami na żywo. To jest bardzo miły kontakt, bo zwykle przychodzi właśnie ktoś taki, mówiąc: „dzięki Tobie zostałem wegetarianinem” albo „dzięki Tobie zweganizowałam rodzinę”. Nigdy nie liczyłam, ile takich osób już spotkała. Ale pamiętam, że dwa lata temu - kiedy mój blog nie był jeszcze tak duży – podliczyłam maile z podziękowaniami, które dostałam. Takie historie od czytelników, którzy podzieli się tym, że przestali jeść mięso albo zostali weganami. Wtedy było ponad tysiąc podobnych historii. Natomiast teraz wydaje mi się, że osób, które przeciągnęłam na „zieloną stronę mocy” jest dużo, dużo więcej.

I wśród tych historii masz taką, którą szczególnie pamiętasz? Zrewolucjonizowałaś czyjeś życie?

Tak, pamiętam że przez pewnien czas korespondowałam z czytelniczką, która sama była wegetarianką, ale bardzo chciała, żeby jej mąż również się przyłączył. I teraz uwaga: cała trudność polegała na tym, że jej mąż był oficerem Wojska Polskiego! O ile w domu czasem udało jej się go przekabacić, to oczywiście kiedy jechał do pracy...No, wiadomo, wojskowe stołówki nie były zbytnio w stanie sprostać wegetariańskiemu żywieniu.

Te podboje i próby przeciągnięcia męża na wegetarianizm trwały długo, długo... Doradzałam jej, co mu przygotować na obiad, co przygotować do pracy albo co może zabrać, kiedy jedzie szkolenie. I w końcu udało się: po kilku miesiącach mąż sam z siebie przyszedł i powiedział, że postanowił zostać wegetarianinem. Także dzięki mojemu blogowi pojawiają się pierwsi wegetarianie w Wojsku Polskim (śmiech).

Ja też próbuję przeciągnąć rodzinę na wegetarianizm, powinnam poszukać u Ciebie inspiracji?

Myślę, że uda Ci się znaleźć coś, co ułatwi zadanie.
Pracowałaś wcześniej w korporacji. Co robiłaś, zanim zostałaś oficjalnie i zawodowo blogerką?

Najpierw skończyłam dość specyficzne, indywidualne i międzywydziałowe studia humanistyczne, w ramach których studiowałam między innymi kulturoznastwo, media i filozofię. Ale też podyplomowo gender studies, więc miałam taki zbieg swoich naukowych zainteresowań. Później pracowałam chwilę w agencji reklamowej, w korporacji i zajmowałam się po trosze komunikacją, działaniami internetowymi, reklamą oraz komunikacją równościową dla kobiet....

I pamiętasz ten moment w którym powiedziałaś: „ok, dosyć. Już nie chcę tego robić, może zostanę blogerką”?

Pamiętam, że miałam bardzo dużo pracy, nadgodzin, stresu, irytacji i frustracji. I po prostu pewnego dnia stwierdziłam, że to koniec, trzasnęłam drzwiami agencji. Pomyślałam, że najpierw chwilkę odpocznę, a dopiero później poszukam nowej pracy. To był moment, w którym ani przez chwilę nie myślałam o zostaniu zawodową blogerką. Zamierzałam raczej poszukać sobie innej posady, znaleźć coś, co będzie mi lepiej odpowiadać. Ale wtedy przyszła pierwsza propozycja: aby pisać dla nowojorskiego magazynu. Wtedy też zaczęłam współpracę z Magazynem Smak i Magazynem Kuchnia, zorganizowałam pierwsze warsztaty kulinarne. Cały czas znajdowały się zajęcia, które skutecznie odciągały mnie od szukania nowej pracy w zawodzie.

I tak to się przeciągało, pojawiały się kolejne małe propozycje. Któregoś dnia po prostu stwierdziłam, że porzucę ten pomysł i poświęcę się gotowaniu, prowadzeniu bloga. Na początku nie było łatwo. Do dzisiaj nie czuję się blogerką, nie wiem, czy to w ogóle jest zawód...

Polska blogosfera pewnie by Cie za to zjadła...

(śmiech) Wiem! Natomiast mój blog jest dla mnie ważną przestrzenią działalności. Czuję misję rewolucji, jeśli chodzi o podejście do weganizmu, wegetarianizmu i kuchni roślinnej. Kiedy postanowiłam nie szukać etatu i poświęcić się jedzeniu – chciałam udowodnić sobie i innym, że tą pasję i zamiłowanie również można przekuć w pracę. Z początku łapałam się wszystkich możliwych zajęć. W ciągu dnia gotowałam i robiłam zdjęcia. Wieczorami lepiłam pierogi, bigos i pasztety na zamówienie, żeby jakoś opłacić czynsz. I tak wiele miesięcy przygotowywałam wszystkie możliwe potrawy, dla każdego, kto tylko złożył zamówienie. Musiałam skądś mieć na życie. Prowadziłam catering dla gwiazd serialu TVNu, urządzałam firmowe Wigilie... wszystko, żeby tylko się udało. Ale dzięki temu miałam również więcej wolnego czasu, który wykorzystywałam na ulepszanie bloga i kontakt z czytelnikami. Ulepszałam jakość zdjęć, przepisów, artykułów. Ta mozolna praca opłaciła się: blog stał się bardziej popularny i rozpoznawalny. I z czasem stał się moim źródłem dochodów.
Teraz żyjesz po swojemu?

Lepiej bym tego nie ujęła (śmiech).

Pytam troszkę z zazdrości, bo wiem, że dopiero co wróciłaś z Wysp Kanaryjskich :) Pojechałaś zawodowo?

Jasne. Dla mnie w całym tym gotowaniu ważne jest, aby cały czas się uczyć i rozwijać. Poznawać nowe smaki, nowe kuchnie, nowe techniki przyrządzania potraw. Staram się więc co jakiś czas organizować takie małe podróże, które zawsze są kierowane smakiem. Jadę tam, gdzie jest ciekawa i egzotyczna kuchnia regionalna, której chciałabym się nauczyć. W ostatnim roku udało mi się pojechać do Izraela, Maroko, Gruzji.

To jeszcze niepotwierdzone, więc na razie tylko nieoficjalnie mogę powiedzieć, że niedługo czytelnicy będą mogli przeczytać również relację z wycieczki do Korei, gdzie także wybieram się, aby przywieźć jak najwięcej ciekawostek, nowych przepisów i przypraw. Myślę, że w przyszłym roku obiorę kierunek na San Francisco, które jest taką mekką slow food i zdrowego żywienia. Chcę sprawdzić, co się tam jada, co jest modne – i przenieść to na nasz, polski grunt.

Wytłumaczysz mi, laikowi, na czym polega to całe slow food?

W potocznym rozumieniu, najczęściej slow food używamy wymiennie ze slow life - jako powolne życie, powolną pracę, work-life balance. Ogólne zwolnienie tempa. Ale tak naprawdę slow food to nazwa jednej z najstarszych organizacji, założonych przez Carlo Petriniego w XX wieku, która powstała jako wynik ruchu oporu przeciwko otwarciu pierwszego McDonald'sa we Włoszech. To właśnie z tej niezgody, buntu koneserów i włoskich smakoszy powstała organizacja „slow food”, która miała stawić czoła zagrożeniu globalizacji, uosabianej właśnie przez te złote arkady McDonalda.

To, co gotujesz i pokazujesz na blogu też mieści się w kategorii slow food?

Tak, jest z nim tożsame. Ruch slow food za swój nadrzędny cel stawia świadomą żywność, tzn. regionalną, wysokiej jakości i produkowaną tradycyjnymi metodami. To nie jest „masówka”. Ja i ruch slow food zgadzamy się na tym polu, bo dla mnie również bardzo ważny jest lokalny aspekt jedzenia, świadomość tego, skąd pochodzą składniki, jak się je wytwarza, jak trafiają na sklepowe półki, a stamtąd na nasze stoły.

Z któregoś przepisu jesteś szczególnie dumna?

Zaczekaj, myślę...Chyba największy sentyment mam do przepisu na zupę - krem z gruszki i pietruszki. Po pierwsze, jest bardzo prosty, każdy może go przygotować w 20 minut. Wykorzystuje produkty, które można dostać w warzywniaku. Nie trzeba biec do ekologicznego marketu albo drogiego sklepu z żywnością organiczna. Wystarczy iść na najbliższy bazarek albo do warzywniaka, kupić sobie kilogram pietruszki, który kosztuje kilka złotych, do tego jedną gruszkę. I tak za 5 zł w siatce można przynieść do domu składniki na wspaniałą zupę, która oferuje niezwykłe, zupełnie nowe połączenie smaków.

Zastanawiam się, jak kiełkują w Twojej głowie te wszystkie pomysły.... połączenie gruszki i pietruszki, buraczków i czekolady wymaga kreatywności. A Ty żyjesz szybko, pracujesz dużo. Gdzie czas, żeby ten przepis przemyśleć, poukładać w głowie?

(śmiech) Może to zasługa tej diety wegańskiej! A tak serio, właśnie dlatego staram się często wyjeżdżać. Kiedy jadę do zupełnie innego kręgu kulturowego, gdzie kuchnia jest zupełnie odmienna, zupełnie inaczej się do niej podchodzi. Pamiętam, że kiedy byłam w Maroko, spędziłam kilka dni w oazie z facetem, który był tam kucharzem. Gotował z tego, co rosło w jego ogrodzie. Przygotował mi obłędny deser z kalarepy i świeżych daktyli.

Takie właśnie sytuacje, takie smaki zostają mi w głowie. I kiedy później wracam do domu, idę na hale Mirowską czy jakikolwiek inny bazarek - przechadzam się, oglądam te warzywa, wącham je. Rozmawiam ze sklepikarzami, oglądam sezonowe produkty. Kupuję te najlepsze i najświeższe warzywa. Potem przynoszę je do domu, wykładam na stół i po prostu zaczynam to układać w głowie. Widzę buraczki, wącham je, dotykam i czuję, że są tak słodkie i soczyste, że warto je połączyć z czekolada i kakao. Albo: kiedy próbuję pieczonej pietruszki, to zauważam że jest delikatna i słodka, a więc można ją podkręcić dojrzałą gruszką.

Wszystko opiera się na zmysłach...

Tak! Gotowanie jest doznaniem organoleptycznym! Chodzi o smaki, zapachy, dotyk. Ważne, żeby znaleźć sobie chwilę luzu - choćby pół godziny - i zamiast do tego wielkiego marketu, pójść na mały bazarek. Zobaczyć, jaki jest tam wybór warzyw i owoców. Jak wiele jest faktur, zapachów, smaków i kolorów. A później, w domu, odważyć się je łączyć, próbować nowych smaków, nowych doznań.
Kiedy sama zostałaś wegetarianką?

Oj...Miałam 16 lat.

To rodzice nie byli zadowoleni?

Na początku myśleli, że to mój kolejny wybryk. Jak to w młodym wieku, ma się coraz to nowe wizje i pomysły na siebie. Okazało się jednak że to coś trwalszego. Wtedy właśnie zaczęłam sama gotować: żeby nauczyć się i przyrządzać dla siebie różne dania i nie słuchać już wyrzutów mamy, że „znowu musi gotować osobny garnek dla mnie” (śmiech).

Nie kusi Cię czasem, żeby zjeść schabowego u mamy na obiedzie?

Nigdy mnie nie kusiło i nie kusi. Nawet u mamy, bo moi rodzice dwa lata temu sami zostali wegetarianami. Zupełnie z własnej woli! (śmiech). Natomiast ja od zawsze byłam dzieckiem, które za mięsem nie przepadało. Nawet jako 13-letni podlotek nie jadłam go za dużo. Tak więc dla mnie przejście na wegetarianizm było całkiem bezbolesne, nigdy nie zdarzyło mi się tęsknić za mięsem. W tym wegańskim gotowaniu jest naprawdę tyle smaków, że można cały czas i codziennie odkrywać zupełnie nowe. I wcale nie tęsknić za starymi smakami, choć wiem, jak nieprawdopodobnie to brzmi

Wróćmy na chwilę do „życia po swojemu”, bo to się dobrze wpisuje w definicję minimalizmu. Jesteś życiową minimalistką?

Zależy, jak go rozumieć. Jeśli chodzi o kuchnię, to minimalizm oznacza dla mnie powrót do naturalnych smaków, prostych składników, najczęściej tych lokalnych. Uczynienia z prostych rzeczy wykwintnych dań. Moim zdaniem, skończyły się czasy, kiedy w kuchni trzeba mieć całą armię drogich, egzotycznych przypraw i dodatków. Wystarczy chwilka czasu, cierpliwości i kreatywności, żeby z prostej zwyczajnej marchewki czy buraka stworzyć bardzo wyrafinowaną potrawę.

Ciasto buraczano-czekoladowe?

(śmiech) Na przykład. Jeżeli natomiast chodzi o pracę: pamiętam, że kiedy pracowałam w korporacji, to bardzo często narzekałam – sama przed sobą – że mam tak dużo pracy, że jestem taka zmęczona. A teraz, kiedy już od dwóch lat zajmuje się wyłącznie blogiem, pracuję....cały czas. 24 godziny na dobę, przez 7 dni w tygodniu. Nie mam wolnych weekendów, dlatego, że – to zabrzmi banalnie – moja praca jest tym co kocham i jest dla mnie najważniejsza. Udaje mi się łączyć życie prywatne, pasję i pracę w jednym.
Chciałam zapytać o slow life, ale słyszę, że Twoje życie jest bardziej fast niż slow...

Owszem, pracuję dużo więcej i dużo intensywniej, niż na jakimkolwiek etacie. Właśnie teraz, w tym miesiącu będę miała pierwszy wolny weekend...

Od?

Poczekaj, liczę....jakoś na jesieni był ostatni. Jestem tak przejęta, kiedy o tym myślę, mam masę pomysłów, co zrobić i jak go spędzić. Choć pewnie skończy się jak zawsze, czyli zamknę się w kuchni i będę gotować dla siebie i dla przyjaciół. Wielu ludzi wyobraża sobie, że praca blogera kulinarnego wygląda mniej więcej tak: wstaję o 10 rano, zakładam fartuch kucharski, wchodzę do wielkiej kuchni...

A masz wielką kuchnię?

Nie! Mieszkam w niedużej kawalerce na warszawskim Mokotowie i to mi wystarcza. W bardzo niewielkiej kuchni powstaje wszystko to, co później pokazuje na blogu. Zmierzam do tego, że gotowanie jest oczywiście sednem mojej pracy, ale ona nie różni się tak bardzo od tego, jak pracują inni. Ja tez prowadzę własną działalność, zatrudniam osoby, z którymi muszę mailować, współpracować, wypełniać tabelki, odpisywać czytelnikom na maile. Zaczynam dzień pracy nie od kuchni, ale od komputera. Sprawdzam maile, Facebooka, koresponduję z naczelnymi w redakcjach, dla których przygotowuję materiały...a więc wbrew pozorom moja praca jest taką zwyczajną i całkiem normalną.

Mimo to, nie wydajesz się zmęczona...

Nie, bo wszystko co robię – to jest to, w co wierzę. Nawet kiedy piszę kolejne maile, to pomagam czytelnikom odpowiedzieć na ich pytania. Kiedy mam spotkanie w redakcji - dotyczy ono tego, co kocham, czyli wegańskiego jedzenia. I choć tej pracy jest bardzo dużo i może być męcząca, to jednak wynika z tego, w co wierzę. To jest sedno minimalizmu?

Partnerem cyklu " mniej więcej" jest tołpa.


Trwa ładowanie komentarzy...