Robi kalendarz z wytatuowanymi pracownikami. Sędziami, lekarzami, policjantami. "Chcę pokazać, że to nic strasznego"

Wojciech Miler
Wojciech Miler Fot. Screen/youtu.be/PM4_qXqeJWQ
Wojciech Miler, mieszkaniec Lubartowa pod Lublinem chce wydać kalendarz ze zdjęciami wytatuowanych osób. Szuka chętnych – ludzi wykształconych, na ważnych stanowiskach, wśród zawodów powszechnie szanowanych. Może być sędzia, nauczyciel, lekarz. Prezes dużej firmy? Bardzo chętnie. Już zgłosiło się trzech policjantów. – Osoby z tatuażami wciąż borykają się z brakiem akceptacji w pracy. Chcę złamać stereotypy. Oswoić pracodawców z tatuażem – mówi naTemat.

Skąd pomysł na taki kalendarz?

Z życia. Sam mam tatuaże i widzę, jak ludzie reagują.Widać, że patrzą. Czasem coś mówią. Nauczyłem się już, że jak pójdę na spotkanie służbowe w koszuli z krótkim rękawem to nigdy na pierwszej wizycie nie sprzedam się dobrze. Że wtedy nikt nie kupi moich usług. To samo opowiadają moi znajomi. Oni też kryją się z tatuażami. Nie pokazują ich na żadnych rozmowach zawodowych. Osoby z tatuażami są po prostu traktowane gorzej.

Czym pan się zajmuje?

Jestem handlowcem, prowadzę firmę medyczną. To jedyna firma w Polsce, która zajmuje się domową terapią żółtaczki poporodowej. Jestem pomysłodawcą i założycielem fototerapii noworodków. Spotykam się z lekarzami, pielęgniarkami. Już dawno zaobserwowałem, że tatuaże nie są mile widziane. I tak jest do dziś. Inaczej jest zimą, gdy nikt nie widzi. A inaczej latem, gdy chodzi się w koszulach z krótkim rękawem. Naprawdę, gdy jest się wytatuowanym, trudno jest zrobić dobre wrażenie, czy to na ewentualnym pracodawcy czy podczas biznesowego spotkania.
Jakie najczęściej są reakcje?

Słyszę: ”Oddzwonimy”, ale nie oddzwaniają. Słyszę: ”Będziemy zainteresowani”, ale nie są. Już na początku spotkania widać, że nic z tego nie wyjdzie. Rozmowa przebiega tak, jakby nikt nie traktował człowieka poważnie. A jak jestem w koszuli z długim rękawem, rozmowa jest zupełnie inna. Przebiega w innym tonie, jest poważna i na ogół dobrze się kończy.

To jak pan chodzi teraz na spotkania?

Wyłącznie z długim rękawem. Nie mogę sobie pozwolić, by dłużej eksperymentować. Jeśli chce się klienta pozyskać, to nie jedzie się na spotkanie po to, żeby sprawdzić, czy się uda. Zbyt wiele razy to odczułem. Dlatego dziś, w takich sytuacjach, tatuaże ukrywam.
Zna pan inne osoby, które borykają się z takim problemem?

Dużo. Mam wielu znajomych, którzy np. na rozmowę o pracę nie pójdą z odsłoniętymi tatuażami. Oni również mówią, że wtedy nie ma nawet o czym rozmawiać.

Mogę spytać, gdzie ma pan tatuaże?

Jeden na przedramieniu, drugi ponad przedramieniem, który często wystaje również spod koszuli z krótkim rękawem. Mam też tatuaże na plecach, na nogach. Robię je od 20 lat. Lubię je i nadal będę je robił.

Nigdy pan nie żałował, gdy z powodu tatuaży nie udało się np. pozyskać jakiegoś klienta?

Nie! Nigdy w życiu! Ja teraz robię ten kalendarz właśnie po to, by oswoić ludzi i zrobić jeszcze więcej tatuaży! Jeszcze mam trochę miejsc do tatuowania.

A jak jest pan na plaży, to ludzie patrzą?

Nie, tutaj już nikt nie zwraca uwagi. Tu jest normalnie. Poza sprawami zawodowymi, biznesowymi, nigdzie nie odczuwam niechęci.
Na Facebooku pojawił się pana profil ”Akceptuję tatuaże w pracy”. Od kilku dni trwa akcja zbierania chętnych, którzy dadzą się sfotografować do kalendarza. Zdarzyło się coś, co pchnęło pana do takiego działania?

Nie. Od dawna myślałem o kalendarzu. Żeby sfotografować lekarza czy policjanta. Żeby złamać stereotypy, że tylko ludzie w więzieniach się tatuują. Dlaczego sędzia nie może mieć tatuażu? Postanowiłem skorzystać z cofundingu i strony wspieram.pl. Pod tym adresem można znaleźć wszystkie informacje na temat akcji ”Akceptuję tatuaże w pracy”.

Są pierwsi chętni?

Już ponad 10 osób się zgłosiło. Takich poważnych. Troje policjantów, w tym jedna policjantka.

Policjantka?

Tak. Jest bardzo ciekawa, bo jeden tatuaż wystaje jej nawet na dłoni. Spod munduru go widać. A jeden policjant jest cały zrobiony. Tatuaż na całym ciele, ale poniżej rękawów nic nie widać. Zgłosiła się też pani doktor, kardiochirurg, która ma wytatuowaną całą rękę. A także bizneswoman, dyrektor działu handlowego sprzedaży.

Ale mam też sporo osób reprezentujących inne zawody, np. dwie fryzjerki, pracownika McDonald's. Codziennie przychodzi również po kilka maili z zapytaniem ”Co mam zrobić, żeby wystąpić w kalendarzu”. Odpisuję, proszę o zdjęcia, o więcej informacji. Akcja dopiero się zaczęła i potrwa do września. Dopiero wtedy będę wybierał 12 osób. A potem jeździł po Polsce z profesjonalnym fotografem. Odzew naprawdę jest bardzo duży.

Co piszą ci ludzie? Też borykają się z brakiem akceptacji?

Napisał do mnie jeden pan, że w jego umowie o pracę jest zapis, iż nie może mieć tatuaży wystających poza uniform. Inni piszą, że mają problem ze znalezieniem pracy, albo że chowają tatuaże przed pracodawcą. Jedna pani napisała, że jest lekarzem i to był pozytywny mail. Cytuję ”Kiedyś moi szefowie powiedzieli, że kariery nie zrobię. Ale się mylili”.
Co zamierza pan zrobić z tym kalendarzem?

Chcę go wydać i wysyłać do firm. Jeśli zgłoszą się do mnie osoby, które powiedzą, że w ich miejscu pracy tatuaże nie są akceptowane, wyślemy je do nich. Zgodnie z zasadą cofundingu kalendarze już można kupować, choć jeszcze fizycznie ich nie ma. Zrobiło to już 10 osób. Za 7 zł będziemy wysyłać format jpg. Za 14 zł – kalendarz na biurko. Duży, w formacie A2, będzie kosztował 21 zł.

Jak pan myśli, skąd ta niechęć? Dlaczego pracodawcy tak źle patrzą na osoby wytatuowane?

Nie wiem. Chyba wciąż pokutuje ten stereotyp rodem z PRL. Wielu ludzi wciąż ma skojarzenia z więziennymi tatuażami. Gdy w ”Dzienniku Wschodnim” pojawił się artykuł o mnie, ktoś w komentarzu przypomniał stary dowcip, który wciąż jest aktualny: ”Mamusia mówi do syna: chowaj portfel, bo idzie wymalowany człowiek”. Niestety, w dużej części jeszcze dziś panują takie dziwne przekonania.

napisz do autora:katarzyna.zuchowicz@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...