Ignorancja po polsku. Arabska dzielnica w Warszawie jeszcze nie powstała, a już straszą "islamizacją miasta"

W Warszawie może powstać "arabska dzielnica". Ale nie będzie wyglądać tak, jak sądzi wielu Polaków
W Warszawie może powstać "arabska dzielnica". Ale nie będzie wyglądać tak, jak sądzi wielu Polaków Fot. Sławomir Kamiński / AG
"Najpierw nowy meczet, teraz arabska dzielnica..." – w ten sposób wielu internautów komentuje plany szejków ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, którzy rzekomo chcą zainwestować w ok. 20 hektarów ziemi w centrum Warszawy. Inwestycję od razu kojarzy się z islamem i pojęciem "islamizacji", choć jedyne, co połączy ją z Arabami, to pieniądze. Jeśli w ogóle dojdzie do skutku, bo po cichu mówi się, że cała sprawa to medialna "bańka mydlana"...

"Największa na świecie"
Wiadomość o tym, że inwestorzy z Emiratów chcą stworzyć w jednym z polskich miast "arabską dzielnicę", lotem błyskawicy obiegła polskie media i internet. W podawanych za "Pulsem Biznesu" informacjach można przeczytać, że po rozmowach, jakie w Polsce toczyła delegacja z ZEA na czele z emirem Dubaju szejkiem Mohammedem bin Raszidem al-Maktumem, okazało się, że Emiratczycy właśnie w Polsce planują zrealizować największą inwestycję na świecie.



Konkrety? Jak podają zgodnie ambasador RP w Dubaju i firma konsultiingowa MK Business Link, deweloper, firma Emaar, chce zainwestować na minimum 20 hektarach w centrum miasta (najprawdopodobniej Warszawy) w apartamentowce z hotelami, częścią komercyjną i drogami. Tak powstanie cała biznesowa dzielnica. Los inwestycji ma zostać przesądzony na jesieni, kiedy inwestor z Dubaju wybierze jedną z zaprezentowanych przez włodarzy miast ofert.

Doniesienia o możliwej inwestycji Emiratczyków w Polsce budzą wyjątkowe emocje. Oto nasz kraj staje się celem ekspansji miliarderów z Zatoki Perskiej, a w dodatku muzułmanów. I właśnie na tym ostatnim wątku skupiają się reakcje na doniesienia o "arabskiej dzielnicy". Wygląda na to, że wszystko, co arabskie, musi być islamskie. A co islamskie, musi stanowić dla nas zagrożenie...

“Jakie będą decyzje szejków? Tego dowiemy się już na jesieni. Jednak decyzja ta może stworzyć niebezpieczny precedens dający szansę nieskrępowanego osiedlania się w stolicy Polski dużej ilości muzułmanów. Wszak chyba nikt nie ma nadziei, że takowa dzielnica miałaby powstać dla Polaków…” - brzmi fragment artykułu na portalu Narodowcy.net.

"Czy będzie to początek islamizacji naszej stolicy?" - pyta katolicki portal "Polonia Christiana".

"Wielu ludzi boi się, że zbudowanie w Polsce arabskiej dzielnicy może przyczynić się do islamizacji Europy. Po ostatniej eskalacji ataków terrorystycznych nastroje antyislamskie mogą się tylko nasilić" - przewiduje serwis "Blasting News".

Dodając do tego całą masę komentarzy internautów, wygląda na to, że przed oczyma Polaków już pojawiła się wizja odseparowanej muzułmańskiej dzielnicy, z paradującymi po ulicach kobietach w burkach i nikabach. I nie wiadomo, śmiać się czy płakać nad ignorancją tych, którzy taką wizją straszą.
Galeria zamiast meczetu
Zacząć trzeba od tego, że "arabscy szejkowie", jak przyjęło się mówić u nas o bogatych inwestorów z Emiratów, upodobali sobie inwestycje za granicą. W Polsce słychać o nich np, kiedy przejmują kluby piłkarskie, ale to tylko jedna z wielu form aktywności. Inną są właśnie biznesowe kompleksy na kształt dzielnic, które wyrastają w wielu krajach za pieniądze m.in. z Dubaju.

Jak wyglądają? O to zapytałem Waela Suleimana, prezesa Polish Business Group w Emiratach, który robi interesy z inwestorami z ZEA. W odpowiedzi wskazał na Serbię. Ten sam deweloper, który ponoć zainteresowany jest Polską, chce zbudować tam wart 2,5-2,8 mld euro kompleks mieszkalno-biznesowy "Belgrad na wodzie". Czyli właśnie mityczną już "arabską dzielnicę".

– Tam linia Etihad z Abu Dhabi wykupiła 49% linii lotniczych Air Serbia, Emiratczycy zawarli umowy biznesowe Joint Venture z firmami rolniczymi oraz przedsiębiorstwami związanymi z produkcją sprzętu wojskowego. Te projekty nie mają podłoża religijnego, a czysto handlowe i nikt nie myśli o budowaniu meczetów. Dlaczego inwestor ma tracić teren na świątynie, skoro może postawić następny budynek? - mówi Suleiman.
Wael Suleiman

Taka jest idea inwestycji za granicą, czy to Maroko, czy Jordania, czy Serbia. Inwestorzy z Emiratów nie budują tych projektów dla siebie, oni tu nie przyjeżdżają, a większość inwestycji zarządzanych jest przez Amerykanów i Brytyjczyków. Nawet w Dubaju Emaar, który realizuje inwestycje deweloperskie, nie buduje w nich meczetów.

Straszenie "islamizacją" jest nieuzasadnione jeszcze z jednego powodu. Nie ma mowy o tym, by za pieniędzmi podążyli muzułmanie z Emiratów. Za to na inwestycji skorzystają Polacy. - Ewentualna inwestycja w Polsce to miejsca pracy dla Polaków i szansa dla polskich producentów materiałów budowlanych, wykończenia i wyposażenia wnętrz - dodaje mój rozmówca.

Palcem po wodzie?
Na wizji "islamizacji" problemy z rzekomymi planami Emiratczykow się jednak nie kończą. W Polsce już ogłoszono sukces, tymczasem - jak słyszę od jednej z osób, która zna kulisy "negocjacji" - inwestycja w biznesową dzielnicę w jednym z polskich miast może okazać się wielkim niewypałem. Osoba, z którą rozmawiałem, nazywa ją "medialną bańką mydlaną".

- Emiratczycy inwestują z dwóch powodów, politycznych bądź ekonomicznych. Polityczny w Polsce jest raczej mało prawdopodobny. A co do ekonomicznego, nie zobaczyliśmy żadnych opracowań, żadnych konkretów mówiących o tym, dlaczego właśnie w Polsce inwestorom miałoby się opłacać bardziej niż gdzie indziej - twierdzi.

Jak przekonuje, w kraju mówiono o negocjacjach, a delegacja z ZEA zjawiła się u nas "po drodze" - wracając z EXPO. - Taka delegacja przyjmuje każdy projekt. Polskie miasta mogły je opracować, ale z tego, co słyszałem, żadnej decyzji drugiej strony nie ma. "Zainteresowanie" może polegać na tym, że kulturalny inwestor po prostu zadeklarował, że przyjrzy się ofercie. I tyle - zaznacza.

Jest jeszcze inny wątek tej sprawy. Mój rozmówca twierdzi, że za szumem związanym z "arabską dzielnicą" stoi polski ambasador w Dubaju, któremu kończy się kadencja. - Mocno chciałby tam zostać, dlatego zaczął latać po miastach i zbierać projekty. Rozmawiał nawet z prezydentem Komorowskim. Z kolei szefem firmy konsultingowej, która się w tej sprawie wypowiada, jest była pracownica ambasady - podkreśla.

Rzecz jasna nie zmienia to faktu, że inwestycja, gdyby do niej doszło, byłaby dla Polski korzystna. Fakt, że złożono oferty, też trzeba tak oceniać. Tylko czy nie za szybko ogłoszono sukces?

Napisz do autora: michal.gasior@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...