Zdecydowała się na in vitro, firma jej to wypomniała. Teraz oskarża pracodawcę o mobbing i dyskryminację

Decyzja o in vitro nie zawsze jest dobrze przyjmowana...
Decyzja o in vitro nie zawsze jest dobrze przyjmowana... Fot. 2nix Studio / www.shutterstock.com
Pracownica Polskich Sieci Energetycznych, Anna Tymko-Winiarska, podjęła się sześciu prób in vitro. Przytyła, była kilka miesięcy na zwolnieniu. Gdy w pracy dowiedzieli się o przyczynach takiego stanu rzeczy, zaczęły się jej problemy. O dramacie kobiety piszą "Wysokie Obcasy".

Tymko-Winiarska ma 42 lata. – Taka stara i jej się dzieci zachciewa – słyszała. Albo: –­ Firmy dziecioróbstwo nie interesuje.



Szybko stała się obiektem plotek in szykan. Twierdzi, że firma wykorzystywała to, że próbowała zajść w ciążę. Wpadła w depresję.

Jak opisuje GW, ”z prestiżowego stanowiska asystentki w sekretariacie zarządu przesunięto ją na stanowisko w sekretariacie departamentu. W małym pomieszczeniu bez okna i ze słabą klimatyzacją zlecono jej archiwizację dokumentów, przydzielając niewykonalny termin ukończenia”.

Potem przydzielono jej obowiązki przekraczające jej kwalifikacje. Od szefowej słyszała, że nie może do pracy przychodzić "jak na rekonwalescencję".

Małgorzata Gołota opisywała niedawno w naTemat historię Karoliny, która z mężem od ośmiu lat starała się o dziecko. Gdy zdecydowali się na in vitro niektórzy znajomi się od nich odwrócili. – Dwoje napisało, że z przyczyn ideologicznych kończy ze mną znajomość. Jeden z chłopaków zapytał się, czy nie boję się urodzić dziecka, które może nie mieć duszy. Kolejnych dwoje nie udzieliło mi żadnych wyjaśnień –  opowiadała.

Źródło: Wyborcza.pl
Trwa ładowanie komentarzy...