Oburzenie na Merkel, bo mówiąc prawdę doprowadziła dziewczynkę do płaczu. Polityk to nie psychoterapeuta

Angela Merkel nie cieszy się ostatnio sympatią internautów.
Angela Merkel nie cieszy się ostatnio sympatią internautów. Fot. 360b / www.shutterstock.com
„Angela Merkel doprowadziła nastolatkę do łez”, „Lament i łzy podczas spotkania Angeli Merkel z uczniami” – to tylko niektóre z komentarzy, jakie pojawiły się w sieci po spotkaniu niemieckiej kanclerz z uczniami. Po wizycie w jednej ze szkół kanclerz odsądza się od czci i wiary, bo na jedno z pytań odpowiedziała… szczerze i rzeczowo. A do zmiany stanowiska nie skłoniły jej nawet dziecięce łzy.

Poszło, jak to ostatnio często bywa, o imigrantów, choć to nie ich temat był punktem wyjścia dla spotkania. Je zorganizowano jako element cyklu „Dobrze żyć w Niemczech”. To seria debat, jakie z obywatelami odbywają członkowie gabinetu i sama kanclerz. Rozmawiają wtedy o tym, co dla konkretnych osób znaczy „dobre życie”, czego potrzebują, co chcieliby zmienić. Cykl zresztą powszechnie uznaje się za preludium do planowanej za dwa lata kampanii wyborczej.


Imigrancka kwestia
W środę Angela Merkel spotkała się z uczniami szkoły w Rostocku. W rozmowie z kanclerz brało udział przeszło 30 osób, głównie w wieku 14–17 lat. Jedną z nich była nastoletnia Reem, Palestynka. Dziewczyna zwróciła uwagę, że – choć mieszka w Niemczech już cztery lata – nie wie, jaka będzie jej przyszłość. Jej rodzinie nadal może grozić deportacją, jeśli wniosek o azyl zostanie odrzucony. Dodała, że jej marzeniem są studia na niemieckiej uczelni.

Tu Merkel przyznała jej rację, słusznie zauważając, że tego typu decyzje powinny zapadać o wiele szybciej niż po czterech, pięciu czy sześciu latach. Niebawem dodała jednak, że Niemcy nie są w stanie przyjąć wszystkich imigrantów.
Merkel okazała zrozumienie i współczucie dziewczynce, jednak nie pozostawiła jej złudzeń i na zadane pytanie udzieliła merytorycznej odpowiedzi. – Sama wiesz, że w obozach dla palestyńskich uchodźców w Libanie jest jeszcze wiele tysięcy ludzi. Gdybyśmy powiedzieli: – Wszyscy możecie do nas przyjechać i wy wszyscy z Afryki też i cała reszta też, to zwyczajnie sobie z tym nie poradzimy. A i niektórzy z tych, których przyjęliśmy, będą musieli potem wrócić do domu – wyjaśniła.

Z pewnością nie były to słowa, które dziewczynkę mogły ucieszyć. Nie dziwi więc, że niedługo potem nastolatka się rozpłakała. Dziwi, że kolejną chwilę później na kanclerz spadły gromy (polecam sprawdzić na Twitterze #MerkelStrokes lub #Merkelstreichelt).
Merkel do bicia
„Doprowadziła dziecko do łez”, „jest oschła”, „nie ma ciepłych uczuć”, „to robot” – posypały się komentarze. Pytanie czy faktycznie były uzasadnione? Bo Angela Merkel – jakkolwiek w istocie na pierwszy rzut oka nie kojarzy się z osobowością ciepłą i przyjazną – zareagowała w sposób wydawałoby się odpowiedni. Kiedy zauważyła, że dziewczynka płacze, westchnęła i podeszła do niej przemawiając chyba najbardziej łagodnym tonem, jaki w wydaniu niemieckiej kanclerz udało mi się kiedykolwiek słyszeć. Pocieszyła, choć z wcześniej zajętego stanowiska się nie wycofała, i podała Reem chusteczkę.

Co mogła zrobić więcej? Wydawałoby się, że nic. O ile oczywiście nie chciała uciec się do kłamstwa lub wymijających i cukierkowych obietnic o tym, że Niemcy są domem wszystkich, a takie rodziny jak Reem nie muszą się deportacją kłopotać. A to, zwłaszcza w przypadku polityków, jest chyba gorsze niż cokolwiek innego.

Tymczasem zdaniem wielu Angela Merkel tak właśnie powinna była postąpić. Wybrnąć z tej rozmowy dyplomatycznie, unikając tematu.

Matka, ojciec i terapeuta
Inna sprawa – od kiedy to rolą polityka jest być matką, ojcem i psychoterapeutą w jednym? Bo wydaje się, że takiego właśnie matczynego, wspierającego zachowania po kanclerz Merkel oczekiwano. Nie tylko w sprawie Reem, ale także w niedawnej sprawie greckiej.

Weźmy chociażby akcję bojkotującą niemieckie produkty. Internauci, w odpowiedzi na narzucone Atenom m.in. przez Berlin warunki porozumienia, które ich zdaniem są krzywdzące dla Greków, wzywają do stanowczego bojkotu niemieckich marek i produktów sygnowanych ich szyldem. W internecie trwa kampania, której główne hasła – "boycott germany" i "StopBuingGerman" – mają uderzyć w niemieckich producentów.
Wszystko dlatego, że sieciową społeczność poirytowały niemieckie wymagania wobec Aten. Słuszne czy nie, pamiętajmy, że do bankructwa Grecji doprowadzili przede wszystkim sami Grecy i to oni muszą teraz ponieść jego konsekwencje. Czym więc uzasadnić chęć odwetu na niemieckiej kanclerz? Argument „bo nam się to nie podobało” naprawdę wystarczy?

Polityka to twarda gra
Gdyby chodziło tylko o Angelę Merkel, nie byłoby powodu do niepokoju. Ot, nie cieszy się społeczną sympatią. Podobne zarzuty, dotyczące braku empatii i bycia „drewnianą” spotykają często także Hillary Clinton. Swego czasu mówiło się nawet, że to właśnie z tego powodu lata temu przegrała walkę o nominację Demokratów z Barackiem Obamą. I na tym pewnie też się nie kończy.

Rozumiem, polityk ma być blisko ludzi, ma zapewniać poczucie bezpieczeństwa i gwarantować lepsze jutro, ale dlaczego ostatnio tak często – i coraz częściej – zamiast konkretnego programu, konsekwencji w sposobie prowadzenia polityki, sumiennej realizacji postulatów czy zwykłej pracowitości rozliczamy polityków właśnie najpierw z tego, czy są dla nas sympatyczni. Dlaczego wolimy słuchać cukierkowych obietnic, zamiast nawet najgorszej prawdy? Jakim prawem – skoro tych lukrowanych słów chcemy słuchać – potem narzekamy, że nic się nie zmienia? Polityk może, ale nie musi być uwielbiany (od tego są zdaje się idole w stylu One Direction czy Beyonce). Polityk ma być szczery, konkretny i przede wszystkim ma pracować na to, by ogółowi pospólstwa żyło się lepiej.

Kanclerz zbiera cięgi, bo jest politykiem. A polityka, o czym zdaje się wielu zapomniało, to twarda i mało przyjemna, za to niezwykle odpowiedzialna gra. Konsekwencja z jaką swojego stanowiska broni Angela Merkel czyni z niej osobowość godną uwagi. Nawet jeśli narusza przy tym zasady etykiety. Wielka Brytania miała „żelazną” Margaret Thatcher, Niemcy mają „żelazną” Angelę Merkel. Szkoda, że my, na polskiej scenie politycznej nie mamy nikogo, kto zamiast obiecywać gruszki na wierzbie powiedziałby nam jak naprawdę jest i – przede wszystkim – jak naprawdę będzie.

napisz do autorki: malgorzata.golota@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...