To się nazywa luksus. Produkują perfumy ze złotem. "Jest częścią DNA naszej marki" [wywiad]

Jean-Philippe Clermont - twórca marki.
Jean-Philippe Clermont - twórca marki. Fot. Materiały prasowe
Luksus, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Klasa – bo te zapachy są nietuzinkowe i niezwykle oryginalne. Piękno, które przyciąga kobiety oraz mężczyzn. Tak w trzech słowach mogłabym określić te perfumy.

Maria Kowalczyk: Kiedy powstała Atelier Des Ors?

Jean-Phillippe Clermont: Premiera marki miała miejsce w grudniu 2014. Pierwszym punktem sprzedaży był Paryż, a chwilę później Harrods w Londynie. A następnie Harrods w Nowym Jorku, i kilka butików w Myamar i w Katarze i w innych krajach na Bliskim Wschodzie. Zależało nam na tym, żeby być w bardzo luksusowych miejscach. Dziś jesteśmy w 15 krajach. Głównie w niszowych perfumeriach i koncept storach. Jak Quality, w Polsce.

Rozumiem, że złoto w waszych zapachach to smakowity kąsek dla mieszkańców Bliskiego Wschodu…

Wybieramy bardzo dokładnie partnerów z którymi pracujemy. I pierwsze, co przekazuję sprzedawcom na szkoleniach, to: złoto jest częścią DNA naszej marki, ale my nie sprzedajemy złota. To nasz podpis, znak charakterystyczny, dekoracja. Kochamy je, ale najbardziej istotny dla nas jest jego filozoficzny aspekt. Perfumy i złoto mają liczne podobieństwa.
Na pewno obie te rzeczy są dobrami luksusowymi.

Nie tylko. Pierwsze perfumy to były żywice, unosił się dym i przez jego opary duchowny komunikował się z wyższą instancją. Były bardzo mistyczne. Etymologia perfum: perf fumum – poprzez dym. A złoto zawsze było symbolem słońca, Boga. Znajdziesz je na ikonach w cerkwiach, zdobnictwie sakralnym w kościołach katolickich, na posążkach buddy, dosłownie we wszystkich świątyniach wielu wyznań. Złoto reprezentowało perfekcję, absolut i było symbolem poszukiwania wieczności. Dlatego postanowiliśmy połączyć te dwa elementy. W dodatku oba są bardzo zmysłowe – nosisz perfumy na skórze, podobnie jak złotą biżuterię.

A te piękne złote płatki… czy jest ryzyko, że zablokują atomizer?

Używamy płatków złota, które są niezwykle cienkie.

I nie wchodzą do pompki?

Wchodzą, ale jej nie blokują. Po rozpyleniu na skórze czy ubraniach znikają jak pyłek. Rozpadają się. Wybraliśmy zresztą specjalna pompkę, żeby nie było niespodzianek. Sam używam zapachów od roku i nic się takiego nie wydarzyło.

Ja nie mam nic przeciwko złotemu pyłkowi na skórze czy ubraniach…

Można go nosić, ale oczywiście można jednym ruchem ręki się tego pyłku pozbyć. Zresztą nie chodziło o nabłyszczanie skóry, tylko o eleganckie błyszczące efekty unoszących się płatków, które krążą po flakonie. Mówimy na to „balet złotych płatków”. Jest to też element prosto z gwiazd.

Opowiedz mi coś o waszym koncepcie – widzę pięć zapachów w identycznych flakonach w stylu vintage…

Jesteśmy marką francuską. Moi dziadkowie produkowali kryształy i naczynia i pewnie dlatego od lat fascynowało mnie rzemiosło. A ponieważ złoto zawsze gdzieś przewijało się w rzemiośle artystycznym, przejęliśmy te techniki i postanowiliśmy stworzyć markę w stylu Haute Parfumerie.

Waszym logo jest konik morski, a nie sztabka złota, dlaczego?

Dlatego, że chciałem wykorzystać także elementy alchemii. Logo ma okrągły kształt, jak znak odciśnięty w lace, w środku jest konik morski i promienie. Przypominają one promienie wschodzącego słońca. A konik morski jest starym symbolem 24-karatowego złota we Francji. Zresztą nazywa się hypocamp (po francusku) – tak samo jak część mózgu odpowiedzialna za przywoływanie emocji, zwłaszcza tych związanych ze zmysłem węchu.
Wielowymiarowe znaczenie. Niezwykłe logo! I piękne opakowania.

Teraz we Francji jest odrodzenie Haute Parfumerie (ręcznie wyrabianych misternie zdobionych flakonów i niszowych zapachów dalekich od masowej sprzedaży, przyp. Red.), a złotą erą dla niej był początek XX wieku, okres Art Deco. Kryształowe flakony Lalique, Baccarat – wówczas opakowania perfum były unikatowymi dziełami sztuki. A później gdzieś to straciliśmy. Perfumy stały się dostępne wszędzie i niemal dla każdego, co bardzo zepsuło ich jakość, wygląd opakowań – poprzez sprzedaż na skalę masową. Wreszcie, przyszła nowa fala artystycznej perfumerii. I dlatego w mojej marce są nawiązania do tej złotej epoki perfumiarstwa z lat 30. ubiegłego wieku. Stąd szlify na flakonie, jak na kryształach Art Deco.

Czy flakony wykonane są ze szkła kryształowego?

Nie, są z grubego szkła, tylko szlif promieni słonecznych nawiązuje do kryształu. Butelka ma owalny kształt. A korek jest wykonany z metalu – zamaku, który jest ciężki i przyjemnie zimny w dotyku. Koszt takiego korka jest 3-4 razy wyższy niż plastikowego, ale jeśli produkujesz takie ilości jak my, nie jest to dla twojego budżetu aż tak odczuwalne, a wygląda genialnie, nadaje sznyt całości. Dlatego powtarzam, że małe jest piękne.

Widzę, że promienie obecne w logo i na samej szklanej butelce, pojawiają się także na kartoniku od perfum?

Mamy artdecowski wzór specjalnie dla nas zaprojektowany. Ten „blask” promieni i symetria są zawsze widoczne w punktach sprzedaży naszych zapachów. Po to, żebyśmy byli rozpoznawalni z daleka. To ma być nasz znak rozpoznawczy.

Umieram z ciekawości jak pachną Atelier des Ors!

Mamy pięć różnych kompozycji…

A czy ty je projektujesz?

Niestety nie mam takich zdolności, choć bardzo bym chciał…

Ale zapewne z kimś współpracujesz i konsultujesz perfumy?

Rozmawiałem z różnymi „nosami” i kreatorami zapachów i zdecydowałem się pracować z Marie Salamagne. Nie wybrałem jej z powodu jej wcześniejszych kompozycji, ale bardziej dlatego, że się świetnie dogadaliśmy. Ona zrozumiała czego ja szukam, na czym mi zależy, co jest dla mnie najważniejsze i co chcę poprzez te zapachy przekazać.
I jak długo zajęło wam opracowanie całej linii?

Około roku. Pierwszym zapachem jest Aube Rubis – rubinowy świt. Mówi się, że słońce rodzi się każdego dnia na nowo. Chodziło o te poranne, wczesne godziny. Mamy więc orzeźwiający, świeży początek z grejpfrutem i porzeczką, które mówią o chłodzie zanim wstanie słońce, a następnie dzięki jego blaskowi robi się coraz cieplej… I dominuje paczula.

Piękny! A czy w Atelier Des Ors jest podział na perfumy kobiece i męskie?

Nie. Unikamy takich podziałów. Niektóre z nich są bardziej kobiece, jak zapach różany. Natomiast mam kilku przyjaciół, którzy tę moją różę noszą i bardzo sobie chwalą. W naszej marce bardziej chodzi o emocje i o historię, którą chcemy przekazać. Kiedy zapytano mnie kto jest moim klientem i targetem – nie wiedziałem co powiedzieć. Mam nadzieję, że spodobają się wielu różnym osobom w różnym wieku i obojga płci. Ale na pewno nie są to perfumy typowo bliskowschodnie, czy specjalnie stworzone dla Azjatów, bądź stricte przeznaczone na rynek amerykański.

Tę paczulę może używać zarówno męski facet, jak i efemeryczna kobieta. A drugi zapach?

Drugi jest przeciwieństwem pierwszego. Skoro mamy świt, mamy również zachód słońca i Lune Feline – „koci” (zmysłowy) księżyc. Symbolizuje on atrakcyjność, pożądanie, przyciąganie. To zapach wieczorowy.

Podoba mi się, że pomimo, że jest inny, pachnie jakby był z tej samej rodziny co pierwszy. Przepiękny zapach!

I dlatego właśnie zdecydowaliśmy się na współpracę z jednym nosem, a nie pięcioma, żeby wszystkie zapachy zachowały tę spójność. W Lune Feline nie chodzi o słodycz, ale o coś więcej. Pachnie wanilią, piżmem, nutami zwierzęcymi i balsamicznymi, które nadają zapachowi ciemniejszą stronę. Poczujesz później, jak się rozwinie.

Nie jest to klasyczny ulepek z cukru i lukru. Ale zapach z głębią, niezwykle seksowny! A kolejny?

Trzecim jest Rose Omeyyade, o którym już mówiłem. Jest to róża inspirowana orientem, więc mamy w nim nuty drzewne, jak agar, czy sandał. Perfumy mają nazwę od dynastii Omeyyade, z Damaszku. A Damaszek wybraliśmy dlatego, że w tym zapachu użyliśmy różę stulistną i damasceńską. Te perfumy to według mnie - zmysłowość.

Piękne, choć nie jestem fanką różanych zapachów, te nie drażnią kwiatowymi nutami. Poproszę o kolejne perfumy!

Te są inspirowane złotym DNA naszej marki i nazywają się Cuir Sacre – czczona skóra. Inspiracją do ich powstania był arabsko-andaluzyjski okres, kiedy w Kordobie były targi – suki z przyprawami. I wisiały na nich płaty skóry, które były tymi aromatami przesycone. Perfumy te zbudowane zostały wokół szafranu, wetiweru i skóry. Na tej skórze z tamtego okresu, o którym wspomniałem były wytłaczane ozdobne wzory, które malowano na złoto. Wysyłana była wówczas na eksport, żeby dekorować liczne pałace w całej Europie.

Jest niesamowity. Przepięknie się układa na ciele! Przypomina mi wizytę w sklepie ze skórzanymi wyrobami w Siennie.

Lune Feline i Cuir Sacre, to zapachy trudne, skomplikowane. Czasami takie bardziej ryzykowne kompozycje nie sprzedają się w ogóle. Ale podobają się za to pasjonatom. Jesteś drugą osobą, która je doceniła. Emerytowany dyrektor laboratoriów zapachów Hermes, który przepracował tam 25 lat też go pochwalił. Kiedy poprosiłem go o wskazówki i uwagi, powiedział, że Cuir Sacre jest genialny i idealnie odzwierciedla naszą markę i jej założenia. Liczę na to, że oboje macie rację!
To mój numer jeden, choć nadal nie wąchałam piątej kompozycji…

Larmes Du Dessert. Ten jest bardzo ambrowy, pełen mirry, przypraw, bliskowschodni w charakterze.

Przypomina mi spacer po marokańskim suku pełnym przypraw…

Tak, ale nazywa się „łza pustyni”, ponieważ kadzidła, które dawniej palono, była żywicą zbieraną z drzew. I miała ona kształt łezki. Stąd ten bliskowschodni charakter i mistycyzm.

Piękny. Słodki, cierpki od przypraw i mirry. Ale moim numerem jeden pozostaje skóra z Kordoby. Powiedz, którego z nich używasz?

Na początku używałem przez kilka miesięcy Larmes Du Dessert, bo kadzidło przypominało mi emocje związane z chodzeniem z babcią do kościoła. Następnie pokochałem skórę Cuir Sacre. A później Aube Rubis. Niedawno nosiłem Lune Feline. Jedyny, którego nie używam to Rose Omeyyade. Chyba dlatego, że uwielbia je moja żona i to jej perfumy. Na jej skórze pachną przepięknie. Wiele osób w Paryżu pytało jej co masz na sobie? A ona odpowiadała: moje perfumy. Wzbudzała zainteresowanie, a następnie zaczęła mówić jak się nazywają i co to za marka.
Najlepszy sposób na marketing – wzbudzać pożądanie!

Tak. W dodatku było to niezwykle ciekawe wchodzić do pomieszczenia i obserwować reakcje ludzi na mój zapach. Czy też mojej żony. Od tego zaczęliśmy, a dziś się rozwijamy. Oboje pracujemy nad tym, żeby Atelier Des Ors pokochało jak najwięcej osób.

Napisz do autorki: maria.kowalczyk@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...