"Detektyw" kona. Kto jeszcze z niecierpliwością czeka na kolejny odcinek tego serialu?

Vince Vaughn wciela się w drugim sezonie w rolę gangstera Franka Semyona. Jego gra pozostawia jednak sporo do życzenia.
Vince Vaughn wciela się w drugim sezonie w rolę gangstera Franka Semyona. Jego gra pozostawia jednak sporo do życzenia. HBO/materiały prasowe
Stworzony przez Nica Pizzolatto „Detektyw” otwierał większość zestawień najpopularniejszych seriali w 2014 roku. Hitowa produkcja HBO wysoko zawiesiła poprzeczkę zarówno konkurencji, jak i własnej kontynuacji. Jak pokazują ostatnie tygodnie, poprzeczkę, i to z solidnym hukiem, strącił niestety sam Pizzolatto.

Emitowany od 22 czerwca drugi sezon „Detektywa” był jednym z najbardziej oczekiwanych serialowych tytułów drugiej połowy tego roku. Całkowita zmiana obsady i miejsca akcji serialu budziła wśród fanów pewne obawy, ale mimo to premierowy odcinek zgromadził przed telewizorami blisko 3,2 mln widzów – to drugi w historii tej produkcji wynik oglądalności. Ta jednak od tego czasu stopniowo maleje, podobnie jak kredyt zaufania do twórców.

Pierwszy odcinek spełnił swoją funkcję i przybliżył sylwetki nowych bohaterów, przy okazji rozpoczynając zaplanowane na cały sezon śledztwo. Odcinek co prawda nie porywał, ale można było to usprawiedliwić koniecznością wprowadzenia widza do świata serialu, co wymaga często nieco więcej czasu. Kolejne epizody nie przyspieszyły jednak akcji, posuwając historię do przodu w równie ślimaczym tempie. Dziś, kiedy wyemitowano szósty z ośmiu zaplanowanych odcinków, sytuacja wciąż nie uległa zmianie, a fani nie kryją już swojego rozczarowania takim stanem rzeczy.

Niedoścignieni McConaughey i Harrelson

Druga seria zdaje się być jedynie nieudolną imitacją pierwszej, przepełnioną mocno wytartymi kliszami i groteską. To, za co fani pokochali „Detektywa”, jest obecne w bardzo nikłym stopniu w nowej odsłonie serialu.

A przecież jeszcze nie tak dawno wszyscy zachwycali się rolą zgorzkniałego, inspirującego się nietzscheańską filozofią detektywa Rusta Cohle’a. Matthew McConaughey stworzył głęboki portret człowieka, który zatraca się w kryzysie egzystencjalnym, pociągając za sobą w tę życiową otchłań widza. Stanowił na dodatek ciekawy kontrast dla drugiego z bohaterów, Marty’ego (Woody Harrelson), śledczego, który choć pozornie stara się wieść spokojne życie u boku żony i dzieci, podobnie jak Cohle posiada mroczną stronę. Rzuceni w świat brutalnych rytualnych zabójstw, tajemniczych sekt i seryjnych morderców sprawiali wrażenie postaci, które mogą zostać pochłonięte przez otaczający je mrok. To nieustanne niebezpieczeństwo czyhające na bohaterów trzymało widza w napięciu przez cały sezon.

W drugiej serii Pizzolatto nie tylko nie zdołał stworzyć równie ciekawych postaci, ale także poległ w kwestii utrzymania atmosfery niepokoju. Nowi bohaterowie nie intrygują, co jest problemem i scenariusza, i gry aktorskiej. Colin Farrell, Rachel McAdams, Taylor Kitsch i Vince Vaughn wypadają przy poprzednikach blado. Ich postacie, choć wyraźnie brakuje im głębi Rusta i Marty’ego, popadają w niezamierzoną groteskę. Być może bardziej uzdolnieni aktorzy byliby w stanie wydobyć z tych ról więcej, ale to Pizzolatto zdecydował się na obsadzenie właśnie tych, a nie innych nazwisk.

Czas płynie wolniej w Kalifornii

Problematyczna jest sama historia, która opowiadana jest w sezonie drugim. O ile w pierwszej serii zgrabnie łączono wątek śledztwa w sprawie morderstw z wątkami obyczajowymi dotyczącymi życia osobistego bohaterów, tak w drugiej zabieg ten szwankuje. Sprawa, nad którą pracują tytułowi detektywi, ginie pod natłokiem mało istotnych wydarzeń, nie popychających akcji do przodu ani niewnoszących nic specjalnego do charakterystyki postaci. Aby utrzymać uwagę widzę, każdy odcinek kończy się z reguły suspensem, co jest chwytem, jak na tytuł o takiej renomie, tanim. Co gorsze, ten stosowany często zabieg wcale nie prowadzi do rozwiązania akcji, wręcz przeciwnie – w kolejnym odcinku przywraca fabułę na dawne tory, wciąż tkwiąc w miejscu. Aż dziw bierze, że cała historia ma zamknąć się w ośmiu odcinkach, bo sprawia wrażenie rozpisanej na kilkanaście epizodów.

Zmiana miejsca akcji również negatywnie wpłynęła na jakość nowych odcinków. Pierwszy sezon Pizzolatto umiejscowił w rodzinnej Luizjanie, gdzie, jak sam mówił, ściera się małomiasteczkowe chrześcijaństwo ze zdegradowanymi moralnie ludźmi, zainteresowanymi jedynie bójkami i przesiadywaniem w obskurnych barach. Reżyser oddał na ekranie ten konflikt z ogromną pasją, tworząc miejsce akcji pod względem ciężkości klimatu spójne z opowiadaną historią. Dlaczego w drugiej serii zdecydował się na Kalifornię? Twierdził, że to miejsce posiada podobną do Luizjany atmosferę. Być może to prawda, ale Pizzolatto nie zdołał tej atmosfery uchwycić.

„Detektyw” na rozstaju dróg

„Detektyw” przeżywa obecnie kryzys tożsamości i od tego, jak sobie z nim poradzi, może zależeć przyszłość serialu. Fani, z uwagi na kapitalny sezon pierwszy, wciąż zasiadają co niedzielę przed telewizorami w oczekiwaniu na kolejny odcinek, aczkolwiek czynią to z coraz mniejszym entuzjazmem. Ostatnimi dwoma odcinkami ekipa odpowiedzialna za serial może grać zarówno o zaufanie widza, jak i szefostwa HBO. W końcu sieć ta posyłała już w przeszłości do kosza tak duże projekty, jak wielokrotnie nagradzane „Rzym” czy „Deadwood”, więc wizja rychłego końca „Detektywa” wcale nie jest scenariuszem niemożliwym. Wypada mieć nadzieję, że Pizzolatto chowa asa w rękawie i czymś jeszcze zaskoczy. W innym wypadku szybki sukces serialu może iść w parze z równie szybkim upadkiem.

Napisz do autora: michal.madanowicz@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...