Nie mam pojęcia o rajdach samochodowych. Dlatego pojechałem na jeden z nich – Rajd Finlandii

Zespół Volkswagen Motorsport podczas serwisu auta Sebastiana Ogiera. Fot. naTemat
Nigdy nie rozumiałem fascynacji rajdami samochodowymi. W ten weekend nadarzyła się okazja, by to zmienić. I to nie byle jaka, bo na prestiżowym Rajdzie Finlandii. Nie będzie to jednak tekst o samych samochodach. To krótka przygoda żółtodzioba ze środowiskiem rajdowym i wszystkim, co z nim związane. Nie znasz się na tym? To tekst dla ciebie – jeszcze 48 godzin temu też nie miałem o tym wielkiego pojęcia. Teraz przynajmniej rozumiem zasady. No i mam całe buty i spodnie w błocie.

Ale o co chodzi?
W dzieciństwie, jak większość chłopaków, lubiłem pograć sobie w „samochodówki”. Poza popularnym „Need for Speedem” w moje ręce wpadła też gra „Rally Championship” lub któraś w tym stylu. Pamiętam, że długo nie zagrzała miejsca na dysku, bo nie mogłem się w niej połapać. Chciałem jeździć, a tutaj kazali coś naprawiać, liczyć czas i kombinować. Z rajdami kojarzyłem jeszcze legendarnego rajdowca Colina McRae, a ostatnio także Roberta Kubicę. Choć naszego rodaka niestety raczej z tego, że często z trasy wypada, a nie wygrywa.
Tak (dodając sporadyczne filmiki na YouTube z ciekawszych tras) do zeszłego piątku wyglądała moja wiedza na temat rajdów samochodowych. Z niewiedzy postanowiła wyprowadzić mnie firma Castrol, która zaprosiła mnie do mekki tego sportu – Finlandii. Tutaj, w wyjątkowo pięknej okolicy miasta Jyväskylä, rozgrywa się najszybszy rajd sezonu. Samą trasę oraz kulisy podpatrywałem u drużyny Volkswagen Motosport. Najlepszej w tym i kilku poprzednich sezonach.
Pierwszy kierowca Sebastian Ogier to aktualnie niekwestionowany lider – ma ponad 80 punktów przewagi nad drugim Jarim-Mattim Latvalą, który pewnie wygrał tegoroczny Rajd Finlandii. Drugi był nie kto inny jak wspomniany przed chwilą jego kolega z zespołu. Też już widzicie pewną powtarzalność? A o nią nie trudno, gdy ma się takie nakłady finansowe. Budżet na poziomie 70 mln euro jest największy w całej stawce i o kilka długości wyprzedza kolejne.
Zanim jednak przejdziemy do samego rajdu…



Piękna Finlandia
Jyväskylä to miejscowość w środkowej Finlandii, która na te kilka dni stała się światową stolicą rajdów samochodowych. Centrum miasta zmieniło się w swojego rodzaju festyn, na którym poza młodymi (starszymi w sumie też) podpitymi Finami, można było usłyszeć głosy z całej Europy. Obowiązkowo w czapkach lub koszulkach z logo WRC. Apogeum było wieczorami, gdy miejscowi mieszali się z przyjezdnymi. Swoją drogą był tam ciekawy „biznes”. Wystarczyło przez 2 minuty utrzymać się na drążku lub wejść na drabinkę, by wygrać 100 euro. Komu się udało? Nikomu. Drążek kręcił się wokół własnej osi, gdy tylko ktoś próbował poprawić uchwyt, a z drabinki spadali wszyscy po przejściu jednego stopnia.
Swoją drogą, nie wiedziałem, że w Finlandii nawet o 23 jest jeszcze stosunkowo jasno. Wieczorami można stracić nieco orientację w czasie. Poza tym, choć jestem z Mazur, naszej krainy tysiąca jezior, ich liczba w połączeniu z krajobrazem nawet na mnie zrobiła wrażenie.
Czas ucieka
Sama strefa serwisowa to już nieco inna bajka. Dziesiątki stanowisk poszczególnych teamów, sponsorów, telebimy z transmisjami i to, co najważniejsze: stanowiska serwisowe. Zaskakujące, że ludzie byli tam ciągle, choć zawodnicy zjeżdżali do serwisu tylko w określonych godzinach. Już kilkadziesiąt minut przed wokół barierek ustawia się tłum gapiów, który chce zająć jak najlepszą miejscówkę. Wszystko po to, by przez chwilę zobaczyć kierowców (obowiązkowy wjazd na ręcznym) i mechaników naprawiających samochód. Te słychać już dużo wcześniej, co za każdym razem wywołuje spory aplauz.
VID 20150801 131634
Liczba serwisów zależy od dnia rajdu i jest ściśle ustalona, podobnie jak ich czas. Kierowca musi dojechać na czas. Do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, że odległości między poszczególnymi odcinkami specjalnymi są tak duże, a kierowcy muszą przemieszczać się między nimi i punktem serwisowym sami. Zliczając to wszystko do kupy, trasa samego rajdu jest sporo krótsza niż odległości które przejeżdżają przy okazji.

Wyobraźcie sobie samochód WRC o mocy 300KM, który musi jechać przepisową prędkością po tym, jak chwilę wcześniej gnał przez trasę 150 km/h. Nie ma mowy o przekroczeniu prędkości nie tylko dlatego, że mowa o Finlandii, gdzie z tego, co zauważyłem, są na tym punkcie przewrażliwieni. Wszystkie mandaty muszą płacić sami, a FIA skrupulatnie sprawdza, czy nie łapią przepisów. Część kibiców celowo zatrzymuje się wzdłuż trasy, którą będą jechać samochody rajdowe, by na spokojnie je poobserwować.

Tak wygląda pierwsze kilkanaście sekund serwisu.
Co naprawiać?
Wróćmy jednak do serwisu. Kilka minut przed przyjazdem zespołu mechanicy stoją już w gotowości. Pierwsza czynność po zaparkowaniu to podłączenie specjalnego kabla, który przekazuje technikom wszystkie informacje „ze środka”. Na ich podstawie mogą podjąć decyzję, co warto zrobić, czego lepiej nie ruszać, bo zabraknie czasu. To niesamowite, jak dużą rolę odgrywa tutaj strategia. Muszą zmieścić się w czasie, nie ma, że boli. Często trzeba tu kompromisów, co warto zrobić, a czego lepiej nie ruszać. Wszystko jest dokładnie wyliczone. Gdy ja, widząc, że do końca serwisu zostały trzy minuty, zastanawiałem się, czy zdążą złożyć „gołe” auto, oni spokojnie sobie je wykańczali. Wymiana całej skrzyni biegów trzem mechanikom Volkswagena zajmuje dokładnie 11,5 minuty.
Choć przy jednym aucie kręci się sporo mechaników, dotykać może go tylko czterech z nich. Reszta to pomocnicy i obserwatorzy. Mogą podawać, doradzać, ale nie dotykać samochodu. Ci, którzy zajmują się naprawą mają na ramieniu lub nodze jaskrawą opaskę. Wszystko nadzoruje obserwator FIA.
Gdy na kilkadziesiąt sekund przed końcem jednemu z mechaników wypadła śrubka, którą właśnie miał przykręcać, wokół niego błyskawicznie pojawiło się 2-3 kolejnych, by mu ją podać. Tu nie ma miejsca na błędy, choć ich margines jest większy niż w Formule 1. To zupełnie inne tempo, które idzie w minuty, nie sekundy.

Do tego dochodzi też seria rożnych restrykcji jak np. trzy silniki na sezon, następny to pięć minut straty na starcie następnego rajdu, co praktycznie wyklucza z szans na dobre miejsce. Jest także określona liczba opon, które można używać. Jest tutaj też cała masa niuansów, jak wymagana waga samochodu. Po kilku odcinkach auto traci kilka kilogramów – guma z opon zostaje na trasie. Wtedy całość trzeba w jakiś sposób dociążyć.
Piknik w stylu WRC
W trakcie Rajdu Finlandii mieliśmy okazję być na kilku odcinkach specjalnych. Moje buty i spodnie wyszły z tego w średnim stanie. Błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Nikomu to raczej nie przeszkadzało, bo fani dzielili się na dwie grupy: tych, którzy się przygotowali i przyszli w gumakach, oraz tych, którzy mieli to całkowicie gdzieś. Niektórzy chodzili na bosaka, inni w japonkach, jeszcze inni w adidasach lub klapkach. Był nawet jeden gość w garniturze, który desperacko podciągnął skarpetki na spodnie, ale niewiele to dało.
Swoją drogą obserwowanie otoczenia rajdu może być równie ciekawe, co sam rajd. Naprawdę zaskoczyły mnie ilości osób, które przyjeżdżały do wyznaczonych stref na trasie odcinków specjalnych. Poza setkami osobówek i motorów były tam całe rzędy autobusów turystycznych, po kilkadziesiąt kamperów oraz helikoptery. Te, niczym taksówki, co chwilę przylatywały i odlatywały dowożąc kolejnych widzów. A wśród nich był chyba reprezentant każdej grupy społecznej. Niektórzy brali nawet malutkie dzieci z wózkami – nie mam pojęcia, jak przebrnęli przez te błoto.
Obowiązkowym zestawem jest krzesło rybackie, piwo, przenośne radio, trochę jedzenia, mała drabinka do lepszego widoku. To piknik pełną gębą, który zaczyna się na długo przed przejazdem samochodów i trwa nawet cały dzień (każdy odcinek kierowcy jadą dwa razy). Dla naprawdę sporej części z widzów nie liczy się nawet fakt rajdu. Siedzą z tyłu, rozmawiają bez jakiejkolwiek szansy na zobaczenie czegokolwiek. Ale argument do picia jest? Jest.
Jak oni to robią?
Same przejazdy samochodów robią naprawdę spore wrażenie i przyznam, że dużo lepiej rozumiem już fascynację tym sportem. Cały czas jednak nie mogę pojąć, czy w dłuższej perspektywie się to nie nudzi. Auta jeżdżą w odstępie dwóch minut i tak – pędzące bokiem przez las – robią naprawdę duże wrażenie, ale przez pierwsze kilka/naście razy. Pewnie stąd ta piknikowa otoczka. Trzeba się czymś zająć. Wbrew pozorom, nie widziałem wariatów, których często można zobaczyć na YouTube. Ludzie stali w wyznaczonych strefach, bez szukania zbędnego ryzyka w celu lepszego ujęcia. To zresztą było stosunkowo zabawne: odgłos zbliżającego się auta, wszyscy jak jeden mąż telefony/tablety/kamery/aparaty w dłonie.
O głupie wypadki jednak nie trudno. Na niektórych odcinkach żwir spod kół zamieniał się w małe pociski, które latały w stronę fanów. Po tym, gdy jeden śmignął tuż koło głowy, wolałem zmienić miejscówkę.
To tyle, jeśli chodzi o kilka dni żółtodzioba w świecie rajdów samochodowych. Zagorzałym fanem raczej nie zostanę, ale jeśli jesteś kierowcą, zapewniam, że to wydarzenie, które warto zobaczyć. I nie trzeba za nim nawet jeździć za granicę (choć do Finlandii warto): w końcu na liście mamy też Rajd Polski.

Napisz do autora: michal.mankowski@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...