Miało być pięknie, a wyszedł horror. Zabiegi, które miały poprawić urodę, a całkowicie ją zniszczyły

Popalone, ułamane na długości włosy to w porównaniu z innymi niedogodnościami niewielki problem, jakiego możemy doświadczyć, dbając o urodę w niewłaściwych salonach lub nieodpowiednimi kosmetykami czy akcesoriami...
Popalone, ułamane na długości włosy to w porównaniu z innymi niedogodnościami niewielki problem, jakiego możemy doświadczyć, dbając o urodę w niewłaściwych salonach lub nieodpowiednimi kosmetykami czy akcesoriami... Fot. Shutterstock.com
Inny odcień włosów jako skutek uboczny samodzielnego farbowania to nic. Niektóre zabiegi urodowe kończą się dramatycznie i to nie tylko wówczas, kiedy wykonujemy je we własnej łazience. Te historie wydarzyły się naprawdę moim koleżankom i mnie samej.

Niektórych wypadków związanych z dbaniem o urodę można by uniknąć. I to w prosty sposób – nie wykonując zabiegów. Ale niemal każda kobieta chce wyglądać lepiej i być zadbana. Dlatego często ulegamy namowom koleżanek, które już dany zabieg czy produkt przetestowały na własnej skórze i są zadowolone z jego efektów. Skutki uboczne? Spalone włosy, przebarwienia na twarzy, zapalenie skóry i inne nieprzyjemności.


Czasami winić należy niedoświadczone kosmetyczki, innym razem siebie – na przykład, gdy stosujemy przeterminowane lub źle dobrane kosmetyki. Zobacz, jakie zabiegi mogą się skończyć, zamiast podkreśleniem urody – jej oszpeceniem.

1. Krwiaki na bikini

Chciałaś iść na wosk, ale szkoda ci było pieniędzy, więc postanowiłaś kupić zestaw do domowej depilacji. Wosk w plastrach okazał się przylepny niemal jak lep na muchy. I pomimo że postępowałaś zgodnie z instrukcją na opakowaniu – nie możesz go oderwać. Ból jest zbyt silny, więc szarpiesz milimetr po milimetrze. Efekt: linia bikini jest pokryta sinymi wybroczynami, na skórze pojawia się obrzęk, a część włosów opornie – zostaje na miejscu. Bikini zamiast wyglądać jak z okładki, przypomina antyreklamę zabiegu. Nie ma mowy, żebyś się w takim stanie pokazała na plaży przez najbliższe 2-3 tygodnie. Skąd to wiem? Sama raz zabawiłam się w panią od depilacji. Nigdy więcej!

2. Nogi zakryte do podłogi

O tym, że na depilacji woskiem znać się trzeba i powinno, przekonała się moja koleżanka z byłej pracy. Aśka od lat chodziła na zabieg depilacji. Włosy na jej ciele były więc rzadsze, słabsze i z łatwością można było je usunąć. Dała się namówić na przetestowanie depilacji w nowootwartym SPA w Warszawie. Na wstępie, zwróciła kosmetyczce uwagę, że wosk jest nieco zbyt ciepły. Ale tamta utrzymywała, że musi być ciepły, żeby dokładniej oblepić włoski i usunąć nawet te najkrótsze. Asia podporządkowała się kosmetyczce, uznając, że widocznie ma słabszy dzień i mocniej odczuwa zabieg niż kiedykolwiek.

Tuż po nim zauważyła, że skóra jest bardzo zaczerwieniona. Kosmetyczka twierdziła, że to normalne i po kilku godzinach przejdzie. Nie przeszło. Aśka dostała na całych nogach – wszędzie tam, gdzie miała nałożony wosk – zapalenia skóry. Leczenie zajęło jej całe wakacje, które spędziła pomimo upałów w długich spodniach. Od tego czasu chodzi na depilację tylko do swojego ulubionego gabinetu.

3. Wbrew ideałowi

Cara Delevingne i jej słynne brwi niektóre z nas skłaniają do odwiedzenia tzw. brow barów. To miejsca, w których kosmetyczki lub makijażystki opiekują się brwiami i wykonują zabieg regulacji i koloryzacji brwi, żeby miały idealny kształt i odcień. Ania, która ma rude włosy ale swoje naturalne bardzo ciemne brwi, nie przepada za skubaniem ich pęsetą, więc postanowiła pójść na zabieg z woskiem w roli głównej. Kosmetyczka namówiła ją dodatkowo na „odświeżenie” ich koloru henną. Szczypało, Ania o tym mówiła, ale na pani od brwi nie robiło to najmniejszego wrażenia...

Na drugi dzień po zabiegu Anka cieszyła się najbardziej z tego, że ma wystarczająco długą grzywkę, żeby przykryć jego efekty. Wyglądała drastycznie. W miejscach, w których kosmetyczka usunęła włoski woskiem pojawiła się czerwona wysypka, a pomiędzy włoskami – prawdopodobnie od koloryzacji – piekące ropne krostki. Ania nigdy nie była alergikiem, ale miała dość wrażliwą skórę. I to była jej reakcja na chemię. Zapalenie mieszków włosowych i obrzęk schodziły ponad tydzień. Dziś Ania brwi nie depiluje wcale i wygląda świetnie.

4. Wykręcone rzęsy

To urządzenie zawsze wprawiało mnie w zakłopotanie. Zalotka, która ma być podobno najlepszym przyjacielem dziewczyny, jak dla mnie wygląda jak narzędzie tortur do wyciągania gałek ocznych. I kiedy Ewa podczas kręcenia rzęs zalotką zorientowała się, że zostały zamiast na powiece – na zalotce, wcale nie byłam zdziwiona. Musiała zbyt głęboko wsadzić zalotkę, a rzęs nigdy nie miała najmocniejszych. Pozostało jej używanie serum do rzęs i myśl, że kiedyś w końcu odrosną...

5. Przestylizowane włosy

Niektóre kobiety codziennie myją i układają włosy używając prostownicy lub lokówki. Wiktoria nie wyobraża sobie dnia bez tych dwóch zabiegów. Niestety, próbując pić kawę, zakładać spódnicę i kręcić włosy w tym samym momencie, w biegu do pracy – zbyt długo trzymała rozgrzaną lokówkę w jednym miejscu. I nagle poczuła swąd palonych włosów. Kilka pukli odpadło na podłogę pozostawiając krótkie i brzydkie spalone włosy…

6. Blond czy błąd

Karolina przez lata rozjaśniała włosy u fryzjera. Jej naturalny blond wydawał się jej zbyt mysi i nijaki. A włosy rozjaśnione dodawały jej twarzy blasku i „zdejmowały” z niej szary koloryt. Ale pewnego dnia, za moją zresztą namową, postanowiłyśmy pofarbować włosy na własną rękę. Chcąc być sprytniejsze niż instrukcja na ulotce ja potrzymałam swoją czekoladę dłużej, a Karolina swój platynowy blond – również. Efekt był spektakularny. Jej włosy były rażąco żółte, jak kaczeniec (moje dla odmiany – kruczoczarne), a w niektórych miejscach platynowo-białe i pokruszone. Od tego momentu Karolina nauczyła się, że niektóre zabiegi należy przeprowadzać u profesjonalistów. Zresztą rano już dzwoniła do fryzjera na poprawkę koloru...

7. Doktor „house”

Ta historia jest najgorszym horrorem związanym z dbaniem o urodę, o jakim słyszałam. Monika, która jest moją dość zamożną znajomą uważa się za znawcę kosmetyków. I pewnie tak jest. Ale pomimo że zna się na produktach dostępnych w jej sklepie z kosmetykami ekologicznymi, nie jest ani kosmetologiem, ani dermatologiem, tylko ekonomistką.

Zdziwiłam się więc, kiedy powiedziała, że kupuje w internecie pilingi i robi je na własnej skórze w domu. Dzięki czemu oszczędza dużo pieniędzy. Zadowolona z efektów wcześniejszych eksperymentów z pilingami, sięgnęła po Cosmelan (piling i preparat dermatologiczny, bardzo silny, do walki z przebarwieniami). I podobnie jak Karolina i ja, postanowiła potrzymać go na twarzy dłużej, żeby lepiej zadziałał. Efekt?

Poparzona skóra i przebarwienia, które przez kolejny rok będzie usuwać w gabinetach dermatologicznych. Oszczędność lub samodzielność doprowadziły ją do poparzenia rodem z horroru. I nie wiadomo czy winny był preparat – być może to jakiś bubel, a nie Cosmelan, czy brak doświadczenia głównej zainteresowanej w dziedzinie nakładania tak silnych pilingów. Blizny i przebarwienia to najlepsza, choć najbardziej bolesna nauka dla Moniki.

Napisz do autorki: maria.kowalczyk@natemat.pl

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
UrodaKobiety
Skomentuj