PKW właśnie straciła okazję na odbudowę zdemolowanego wizerunku. 17 godz., by stwierdzić, że głosowało 7,8 proc.

PKW nie wykorzystała szansy, by polepszyć swój wizerunek.
PKW nie wykorzystała szansy, by polepszyć swój wizerunek. Fot. Przemek Wierzchowski / Agencja Gazeta
Niemal 18 godzin. Osiemnaście długich godzin. Tyle Państwowa Komisja Wyborcza kazała nam czekać na wyniki referendum, na które prawie nikt nie poszedł. PKW miała niepowtarzalną okazję, żeby zabłysnąć. Straciła ją, a przecież po blamażu z wyborów samorządowych zaufanie do niej to towar deficytowy, a jednocześnie tak potrzebny przed wyborami parlamentarnymi.

Państwowa Komisja Wyborcza podała oficjalne wyniki referendum. Frekwencja wyniosła 7,8 proc. Za JOWami głosowało 78,75 proc., przeciw finansowaniu partii z budżetu 82,63 proc., a za rozstrzyganiem przepisów podatkowych na korzyść podatnika 94,51 proc. - Ogłosiliśmy wyniki wcześniej, niż planowaliśmy - ogłosił zadowolony przewodniczący PKW Wojciech Hermliński. Rzeczywiście, zamiast o godz. 18 konferencja odbyła się o 15.30.



Od zamknięcia lokali minęło więc niemal 18 godzin. W dzisiejszych realiach to epoka. O 15.30, kiedy sędziowie PKW wyszli na konferencję, już prawie nikt nie pamiętał o tym, że było jakieś głosowanie. A właśnie dzięki temu, że do referendum mało kto poszedł (2,384 mln uprawnionych do głosowania), PKW mogła zabłysnąć.

Głosowanie było niemal tak proste, jak druga tura wyborów prezydenckich. Do tego kart do liczenia było niewiele i poszczególne komisje uwinęły się z tym zwykle w mniej niż godzinę. Wracając z redakcji ok. 23.30 minąłem szkołę na Saskiej Kępie. Wyniki już wisiały, a woźny właśnie zwijał flagi. Podobnie było w innych komisjach, bo dziennikarze na Twitterze publikowali wyniki z komisji, gdzie pracowali ich znajomi.

Dlatego mogę się założyć, że jeszcze przed północą wszystkie komisje skończyły pracę. Pomimo tego minie jeszcze 16 godzin do opublikowania danych z całego kraju. I znów Państwowa Komisja Wyborcza stała się przedmiotem żartów, kpin i memów oraz adresatem pytań "za co my im właściwie płacimy". Krótko mówiąc, kontynuuje swój stały kurs, którego najjaśniejszym przystankiem były wybory samorządowe.

Te skończyły się absolutną kompromitacją Komisji, jednak całkowity reset dał szansę na to, że będzie lepiej. Choć ani przy referendum, ani przy wyborach prezydenckich kompromitacji nie było, to nie można powiedzieć, że jest dobrze. Komisja nadal działa powoli, mało sprawnie, raz po raz dając powody do krytyki. Nie zrobiła nic, by odbudować swój wizerunek.

A powinna, bo za niecałe 50 dni wybory parlamentarne, które zdecydują o tym, kto będzie miał realną władzę przez najbliższe cztery lata, ale także o kształcie sceny politycznej na wiele dłużej. Kampania będzie zacięta, a wynik dwóch głównych partii wcale nie musi być wyraźnie rozstrzygający. Dlatego podane przez PKW rezultaty głosowania mogą być kontestowane tak, jak kontestowane były wyniki wyborów samorządowych.

Tym bardziej, że choć sondażownie zaliczają wpadkę za wpadką, wiele osób nadal bardziej wierzy im niż PKW. Dlatego Komisja powinna była wykorzystać okazję, by - mówiąc kolokwialnie - nazbierać punktów, zaplusować u obywateli. Niestety nie zrobiła tego, co jest szkodą nie tyle dla samej Komisji, co dla całego systemu politycznego, a nawet - uderzając w wysokie tony - demokracji.

Napisz do autora: kamil.sikora@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...