Chciałbym przybić piątkę z twórcą tego samochodu. Test Mercedesa CLA Shooting Brake

Mercedes CLA Shooting Brake wygląda zjawiskowo. Fot. naTemat
Nie sądziłem, że kiedyś to powiem, ale jest samochód, który w wersji kombi prezentuje się dużo lepiej niż sedan. Mercedes-Benz modelem CLA Shooting Brake stworzył fantastyczne połączenie elegancji ze sportowym sznytem. I wcale nie trzeba było dużo kombinować, by taki efekt osiągnąć. Niestety nie trafi się na niego w każdej wersji auta.

Z czym kojarzy ci się kombi? Praktyka, wygoda, sporo miejsca, przeciętny wygląd, na pewno bez ekstrawagancji i luksusu. Chciałoby się powiedzieć „ma działać, nie wyglądać”. Mercedes CLA Shooting Break (bo tak nazywa się w tym przypadku standardowego kombiaka) wywraca to do góry nogami i pokazuje, jak można zrobić kombi. Kombi, które w tym przypadku wygląda lepiej niż sedan. Nie sądziłem, że to kiedyś powiem, ale mając do wyboru obie wersje, bez większego wahania wziąłbym tą pierwszą.
Ostra, wyrazista sylwetka. Z boku, poprowadzone dwie, zwężające się od przodu do tyłu auta linie, które wyjątkowo mocno podkreślają profil auta. Z tyłu dostajemy opływowe domknięcie, które lekko schodząc w dół płynnie wpasowuje się w całą kompozycję. Mimo że przednia część samochodu jest „ostra”, obie strony współpracują ze sobą przyjemnie dla oka. Patrząc na CLA Shooting Brake z tej strony nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to takie trochę mniejsze Porsche Panamera.
Chciałbym napisać, że najlepsze czeka nas z przodu, ale to byłoby krzywdzące wartościowanie, bo ten model jest śliczny z każdej strony. Te „kropki” na grillu to trochę takie przerośnięte główki szpilek. Nietypowe porównanie, ale takie jest pierwsze skojarzenie, zwłaszcza po dotknięciu. Warte wspomnienia na tle popularniejszych, zwykłych poziomych rozwiązań. Duże logo producenta na nisko osadzonym samochodzie szybko przykuwa uwagę. Zwłaszcza, że jest doprawione pakietem stylistycznym AMG, który dodaje ekstrawagancji i luksusu.
To wszystko jednak nie robiłoby takiego wrażenia, gdyby nie jeden szczegół. Wersja OrangeArt najzwyczajniej w świecie „robi’ ten samochód. Pomarańczowe detale w żaden sposób nie są nachalne, a jednocześnie nie sposób ich nie zauważyć. Sprawiają, że elegancki samochód dostaje sportowego kopa. Trochę takie Tokio Drift na miarę polskich możliwości. Gustowne, nie przesadzone. Dwie pomarańczowe listwy z przodu i z tyłu (pod zderzakami), a także osłony piast kół. Diabeł tkwi w szczegółach, a te są tutaj nawet przy reflektorach, gdzie także pojawiają się pomarańczowe akcenty. Kontynuację tego znajdziemy wewnątrz auta.
Pomarańczowe wstawki w środku zastosowano w podobnym stylu, co na zewnątrz. Są, ale nie biją po oczach. To m.in. cienkie, pomarańczowe szwy ciągnące się w wielu miejscach kabiny czy pasy idące przez fotele – zarówno z przodu, jak i z tyłu. Ci, którzy mieli okazję jeździć zwykłą A-klasą będą czuli się jak w domu. Przedni panel jest niemal taki sam, a oczy od razu wędrują do trójki wywietrzników na środku, do tego dochodzą jeszcze dwa po bokach. Dziwnie rozwiązano ich otwieranie/zamykanie, które polegało na ręcznym przekręcaniu „blaszek”. Nie wiem, jak będą sprawowały się po kilku latach takiego kręcenia. Widzicie panel z włókna węglowego, na którym są osadzone? Wygląda naprawdę ładnie, ale strasznie łapie odciski palców. No i kosztuje: extra 3600 zł.
Dość ciekawym doświadczeniem jest także skrzynia biegów. Próżno szukać dźwigni tam, gdzie zazwyczaj. Tutaj jest… za kierownicą. Tak, ten „kierunkowskaz” po prawej stronie to dźwignia zmiany biegów. Na początku ciężko się przyzwyczaić, ale z czasem docenia się możliwość szybkiego manewrowania przód-tył przy parkowaniu, cofaniu itd, choć raczej pozostanę zwolennikiem tradycyjnego umiejscowienia.
Na środku mamy także wyświetlacz, który wygląda jak zwykły tablet przyczepiony do samochodu. O dziwo nie był dotykowy, a obsługiwało się go specjalnym pokrętłem. Szło sprawnie, ale aż się prosiło o możliwość obsługi dotykowej. Sam przedni panel z przyciskami stoi trochę z tyłu nowoczesnej i luksusowej sylwetki auta. Zaskakujace też, że w samochodzie tej klasy i za tę cenę zabrakło kamer parkowania. Były czujniki, ale wydawało się, że a tym poziomie kamery to standard. Same czujniki zostały natomiast rozwiązane ciekawie. Oprócz zwykłego sygnału dźiękowego pod przednią szybą oraz z tyłu (co widać dokładnie we wstecznym lusterku) jest seria małych lampek pulsujących zależnie od odległości do przeszkody.



Nietypowy jest także kluczyk. Trzeba włożyć i przekręcić, ale daleko mu do standardowych. Ni to klucz zwykły, ni elektroniczny.
Z mniej standardowych rzeczy są także przyciski do obsługi foteli umieszczone na drzwiach, a nie – jak to ma miejsce zazwyczaj – z boku fotela. Samego miejsca z przodu jest dużo, a kierowca nie powinien narzekać na komfort podróży. Mniej przestrzeni jest za to z tyłu, gdzie wyżsi i więksi pasażerowie mogą pokutować trochę za tak skrojoną linię dachu. Dużo miejsca jest za to w bagażniku, gdzie czeka praktyczne 495 litrów.

Gdy samochód tak wygląda, automatycznie rosną też oczekiwania względem tego, co czeka pod maską. Może czekać dużo, bo w topowej wersji 45AMG aż 360 KM przy 2-litrowym silniku benzynowym. Testowany model aż tak mocny nie był. 1,6-litrowy silnik i 156 KM (CLA 200) wystarcza do dynamicznej jazdy, ale nie jest to coś, czego spodziewasz się po tak wyglądającym samochodzie. Producent oferuje jeszcze jedną słabszą, 122-konną wersję (CLA 180), oraz mocniejszą 210-konną (CLA 250). Jeśli chodzi o diesle, to tutaj postawiono na jednostki 2,2-litrowe o mocy 136 i 177 KM. Testowany model miał napęd na przednie koła, ale wersje CLA 250 oraz wspomniany 45AMG mają napęd na obie osie. W dieslach też jest podobny opcjonalny wybór.
8,7 sekund do setki jest wynikiem nieco zaskakującym, jak na tak prezentujące się auto, ale na szczęście wrażenia z samej jazdy są dużo lepsze. „Depnięcie” na pedał gazu szybko rwie nas do przodu, a utwardzone zawieszenie AMG sprawia, że auto prowadzi się pewnie także w szybszych zakrętach. Osiągi można nieco podkręcić zmieniając tryb na sportowy (w opcji jest jeszcze eko i standard), co daje się odczuć błyskawicznie. Do pary jest tu także 7-stopniowa automatyczna skrzynia biegów, która mam wrażenie momentami lekko za długo przeciągała zmianę biegu.
Gdy spalane niemal 10 litrów na 100km w mieście nieco mnie rozczarowało, pojechałem w trasę. Tam, bardzo miłe zaskoczenie, bo komputer pokładowy pokazał już tylko 6,5l po niekoniecznie celowo ekonomicznej jeździe. Średnio wychodziło ok.. 8l/100km.
Mercedes CLA Shooting Brake to fantastyczne auto pod warunkiem, że zdecydujemy się na model AMG z pakietem OrangeArt. Wtedy dostajemy wyjątkowy samochód, który nigdy nie stał obok napisu „przeciętny”. Mix ekstrawaganckiego stylu i sportowej elegancji, którą cięzko zapomnieć. Aż miło popatrzeć. W innym przypadku, czyli podstawowej wersji, już tak wyjątkowo nie jest. To, co wyjątkowe ma jednak swoją cenę. W tym przypadku naprawdę wysoką. Testowany model, który widzicie na zdjęciach to koszt. ok. 250 tys. złotych. Ceny „podstawy” zaczynają się natomiast od 123 tysięcy.

Napisz do autora: michal.mankowski@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...