Grupa naTemat

Maszynista: „Nie wyobrażam sobie życia bez kolei”

fot. Michał Zagórny
Spotykamy się na stacji postojowej Warszawa Grochów na Olszynce Grochowskiej. Pasma torów, hale obsługowe, wagony i lokomotywy: jest to ogromny teren kolejowy, skąd każdego dnia w Polskę i świat rozjeżdżają się dziesiątki pociągów. Stacjonują tu niemal wszystkie elektryczne pojazdy kolejowe, eksploatowane obecnie na polskich torach. Tuż obok Pendolino stoi więc nowiutki Flirt, z którym sąsiaduje słynna „siódemka” (EP07).

Marek Gumowski czuje się tu jak ryba w wodzie. O tym, że chce pracować na kolei, wiedział od wczesnych lat dzieciństwa. – Nie rozstawałem się z lokomotywą, jaką dostałem w prezencie od rodziców – wspomina w rozmowie z naTemat.pl. O posadę maszynisty nie jest jednak łatwo: najpierw były praktyki, później praca w warsztacie naprawczym taboru kolejowego. Do lokomotywy wszedł jako pomocnik maszynisty – stery pociągu nowicjuszom powierza się dopiero po przejechaniu kilkunastu tysięcy km na tym stanowisku.
– Pamiętam swoją pierwszą samodzielną jazdę. Była to siódemka. Taki pociąg, „Odra” się nazywał, jeździł trasą przez Łódź, Ostrów Wielkopolski i Kalisz. Jak zobaczyłem 120 na zegarze, to dreszcze emocji miałem, nie powiem – śmieje się Gumowski. Dziś pan Marek sunie po polskich torach z prędkością 200 km/h. Po 27 latach stażu na kolei trudno jednak o młodzieńczy zachwyt. Najczęściej jeździ nowiutkimi Pendolino. Nie ukrywa jednak, że pozostał mu sentyment do bardziej wymagających lokomotyw starego typu. – W końcu jeździłem nimi przez wiele lat – mówi maszynista. Tu w przeciwieństwie do nowoczesnych maszyn wiele czynności trzeba wykonywać mechanicznie. Nie ma np. tempomatu, maszynista musi więc regulować prędkość własnoręcznie.

Za sterami pociągu przemierzył całą Polskę wzdłuż i wszerz. Sporo jeździł też po Europie. Obserwując świat z fotela maszynisty, widział wiele. I nie chodzi tu jedynie o piękno polskich krajobrazów, lecz i ogrom ludzkiej głupoty. Przyznaje, że najbardziej newralgiczne odcinki kolei to przejazdy kolejowo-drogowe ze znakiem W 6. – W 6? Co to takiego? – pytam. – Jest to trójkątna biała tablica z czarnym obramowaniem i wyobrażeniem samochodu, dzięki której maszynista dowiaduje się, że zbliża się do przejazdu – tłumaczy.
– To zamknięte rogatki czy sygnalizacja świetlna nie wystarczy, by kierowca zorientował się, że za chwilę przejedzie pociąg? – nie poddaję się. – Niestety nie. Wielu Polaków tkwi w głębokim przekonaniu, że pociąg to taki powolny duży stwór. Wcale tak nie jest. Pociąg jest zawsze bliżej i porusza się szybciej, niż myślisz – przypomina Gumowski.

Jak przyznaje maszynista, kierowcy i piesi powinni być bardziej ostrożni: podczas gdy pierwsi slalomem omijają półrogatki, ostatni nurkują pod szlabany bądź skracają sobie drogę, wydeptując tzw. dzikie przejścia przez tory. Bardzo często kierowcy używają argumentu, że „maszynista też hamulec ma!”. – Ma, nawet kilka – przyznaje Gumowski. – Tylko zanim kilkusettonowy tabor się zatrzyma, to jeszcze i ponad kilometr potrafi przejechać. Średnio lokomotywa waży około 80 ton. To powoduje, że stosunek wagi pociągu towarowego do samochodu jest proporcjonalny jak samochodu w stosunku do puszki aluminiowej. Wszyscy wiemy, co dzieje się z aluminiową puszką uderzoną przez samochód.

Każdego roku na polskich torach ginie kilkadziesiąt osób. Jak podaje Biuro Bezpieczeństwa PKP Polskich Linii Kolejowych S.A., od początku tego roku na przejazdach i przejściach kolejowych doszło do 177 wypadków z udziałem pojazdów i pieszych. Zginęły 53 osoby, a 40 zostało ciężko rannych. Aż w 98 proc. przypadków winę za te zdarzenia ponoszą kierowcy i piesi.

Warto zaznaczyć, że m.in dzięki staraniom PLK, które realizują właśnie 11. edycję kampanii „Bezpieczny przejazd”, liczba śmiertelnych wypadków na polskiej kolei maleje. W ciągu ostatnich 4 lat spadek wyniósł 44 proc. Przedstawiciele PLK twierdzą jednak, że chwila na otwieranie szampana nadejdzie dopiero wówczas, gdy liczba wypadków będzie bliska zeru.
Mówimy o ofiarach, a co w takich chwilach czuje maszynista? – Maszyniści są szczególnie narażeni na psychiczne skutki wypadków na przejazdach – potwierdza w rozmowie z naTemat.pl dr hab. psych. Adam Tarnowski z Instytutu Psychologii Transportu. Jak przyznaje, u niektórych osób po wypadku, mimo upływających tygodni, mogą pojawiać się lęki, problemy ze snem, natrętne myśli. – Jeśli te objawy nie ustępują, należy zwrócić się o pomoc do wykwalifikowanego psychoterapeuty lub lekarza psychiatry.

Od 2014 roku w PKP Intercity działa projekt Powypadkowego Wsparcia Psychologicznego. Głównym założeniem projektu jest dostarczenie wsparcia osobom, które doświadczyły kryzysu w związku z byciem uczestnikiem lub świadkiem wypadku kolejowego.

Pan Marek, pomimo różnych doświadczeń, nadal wykonuje swoją pracę . – Nie wyobrażam sobie życia bez kolei, choć miewałem i trudniejsze chwile, i stresujące sytuacje. Bo z zawodem maszynisty jest jak z miłością: najpierw jest fascynacja, a później liczy się stabilność – opowiada pan Marek. – Lokomotywa to moje miejsce na ziemi. Mój starszy brat, agent ubezpieczeniowy, nie rozumie mojej pasji. Mówi: jak można zrywać się o 3 nad ranem i jechać przez mgłę do Gdyni. A ja odpowiadam: wolę wskakiwać w pociąg niż w garnitur i później przez 8 bitych godzin gapić się w monitor – dodaje.

Organizatorem kampanii „Bezpieczny przejazd” są PKP Polskie Linie Kolejowe S.A.

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
KolejBezpieczeństwoWypadki
Skomentuj