"Lepiej nie drążyć...". Czyli kilka historii o tym, jak bolą poszukiwania biologicznych rodziców

Przełom lat 80-tych i 90-tych przyniósł zapełnienie sierocińców. Na zdjęciu warszawski Dom Małego Dziecka w 1989 roku.
Przełom lat 80-tych i 90-tych przyniósł zapełnienie sierocińców. Na zdjęciu warszawski Dom Małego Dziecka w 1989 roku. Fot. Piotr Wójcik / Agencja Gazeta
Przełom lat 80-tych i 90-tych to w Polsce był wyjątkowo trudny okres. Jednym ze skutków ubocznych bolesnych przemian był dramatyczne wysoki odsetek maleńkich Polaków trafiających do sierocińców, czy zmuszonych do życia w rozbitej rodzinie. Dziś tamta trauma jest w pokoleniu 20-30-latków, którzy byli dziećmi niechcianymi i 40-60-latków, którzy przed laty dzieci porzucili. Wielu z nich po latach rozłąki łączy jedno wspólne marzenie. Tak dzieci, jak i rodzice chcą spotkać się i porozmawiać o tym "dlaczego". To może okazać się jednak bardziej bolesne niż wszyscy sądzą...

Spełniając marzenia
Okres świąteczno-noworoczny często bywa katalizatorem dla decyzji o tym, by wreszcie odważyć się na rozpoczęcie takich poszukiwań. Tak było w przypadku Adriana, 26-latka z Jeleniej Góry, który poszukiwania biologicznych rodziców rozpoczął przed Bożym Narodzeniem 2013 roku.

– Gdy pochodzi się z okolic relatywnie małych miast, to okazuje się wcale nie tak trudne, jak nam się przez lata wydawało. Nie musiałem wydawać kroci na detektywów, czy walczyć z urzędami. W zasadzie wystarczyło szczerze pogadać z pierwszą wychowawczynią z bidula. Ona pogrzebała umiejętnie, gdzie trzeba. Potem pojechałem do domu biologicznych dziadków, który zamieszkiwała już inna rodzina, ale miała adres mojej matki. Żeby go zdobyć, znowu wystarczyła szczerość – wspomina.

Na tym łatwość poszukiwań biologicznej matki się jednak skończyła. Okazało się, że kobieta mieszka we Wrocławiu i nie opierała się przed spotkaniem z Adrianem, ale to wcale nie był dobry znak.
Adrian
26-latek, poszukiwał biologicznej matki

Spotkaliśmy się w kawiarence, przedstawiliśmy, złapaliśmy za ręce i przepłakaliśmy tak co najmniej kwadrans, jeśli nie pół godziny. W milczeniu. Ciszę przerwała ona i zapytała, czy chcę wiedzieć, dlaczego mnie porzuciła. Okazało się, że włóczyła się po kraju, próbowała swoich sił w sztuce, malowała, występowała w happeningach. Tłumaczyła, że nie miała wtedy nawet, jak się ustatkować. A miała 21 lat i niezbyt tego ustatkowania chciała. Wyglądała naprawdę dobrze. "Artystycznie", ale dobrze. Zapomniała jednak dodać, że problemem było też to, że już wtedy brała i problem z narkotykami ma do dziś. Już na trzecim spotkaniu poprosiła mnie o pieniądze... Po kilku tygodniach żałowałem, że ta kobieta ma mój numer. Musiałem go zmienić i dać jej do zrozumienia, że jednak nie chcę tyle kontaktu, co sądziłem...

Gdy nie wiadomo, o co chodzi...
W dzieciństwie nieco więcej szczęścia od mojego pierwszego rozmówcy miała – pochodząca również z Dolnego Śląska – 25-letnia Teresa, która tuż po przyjściu na świat została porzucona przez ojca. Po kilku latach jego miejsce z wielkim oddaniem wypełnił nowy partner matki, którego nazywa "prawdziwym tatą", ale przed pięcioma laty postanowiła, że musi spróbować odnaleźć biologicznego ojca. Jak wspomina, łatwo nie było, bo z rozmów z mamą wynikało, że mężczyzna najpierw wyprowadził się do swoich rodziców, a w 1995 roku nawet dla nich zapadł się pod ziemię.

– W zasadzie kierowała mną tylko ciekawość. Nie przepłakiwałam nocy, że go nie było. Ojca tak naprawdę miałam. Nie wiem, co mnie naszło, by na poszukiwania tego biologicznego wydać 8 tys. zł. W tym celu sprzedałam samochód, który dostałam na 18-tkę. Dołożył się też ojczym – wspomina Teresa. Trwało to dwa lata i spaliło na panewce. Natomiast kilka miesięcy po tym, gdy porzuciła poszukiwania, jej biologiczny ojciec... pojawił się sam. – W zasadzie w tym samym momencie, co wiadomość o śmierci mojego dziadka z jego strony... – mówi.
Teresa
25-latka z Wrocławia, wydała oszczędności na poszukiwania biologicznego ojca.

Moja względna radość trwała dosłownie tydzień. To była radość, bo ojciec chyba co dnia obdarowywał mnie kwiatami i prezentami, chciał nieustannego kontaktu. Przepraszał i błagał o wybaczenie. Robił plany wspólnego wyjazdu na urlop, by się lepiej poznać. Co go tak nagle ruszyło? A to się okazało, gdy przyszło pismo od prawnika, że dziadek mi zapisał dom i dwie działki. Już wtedy pomyślałam, że szukanie skur... było największą głupotą. Dziadka nigdy też nie poznałam, ale jemu musiało być z synalka wstyd, bo w ostatnim słowie tylko napisał słowa utwierdzające mnie w tym, by złamanym groszem się nie dzielić z tym człowiekiem. On odgrażał się potem, że będzie mnie pozywał, bo mi się nic nie należało od jego ojca, ale odpuścił, bo chyba nie chciał robić sobie większego wstydu.

Kto wystawia rachunek sumienia
Jak wspomniałem na początku, marzenia o spotkaniu po latach rozłąki to wspólny mianownik zarówno dla porzuconych, jak i tych, którzy porzucali. – Lepiej nie drążyć... – te gorzkie słowa słyszę jednak także od pani Michaliny, która zaledwie kilka miesięcy temu z sukcesem zakończyła poszukiwanie swojego syna. 56-latka twierdzi, że zmuszona była oddać syna do sierocińca, bo na początku lat 90-tych zostali z mężem nagle zarówno bez pracy, jak i dachu nad głową.
Michalina
w latach 90-tych oddała dziecko do sierocińca

Takie były interesy tamtych czasów, że człowiek głupio inwestował wszystko. Kiedy musieliśmy zamieszkać w starym dostawczaku, to myśleliśmy, że gorzej nie może być. A wtedy się okazało, że jestem w ciąży. Mnie to trochę uratowało, bo na parę miesięcy trafiłam do sióstr zakonnych. Mąż wyjechał do Niemiec, by spróbować się odkuć, ale po dwóch miesiącach przyszła tylko wiadomość, że go tam pobili na śmierć. Świat walił mi się na głowę. Gdzie w tym wszystkim było miejsce na dziecko?!

Tuż po porodzie oddała więc dziecko i zaczęła budować swoje życie od nowa. Z powodzeniem. Przez wszystkie te lata udało jej się znaleźć pracę i normalne miejsce zamieszkania, które potem zamieniło się w małą manufakturę, a ta w nieźle prosperującą firmę. – Każdego dnia zastanawiałam się, czy szukać dziecka, ale zakładałam, że nie będzie chciało mnie znać – stwierdza.

Pani Michalina była jednak w głębokim błędzie. Półtoraroczne starania o odnalezienie kontaktu z porzuconym przed ponad 25 laty dzieckiem przyniosły najbardziej pozytywne efekty. – Przynajmniej tak się nam wydawało. Nie było żalów, awantur. Nie było odepchnięcia. Spędzaliśmy za sobą weekendy. Aż nagle usłyszałam, że "czas poważnie porozmawiać". I usłyszałam, że mam mu oddać firmę i "spłacić". Nawet nie zdążyłam odpowiedzieć, a usłyszałam od niego groźby, że poznał wszystkich moich kontrahentów i ich obdzwoni robiąc mi wstyd. Powiedziałam tylko, że tego się nie spodziewałam po tym, jak już ze sobą rozmawialiśmy, a on mnie spoliczkował... – mówi przez łzy moja rozmówczyni.

Po tym obecny mąż pani Michaliny wyrzucił chłopaka z firmy i szybko poprosił o pomoc prawnika, który od tamtego momentu stał się jedynym kontaktem między matką i synem. I skutecznie zniechęcił tego młodego człowieka do dalszych szantaży biologicznej matki. – Gdybym dostała od niego w twarz na początku, za to, że go zostawiłam... Zrozumiałabym to. Ale tego się nie spodziewałam – wyznaje. I gorzko rzuca to samo, co usłyszałem od wszystkich rozmówców. – Naprawdę mogłam nie drążyć. Niewiedza naprawdę bywa błogosławieństwem.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...