Kulisy wyprzedaży oczami pracowniczki sieciówki: "Mam w głowie niecenzuralne słowa! Wtedy jest strasznie!"

Kulisy wyprzedaży oczami pracowniczki sieciówki: "Mam w głowie niecenzuralne słowa!  Wtedy jest strasznie!"
Kulisy wyprzedaży oczami pracowniczki sieciówki: "Mam w głowie niecenzuralne słowa! Wtedy jest strasznie!" Fot. Łukasz Węgrzyn / Agencja Gazeta
Szał wyprzedażowy trwa! Niby super, bo masa okazji do zgarnięcia, ale wchodzisz do sklepu i masz wrażenie, że zaczyna obowiązywać prawo dżungli. Klientom jest w tym czasie ciężko, a co dopiero mają powiedzieć sprzedawcy, szczególnie ci pracujący w okupowanych przez tłumy sieciówkach?! – To jest szał, to jest chaos. A ty w tym chaosie musisz przetrwać – mówi nam Kasia, która pracuje w jednej z sieciówke.

Jak wyglądają wyprzedaże w twojej – sprzedawcy – perspektywy?

Kasia: Zaczynałam pracę w jednej z popularnych sieciówek - właśnie w czasie wyprzedaży. W ogóle nie wiedziałam co to oznacza, byłam kompletnie nieświadoma, bo sama za często nie chodzę po sklepach. Pierwszy miesiąc był dla mnie drogą przez mękę. Myślałam tylko: „Rzucam tę pracę, ludzie są okropni, co tu się dzieje”. Mocno uderza mnie to, jak ludzie nie szanują rzeczy. W czasie wyprzedaży wszystko wręcz fruwa. Podeptane, rozerwane, wysmarowane podkładem, a potem taki klient ma jeszcze pretensje, że coś jest brudne. To tak, jakby ci ludzie nie myśleli. Jak widzą czerwone metki to zachowują się, jakby im mózg wyłączyć: „Trzeba kupować, brać, bo tanio!”. Masakra.

Domyślam się, że macie w tym czasie o wiele więcej pracy.


Sama miałam parę razy taką sytuację, że musiałam dokładnie posprzątać strefę z wyprzedażą. Posprzątałam, a na moich oczach w tej samej sekundzie kiedy skończyłam, babka wywaliła wszystko na podłogę. Popłakałam się. Oczywiście zaraz wróciłam i posprzątałam znowu. Już mnie to tak nie wzrusza, ale była to na pewno duża lekcja cierpliwości i postępowania z ludźmi. Co by nie mówić, nie u wszystkich naturalnie, ale wyprzedaż podnosi agresję w ludziach.

Z mojej perspektywy wygląda to czasami jak wyścig.


Tak, dokładnie. Byle być pierwszą, żeby tylko coś złapać. „O, jest dużo rozmiarów to wezmę wszystkie, bo później będę żałować.” Co z tego, że temu klientowi się to wcale nie podoba! Na następny dzień większość przychodzi i oddaje te rzeczy. Często kupują nowe i taka wymiana trwa jakiś czas. Oczywiście część z nich zwraca towar i finalnie wychodzi z niczym, ale jednak większość zostaje z mnóstwem szmat, które mam wrażenie są im niepotrzebne. Czasami jak patrzę na te babki, to nie ujmując nikomu, myślę sobie: „Gdzie ona będzie w tym chodzić?! Po co jej to?! Przecież ona ubiera się zupełnie inaczej!”. Często mam wrażenie, że niektóre osoby kupują coś tylko dlatego, że jest przecenione. Prawdopodobnie nigdy tego nie włożą, ale jest wyprzedaż, to grzech nie kupić.

Jest w końcu jakaś motywacja, aby wyjąć pieniądze z portfela.



Motywacją do wyjęcia pieniędzy z portfela jest czerwona metka. Wystarczy, że zamachasz nią przed nosem i to już działa. Zauważyłam teraz, jak już dłużej pracuję, że pod koniec wyprzedaży pojawiają się kobiety, które faktycznie widać, że szukają dla siebie czegoś konkretnego. One są bardziej zdecydowane i nie kupują tylko dlatego, że mignie im czerwona metka właśnie. Chcą znaleźć sobie coś fajnego, w fajnej cenie. One zazwyczaj pojawiają się tak pod koniec, w środku przecen. Na początku jest szturm, jest wojna.

Pewnie pracuje was wtedy więcej.

Tak, mamy dodatkowo zatrudnione osoby. No i jesteśmy częściej w pracy, mamy nadgodziny, możemy sobie dzięki temu dorobić. Generalnie jest bardzo ciężko. To w jakim tempie przymierzalnia, jak my to mówmy „zarasta”, jest przerażające. Czasami w ciągu 10 minut potrafi ci się nazbierać sprzątania na dobre pół godziny i więcej. Zależy jeszcze jakie to są ubrania i w jakim stanie. Czy są na wieszakach, czy rozrzucone dookoła. Kiedyś była też taka sytuacja podczas wyprzedaży, to był akurat dział dziecięcy, gdzie w przymierzalniach ktoś zostawił… obsikany stos ubrań! Działo się to w centrum handlowym, gdzie toaletę masz co krok. To już był szczyt wszystkiego.

Nie patrząc nawet na tak drastyczne zdarzenia, wasza praca wydaje się wręcz syzyfowa…

Z drugiej strony, jak odpuścisz i nie będziesz sprzątać, to ci się tyle nazbiera, że do przyszłego roku nie opanujesz sytuacji. Wyprzedaże uczą, jak szybko podejmować decyzje, przewidywać co się stanie, oszacować mniej więcej patrząc po ludziach, jak potoczy się sytuacja. To jest akurat plus, bo niezależnie od tego, co będę robić w życiu, taka lekcja mi się przyda.

Kiedy idziesz w czasie wyprzedaży do pracy masz wtedy w głowie jedno wielkie: „O Boże, tylko nie to!”?

Tak. Mam w głowie wręcz niecenzuralne słowa! Nie chcę tam iść, najchętniej to bym się jakoś wymiksowała. Kiedy są wyprzedaże i dzwonią, że nas potrzebują, to jak mam jakąkolwiek wymówkę, która wiem że przejdzie, nawet nie odbieram telefonu. Jest wtedy strasznie.

To jest bardziej wyczerpujące fizycznie, czy psychicznie?

Fizycznie to się da przeskoczyć. Intensywnie pracujesz, masz mało wolnego, to po jakichś trzech dniach przyzwyczajasz się i już nie jest to dla ciebie problemem. Chociaż niewątpliwie odbija się to na życiu prywatnym. Po pracy cały czas trzeba przeznaczyć na wypoczynek. Życie prywatne jest wtedy w pewnym sensie zatrzymane.

Bardziej jednak odbija się to na psychice. Ja na przykład mam tak, że bardzo przejmuję energię od ludzi. Jaką oni mają energię w stosunku do mnie, tak ja też się do nich nastawiam i bardzo szybko to odczytuję. Nerwowość, agresja, to podenerwowanie za dobrze na mnie nie działa.

W normalny dzień klienci są różni. Wiadomo – są też z pretensjami, robiący afery. Kiedyś zdarzyło się, że jednak klientka mnie uderzyła, bo zwróciłam jej uwagę. Na szczęście nie w twarz, ale w ramię… Są też klientki, które przyjdą i poproszą o jakąś poradę. To jest fajne, ja to lubię, wtedy jest spokojnie. Natomiast ten typ klientem zdarza się w okresie wyprzedaży bardzo rzadko. Raczej o nic nie pytają, a jeśli już to mam wrażenie, że z góry wiedzą co chcą i tylko muszą podkreślić swoją obecność, jakoś się dowartościować.

A czym twoim zdaniem najbardziej różni się klient wyprzedażowy, od standardowego?

Tym, że rzadko chodzi w części sklepu, gdzie znajduje się regularna kolekcja. Skupia się tylko na tym, gdzie jest „czerwona strefa”. Tam buszuje i idzie z całą masą różnych dziwnych rzeczy do przymierzalni, po czym zostawia to wszystko na ziemi i idzie z powrotem po stos ciuchów. Zauważyłam, że dzieje się tak dopóki czegoś sobie nie wybierze. Przynajmniej jednej rzeczy. Jak nie znajdzie, to będzie do skutku, na siłę przymierzał.
No tak, są okazje to muszę koniecznie skorzystać.

Tak, to jest klient, który musi wydać pieniądze, a niekoniecznie kupić coś, co mu się podoba, w czym będzie chodził, albo czego potrzebuje. To jest moim zdaniem największa różnica.

Czy to te pierwsze dni wyprzedaży są dla was najgorsze?

Pierwszy dzień jest jeszcze w porządku, bo przychodzą tylko ci, którzy o wyprzedażach wiedzieli. Oni zazwyczaj też wiedzą czego chcą, kupują dużo i nie robią bałaganu. To są mili klienci. Najgorszy jest drugi i trzeci dzień, kiedy plotka o rozpoczętej wyprzedaży rozniesie się już po mieście. Wtedy jest najgorszy szturm i pojawia się najwięcej klientów, którym chodzi tylko o wydanie pieniędzy, nieważne na co. Oni robią największe trudności. Zawsze mają najwięcej problemów – bo muzyka jest za głośno, bo nie ma tego rozmiaru, bo coś jest rozerwane, bo to nie jest w tym kolorze, co ja chciałam. Ten etap przeciąga się mniej więcej do tygodnia. Później jest kolejna fala rozwścieczonych babeczek, by na końcu powoli wszystko ucichło.

Nie macie czasami ochoty krzyknąć do klientów: „Wyjdźcie w końcu z tego sklepu”?


Kiedy w czasie wyprzedaży pojawia się komunikat o zamknięciu sklepu mam ochotę krzyknąć przez mikrofon, żeby już natychmiast wszyscy stąd znikli! Że koniec na dzisiaj! To jest szał, to jest chaos. A ty w tym chaosie musisz przetrwać. Dla ciebie to jest praca i musisz starać się, żeby to był dzień jak co dzień, który nie zepsuje ci twojej prywatnej części życia i nie będzie przekładał się na twoje prywatne sprawy. Niektórzy klienci potrafią czasami skutecznie wyprowadzić z równowagi.

Pracowałam też w innych sklepach i mam wrażenie, że ludzie po prostu nie potrafią się zachować. Nie mówię, że wszyscy, ale w dużej większości okazują brak szacunku do drugiej osoby i do pracy innych. Myślę, że ten problem występuje nie tylko w sklepach z ubraniami.

Napisz do autorki: katarzyna.milkowska@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...