Postanowienie, które możesz od razu skreślić – twoja dieta za rok będzie na cenzurowanym

Na przestrzeni roku dziesięcioletni Brytyjczyk zjada około 22 kilogramów cukru, czyli tyle ile przeciętnie waży jego pięcioletni kolega – alarmują media na Wyspach. Raport tamtejszego Ministerstwa Zdrowia nie mógł zostać opublikowany w lepszym momencie. Frazy: „jak schudnąć”, „jak gotować bez tłuszczu”, „jak nie jeść” jeszcze co najmniej przez kilka tygodni będą królowały w trendach Google. Podczas gdy „chodakowskie” wszelkiej maści, zachęcając do podjęcia kolejnego „dietetycznego wyzwania”, robią pajacyki ze szczęścia i zbierają żniwo w postaci tysięcy lajków pod motywacyjnymi wpisami, my mówimy – odpuście sobie. Na modnej diecie nie schudniecie.

Głodówki, oczyszczające koktajle, „power-foods” - jeśli od Nowego Roku zamierzacie rozpocząć walkę ze „słoniną”, wujek Google z pewnością podpowie wam właśnie któryś z tych sposobów. Zapamiętajcie dobrze swój wybór – za kilka miesięcy, kiedy będziecie zmagać się z efektem jo-jo, ocierając kapiące na klawiaturę łzy, pewnie znowu skorzystacie z popularnej wyszukiwarki. Parę wariacji na temat: „juicing dlaczego nie działa” i kilka linków dalej okaże się, że kariery „cudownych” diet są zadziwiająco krótkie, a prawdy na temat tego, co sprawia, że zdrowiejemy i chudniemy, zaskakująco szybko zamieniają się w twierdzenia o tym, co nas tuczy. Jednym z klasycznych przykładów jest sinusoida, na której od lat znajdują się węglowodany i tłuszcze.
Tłuszcz – wróg publiczny
Winę za to, że ciągle łapiemy się na haczyk dietetycznych obietnic odpowiedzialni mogą być, przynajmniej częściowo, mityczni „amerykańscy naukowcy”. W latach 80. podnieśli oni larum, że obywatele USA w kosmicznym tempie przybierają na wadze, a że powiedzenie „desperate times call for desperate measures” jest tam dość popularne, postanowili równie szybko i drastycznie z takim stanem rzeczy skończyć. W opublikowanych w 1982 roku wytycznych, na temat zdrowego żywienia, do jakich od tej pory mieszkańcy krainy Ronalda McDonalada mieli się stosować, problem został zdefiniowany dość jasno: cholesterol jest zły, to przez niego tyjemy.

W czym jest najwięcej cholesterolu? W tłuszczu. Wniosek? Aby z papuśnego grubaska zamienić się w smukłego Adonisa, wystarczy przestać jeść tłuste potrawy. Niestety, badania przeprowadzone kilka lat później wcale nie wskazywały, aby wskazówka na narodowej wadze znacząco zmieniła położenie, a poziom cholesterolu obywateli jakoś specjalnie spadł. Jak dowodzą dziennikarze New York Times, naukowcy przygotowujący wytyczne analizowali spadek cholesterolu w diecie beztłuszczowej nie biorąc pod uwagę jednoczesnego przyjmowania przez osoby badane leków... obniżających poziom cholesterolu. W efekcie opinia publiczna, sfrustrowana faktem, że „chude” lata poszły tak naprawdę na marne, popadła w kolejną skrajność, której na nazwisko było Atkins.
Tłuszcz zrehabilitowany
Jajecznica z kilku jaj na bekonie raczej nie wpisuje się w definicję posiłku „light”. Dr Robert Atkins utrzymywał jednak, że aby schudnąć wcale nie trzeba jeść lekko. Dieta, której głównym założeniem było drastyczne ograniczenie węglowodanów, została skonstruowana już w 1972 roku, ale dopiero wraz z wydaniem drugiej książki Atkinsa, osiągnęła apogeum popularności.
Świat zaczął masowo konsumować tłuste steaki i wbrew chłopskiej logice – chudnąć. Zeszczuplał również amerykański budżet. W 2003 mieszkańcy USA drugi rok z rzędu kupowali mniej mąki, chleba i makaronu – takiego trendu nie obserwowano od lat 50. W tym samym roku zmarł sam Atkins. Późniejsze spekulacje, że do jego śmierci przyczyniła się choroba wieńcowa to tylko miejska legenda, ale faktem jest, że dietetyk kilka lat wcześniej przeszedł zawał serca. Argumentów, jakoby tłuste potrawy zatykały arterie, broniły jednak niezliczone badania, a tłuszcz znów znalazł się na cenzurowanym.

Dieta lubi się powtarzać
Przez chwilę wydawało się, że z dietetycznej gorączki zaczynamy się leczyć. Przybywało zwolenników diety śródziemnomorskiej – bogatej w warzywa, ryby i dobre tłuszcze. Przez chwilę przekonywaliśmy się, że obsesja na punkcie idealnego ciała nam przeszła, że chcemy wyglądać „zdrowo”. Kupowaliśmy warzywa od rolnika, nauczyliśmy się doceniać błonnik i pełne ziarno. Metoda ta do spadku wagi z pewnością nas doprowadzi, ale zmiany nie zajdą z dnia na dzień. Aby osiągnąć nagły efekt „wow” jaki wywoływała dieta Atkinsa, znów uwierzyliśmy w magię diety wykluczającej – tym razem podpierając się teorią, mającą teoretycznie kilka tysięcy lat.

Dieta Paleo o której mowa, polega na kopiowaniu nawyków żywieniowych z epoki kamienia łupanego. Neandertalczycy zbóż nie uprawiali, chleba nie jedli, a mimo to za mamutami gonili z dzidą dość zwinnie. Marząc o podobnej krzepie, nowozelandzki dietetyk – Jamie Scott skonstruował dietę opartą na produktach dostępnych 10 tysięcy lat temu. I tak na talerzach znów zaczęły królować mięsa, jak jednak zaznacza Scott – w towarzystwie warzyw, które powinny stanowić 75% każdego posiłku.
Nie wszystkim jednak podoba się powrót do tak zamierzchłej przeszłości. W zeszłym roku efektywność ograniczania tłuszczów i węglowodanów postanowili przeanalizować, a jakże, amerykańscy naukowcy. Nigdy nie zgadniecie, co im wyszło – okazało się, że jedząc kaszę też można chudnąć. Na zlecenie US National Institutes of Health dr Kevin Hall przeprowadził badania, z których wynikało, że osoby pozostające na diecie niskotłuszczowej traciły dziennie 400 kalorii więcej niż te, które zrezygnowały z węglowodanów.

Umiar, głupcze!
Na zadane w redakcji pytanie, jaka dieta jest najbardziej efektywna, głosów chwalących Paleo czy Atkinsa, było niewiele. Głośno wybrzmiało za to hasło: „MŻ”. Mniejsze porcje w regularnych odstępach czasu – wszyscy to wiemy. Więc może w tym roku, zamiast kolejnej modnej diety, spróbujemy staromodnie i skutecznie mniej żreć? W razie kryzysu, warto skorzystać z rad profesora Briana Wasniuka – dietetyka i socjologa, który utrzymuje, że źródłem problemu nie jest to co, ale jak i gdzie jemy. Z prowadzonych przez niego badań wynika na przykład, że wybierając w restauracji stolik przy oknie prawdopodobieństwo, że zamówimy sałatkę, a nie spaghetti jest 80% większe. Postanowienie „W 2016 siadam tylko przy oknie” też wydaje się dużo łatwiej wykonalne.

POLUB NAS NA FACEBOOKU