Polski ambasador obraża kraj, w którym urzęduje. Dlaczego? "Bo dyplomaci muszą dać świadectwa lojalności PiS"

Polityka zagraniczna nowej ekipy może zaskakiwać partnerów na świecie.
Polityka zagraniczna nowej ekipy może zaskakiwać partnerów na świecie. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Niedawno minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski stwierdził, że jest tylko szefem dyplomatów i sam nie musi zachowywać się dyplomatycznie... Kilka dni później o nadejściu innej rewolucji dyplomatycznej powiadomił także Bartosz Jałowiecki, czyli ambasador Polski w Luksemburgu, który bezpardonowo zaatakował polityków z tego kraju krytykujących PiS. - To świadectwo nowych obyczajów i standardów w polskiej dyplomacji - mówi były szef MSZ Dariusz Rosati. - Tak się nie robi polityki zagranicznej, to nie przyniesie nic dobrego - wtóruje ekspert ds. dyplomacji dr Janusz Sibora.

Tak Polska "wstaje z kolan"
Przywykliśmy myśleć, że ambasadorowie to ludzie o zimnej krwi, pełni powagi i dystansu, którzy publicznie nie rzucają niepotrzebnych słów, a ostrą polityczną grę prowadzą w kuluarach i gabinetach. Świetnie wpisał się w ten schemat ambasador Niemiec w Polsce Rolf Nikel. Kilka dni temu został wezwany przez ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego "na dywanik", by wysłuchać utyskiwania polityka Prawa i Sprawiedliwości na krytykę działań nowych polskich władz, której ostatnio pełno za Odrą. - Stosunki polsko-niemieckie są skarbem, którego należy strzec - to był właściwie cały komentarz Nikela po wyjściu z gmachu przy al. Szucha.



Chyba ktoś w MSZ uznał więc, że skoro tak pracują niemieccy dyplomaci, to Polska musi zareagować inaczej. Za taką swoistą reakcję można uznać ostatnie działania ambasadora Polski w Luksemburgu Bartosza Jałowieckiego. Dlaczego padło na Wielkie Księstwo Luksemburga? To stamtąd pochodzą wpływowi krytycy PiS w Europie, czyli szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker i szef tamtejszego MSZ Jean Asselborn. Pierwszy z polityków przyczynił się do tego, że Polska będzie pierwszym w historii państwem, w którym KE sprawdzi, czy spełnia on minimalne standardy demokratyczne wymagane od członka Unii Europejskiej. Drugi już kilka tygodni temu zapowiedział, że jeśli PiS te standardy będzie obniżał, Polskę czekają sankcje międzynarodowe.

Ambasador Jałowiecki odpłaca się im więc pięknym za nadobne i na łamach "Rzeczpospolitej" opublikował felieton zatytułowany "Luksemburska hipokryzja", w którym to wytyka państwu, w którym pełni misję, że Luksemburczycy sami chcą likwidować Trybunał Konstytucyjny, a szefostwo mediów publicznych pochodzi tam z rządowego nadania.
Bartosz Jałowiecki
ambasador Polski w Luksemburgu dla "Rzeczpospolitej"

Dla lewicowego luksemburskiego rządu przyjęcie nowej konstytucji jest sztandarowym projektem programowym, więc oficjalnie zgłoszony zamiar likwidacji tak istotnego elementu państwa prawa jak Trybunał Konstytucyjny powinien być dokładnie przeanalizowany przez Komisję Europejską pod przewodnictwem innego Luksemburczyka – Jeana-Claude'a Junckera. Ciekawe, dlaczego do tej pory Komisja nie zgłosiła żadnych zastrzeżeń? Czy w ogóle to uczyni? No, chyba że w Komisji nikt niczego nie zauważył, bo wiadomo – najciemniej jest pod latarnią. Co do zarządzania publicznymi środkami masowego przekazu, to w Luksemburgu o żadnych konkursach na menedżerskie stanowiska nie ma mowy. W Wielkim Księstwie istnieje tylko jedna publiczna rozgłośnia – Radio 100,7 – i na mocy rozporządzenia Wielkiego Księcia z 19 czerwca 1992 r. cały jej dziewięcioosobowy zarząd jest mianowany przez rząd. Czytaj więcej

Dobrze im nagadał? Niekoniecznie, bo ledwo półmilionowy Luksemburg to państwo specyficzne, w którym wciąż wiele do powiedzenia ma monarcha, a jednocześnie mechanizmy demokratyczne są tak silne, że nikt nie pamięta, kiedy ostatnio kwestionowano ich działanie. Masowych protestów Luksemburczyków przeciw działaniom rządu w sądownictwie, czy mediach publicznych raczej nikt nie pamięta.

Za przykładem z Kremla
Problem jednak przede wszystkim w tym, że Polska właśnie dokonała czegoś, co w polityce międzynarodowej dotąd było znane tylko dzięki Rosjanom. To ich ambasadorowie w różnych krajach od czasu do czasu ostro uderzają w państwa, w których są akredytowani. Tak było ostatnio w Polsce, gdy ambasador Siergiej Andriejew pojawił się na antenie TVN24, by oznajmić, że Polska była współwinna za II wojnę światową, a dziś Polacy zachowują się wobec Rosjan w sposób niecywilizowany.

- Wchodzenie w niektóre polemiki jest po prostu niewskazane. Profesjonalni dyplomaci nie są od tego, by palić mosty, powinni je budować - komentuje nową linie polskiej dyplomacji dr Janusz Sibora. Specjalista w zakresie historii dyplomacji i protokołu dyplomatycznego z Uniwersytetu Gdańskiego jest zdania, iż konflikt z Luksemburgiem to być może dopiero początek podobnych działań w innych państwach, z którymi rządowi PiS nie po drodze.

Tekst w "Rzeczpospolitej" zakończony jest co prawda adnotacją, iż stanowi "prywatne poglądy" dyplomaty, ale dr Sibora tłumaczy, iż dla dyplomatycznego świata nie ma to żadnego znaczenia. - Kto zna zasady funkcjonowania ministerstw spraw zagranicznych, ten wie, że taka wypowiedź musiała być wcześniej skonsultowana z przełożonymi ambasadora. Na pewno musiał uzyskać zgodę - stwierdza.

Potwierdza to były szef resortu dyplomacji w latach 1995-1997 Dariusz Rosati. Przypomina on, że podstawową zasadą jest, iż ambasador wstrzymuje się od wygłaszania opinii na temat polityki państwa, w którym pełni misję.
Dariusz Rosati
były minister spraw zagranicznych RP

Nie krytykuje tego państwa, ani nie poucza. Nie jest też od tego, by pisać artykuły politycznie. To jest nieprofesjonalne i skandaliczne. Za moich rządów w MSZ zdarzało się, że raz na jakiś czas któryś z ambasadorów pisał teksty do prasy, ale były one poświęcone co najwyżej rozwojowi stosunków dwustronnych. I zawsze musieli oni wystąpić o zgodę i ją uzyskać. Ambasador jest przedstawicielem Rzeczpospolitej i nie ma czegoś takiego, że występuje publicznie jako osoba prywatna...

Cóż zatem to wszystko ma oznaczać? - Na pewno wciąż mamy w służbie dobrych i prawdziwych dyplomatów. Był przecież stworzony świetny korpus dyplomatyczny i w ciągu tych trzech miesięcy wszystkich na szczęście nie wyrzucono. To jest jednak na pewno świadectwo jakichś nowych obyczajów i standardów. Skoro słyszymy, że "szef MSZ nie jest dyplomatą", to czort wie, kim mają być dziś ambasadorowie... - oburza się Rosati.

Dyplomaci muszą się uwiarygodnić PiS
Odpowiedź na to pytanie ma być może dr Sibora, według którego dla polskich dyplomatów nadszedł po prostu czas, w którym mają być ludźmi zdolnymi do udowodnienia, że wpisują się w politykę PiS. - Jest już więcej tego symptomów. Niedawno wysłuchałem audycji w Radiu Maryja, w której była szefowa polskiej dyplomacji w czasach pierwszych rządów PiS Anna Fotyga mówiła wprost o nazwiskach urzędujących dyplomatów, którzy powinni zostać odwołani - mówi ekspert.

Zdaniem Janusza Sibory, tekst ambasadora Jałowieckiego jest czymś w rodzaju "dokumentu uwiarygadniającego" i zdobycie podobnych będzie oczekiwane także od części innych członków korpusu dyplomatycznego, którym marzy się kontynuowanie kariery. - Dyplomaci mogą zostać zmuszeni do wystawiania świadectw lojalności wobec nowej ekipy rządzącej - ocenia.

Nowoczesność?
A może "podniesienie Polski z kolan", które zapowiadali Andrzej Duda, Beata Szydło i ich szef Jarosław Kaczyński wymaga jednak, by porzucić skostniałe reguły niezmienne w polityce zagranicznej od setek lat i zastosować nowoczesną dyplomację? - Ależ to nie jest żadna nowoczesność. Naprawdę nie w tym kierunku idzie świat. Nadal wymaga się zwyczajnego profesjonalizmu. A jeśli chcemy uczyć się nowoczesnej dyplomacji, to proszę spojrzeć na ministerstwa kierowane przez Laurenta Fabiusa i Franka-Waltera Steinmeiera. Oni potrafią nawiązać normalny dialog w najtrudniejszych sprawach i popatrzmy, jakie przynosi to Francji i Niemcom efekty.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...