Grupa naTemat

Na co komu był ten cyrk? Czyli, jak Andrzej Duda tym razem dał się wykorzystać Donaldowi Tuskowi

Fot. Twitter.com/eucopresident
Kiepsko zaczął się tydzień dla prezydenta Andrzeja Dudy, którym znowu instrumentalnie posłużył się znacznie bardziej doświadczony polityk. W Polsce pada on ofiarą bezwzględnej polityki Jarosława Kaczyńskiego, a podczas wizyty w Brukseli w podobny sposób co przywódca Polski posłużył się nim przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk. Dlaczego? By przygotować grunt pod powrót do ojczyzny i spełnienie jeszcze jednej ambicji w polskiej polityce.

Ręka w rękę z "zamachowcem"?!
Warto zacząć jednak od całej masy kłopotów, których poniedziałek spędzony wspólnie z Donaldem Tuskiem w Brukseli przysparza Andrzejowi Dudzie. Teoretycznie spotkanie prezydenta z przewodniczącym Rady Europejskiej miało być kolejnym dowodem na to, że polskie władze nie zamierzają odwracać się od Europy. O czym głowa państwa wspominała w wywiadzie dla "Financial Times", który stanowił pierwszy etap zagranicznej ofensywy PR-owej ekipy Jarosława Kaczyńskiego.

Ciężar odpowiedzialności za nią wyraźnie został zrzucony na prezydenta Dudę i w tym elemencie z powodzeniem wykonał on powierzone mu przez zwierzchnika zadania. Jednak każde takie wydarzenie przynosi również efekty w polityce krajowej. I na tym obszarze krakowski polityk poniósł już same porażki.

Po pierwsze, Andrzej Duda traci w oczach najtwardszego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. Dla tych Polaków, głowa państwa na spotkanie z Donaldem Tuskiem powinna polecieć tylko po to, by współautora "zamachu w Smoleńsku" w kajdankach przetransportować do więzienia w Warszawie. Zamiast tego dostali pełno uśmiechów i usłyszeli, jak ich prezydent mówi jednym głosem z człowiekiem tak przez nich znienawidzonym.

Wyśmiany
Wróćmy też do wspomnianych uśmiechów. "Panie prezydencie, zawsze jest czas, żeby przejść na jasną stronę mocy", "W Brukseli pracuje się w dzień, a nie w nocy, co nie sprzyja spiskom" – to wycinek z celnych złośliwości, którymi Donald Tusk między wierszami wykpił prezydenta Dudę.

Chwilę później były premier Polski zwrócił też uwagę, że po obniżeniu Polsce ratingu wiarygodności przez agencję S&P nowy rząd ratował wizerunek państwa danymi o stanie gospodarki, w którym została ona pozostawiona po 8 latach rządów Platformy Obywatelskiej. – Te miłe słowa, które powiedzieli o stanie polskiej gospodarki, były także dla mnie osobistą satysfakcją – stwierdził. A Andrzej Duda? Tylko stał i dalej się uśmiechał.

O tym, jak prezydent został rozegrany przez przewodniczącego RE głośno mówili nawet komentatorzy kojarzeni raczej z prawą stroną sceny politycznej. Jak znany fotoreporter Jakub Szymczuk. "Oj, Tusk się do tej konferencji ładnie przygotował, jak do debaty... Prezydent Andrzej Duda chyba tego nie przewidział" – napisał w komentarzu do brukselskiej konferencji.

Tak zaczyna się kampania
Te słowa świetnie oddają cel, który miał ten poniedziałkowy "cyrk" w Brukseli". Tak Polsce, jak i Europie wszyscy dobrze wiedzą, że obaj politycy nie pałają do siebie ani sympatią, ani nawet zaufaniem. Przez nowy rząd sytuacja międzynarodowa Polski zrobiła się tak trudna, że wsparcie najbardziej wpływowego dziś na świecie Polaka było wskazane, ale przecież Donald Tusk równie dobrze mógł odciąć się od spraw polskich i przypomnieć, że szef Rady zajmuje się problemami całej Unii Europejskie i nie może faworyzować swojej ojczyzny. Donald Tusk mówił tak wielokrotnie.

Teraz zdecydował się zrobić wyjątek. Jednak nie po to, by ratować pogrążony w międzynarodowych kłopotach rząd Jarosława Kaczyńskiego, a powoli przygotować się do... odebrania wszechwładzy swojemu wielkiemu rywalowi i jego pomocnikom.

Dzisiaj Donald Tusk był przygotowany, jak na debatę w kampanii wyborczej, bo właśnie ją rozpoczął. O tym, że były premier, a za cztery lata były przewodniczący RE ma jeszcze jedną niespełnioną polityczną ambicję wiadomo od dawna. I od dawna mówi się, że gdy zakończy misję w Brukseli, zawalczy o to, by przejść na emeryturę jako były prezydent Polski.

Prezydentura była przecież ambicją Donalda Tuska już w 2005 roku, gdy o funkcję głowy państwa rywalizował z Lechem Kaczyńskim. W 2007 roku los zmusił go jednak do "poświęcenia się" w roli szefa rządu, w której trwał kolejne siedem lat. Co najmniej do 31 maja 2017 roku sprawować będzie stanowisko w Brukseli. Jeżeli nie będzie przeszkód (na przykład w postaci braku poparcia ze strony rządu PiS) dla odnowienia mu kadencji szefa RE, Donald Tusk straci zajęcie w idealnym momencie, by płynnie zająć się startem w wyborach prezydenckich.

W 2020 roku będzie "dopiero" 63-latkiem. To wiek dość predestynujący do funkcji głowy państwa, która chyba częściej powinna być ukoronowaniem kariery politycznej, a nie jej startem. Jak bolesne są braki w obyciu dyplomatycznym i kuluarach wielkiego świata, Donald Tusk w poniedziałek Andrzejowi Dudzie i polskim wyborcom doskonale udowodnił.

W kampanii wyborczej argumenty z niedoświadczenia i podporządkowania się liderowi partyjnemu na pewno będą wracały setki tysięcy razy jako najlepsza broń na walczącego o reelekcję prezydenta Dudę. Swoim zachowaniem amunicji przyszłym kontrkandydatom sam dostarczył od pierwszych dni w Pałacu Prezydenckim. Za cztery lata może to sprawić, iż będzie bez szans. Bo nikt nie skojarzy go już ze świeżością i "dobrą zmianą", a co najwyżej nocną zmianą, na której pod okiem Jarosława Kaczyńskiego taśmowo podpisywał kolejne kontrowersyjne ustawy.

Emerytowany zbawca
A Donald Tusk? Przez najbliższe lata okazjami do uprawiania podobnej "pre-kampanii", jak w poniedziałek będzie miał z pewnością znacznie więcej. Jeżeli ekipa Kaczyńskiego dalej zechce tylko uśmiechać się u jego boku w Brukseli, będzie wygrywał tak, jak dziś. Jeśli wreszcie PiS zaostrzy kurs wobec niego, to starania o odzyskanie roli lidera opozycji będą tylko łatwiejsze.

Skoro mowa już o opozycji, to warto zwrócić uwagę, że jej obecny kształt też tylko ułatwia Donaldowi Tuskowi sięgnięcie po prezydenturę. Dziś liderem opozycji jest Ryszard Petru i prawdopodobnie tak pozostanie przez najbliższe lata, które zostały do wyborów parlamentarnych. Nadejdą one jednak nieco wcześniej niż bój o fotel prezydenta. Niewykluczone zwycięstwo .Nowoczesnej zajmie więc Petru na stanowisku premiera, a zużywanie się nowej władzy sprawi, że Tuskowi zniknie nieco problemów nie tylko z Andrzejem Dudą, ale i innymi poważniejszymi konkurentami.

Jarosław Kaczyński ćwierć wieku temu w pamiętnym wywiadzie udzielonym Teresie Torańskiej powiedział, że z polityki chciałby odchodzić jako "emerytowanym zbawcą narodu". Jeżeli powiedzie się właśnie wchodzący w życie plan Donalda Tuska, to raczej on będzie kończył karierę z takim właśnie statusem.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Donald TuskAndrzej Duda
Skomentuj