Kanapka – nasz chleb powszedni. "Pan kanapka" zmienił historię?

Fot. Marcin Klaban / Agencja Gazeta
Dla wielu Brytyjczyków 2012 rok upłynie przede wszystkim na świętowaniu sukcesów olimpijskich. Tymczasem na ten rok przypada na Wyspach o wiele ważniejsza rocznica: 250-lecie kanapki. My możemy tylko Brytyjczykom pozazdrościć inwencji: ukradli nam święto. W końcu kanapka, to przede wszystkim nasz chleb powszedni.

Gdy w mojej (od niedawna byłej) firmie mieszczącej się w warszawskim biurowym zagłębiu na Służewcu recepcjonistka po raz czwarty w ciągu dnia oznajmiła pojawienie się kolejnego „Pana Kanapki”, uzmysłowiłem sobie, że to danie w formie dwóch kawałków chleba lub bułki z niemal dowolnym wkładem zasługuje na narodowe święto. Nieważne, kiedy wymyślono polską kanapkę (nie mylić z sandwiczem). Nieważne, czy skrywa w sobie kurczaka w curry, rybę po grecku, sałatkę cezar, tortillę czy sojowy sznycel po wiedeńsku: kanapka musi mieć swoje święto. Ale po kolei.


Najpierw z myślą o wszystkich, którzy w pośpiechu wybiegli na czczo z domu, przychodzi po prostu stary dobry „Pan Kanapka”. Ów brak porannych śniadań jest rezultatem tylko i wyłącznie troski o rodzinę. Tę potrzebę sprytnie wyczuł 20-25 lat temu jakiś przedsiębiorca. I z dzisiejszej perspektywy stworzył mit założycielski polskiego kapitalizmu. Dziś Pan Kanapka stanowi chroniony prawem zastrzeżony znak towarowy, a pionierzy cateringowego biznesu opowiadają w pismach branżowych, jak to kiedyś zaczęli ze szwagrem, potem zatrudnili całą rodzinę, a teraz w hangarze zatrudniają 600 osób i to tylko przy krajalnicy. Pojawienie się pierwszego Pana Kanapki to również cezura wyznaczająca kryzys „klasycznego” drugiego śniadania pakowanego w papier śniadaniowy przez oszczędne żony – niechybny znak, że Polakom zaczęło się lepiej powodzić.


Godzinę później, około 11, w kolejce do „pysznych kanapek” ustawiają się spóźnialscy, których można podzielić na kilka kategorii. A każda z nich wiele mówi o rozwarstwieniu zarobkowym Polaków. Pierwsi przegapili pierwsze kanapkowe odwiedziny, gdyż przyszli później do pracy. A przyszli później do pracy ze względu na to, że im już wolno. Ci, którym nie wolno się spóźniać, pracują od wczesnych godzin, na przykład od rana biegają po mieście odbywając spotkania. Status jednych i drugich wyklucza zakupy u pierwszego pana Kanapki. Trzecią kategorię stanowią wszyscy, którzy wprawdzie zjedli w domu śniadanie i przyszli do pracy punktualnie, ale zapewne było to muesli albo coś lżejszego skoro już burczy im w brzuchu i biegną na złamanie karku licząc drobniaki w portfelu: to kategoria odżywiających się świadomie, bądź wręcz zdrowo.


Tuż przed lunchem pojawia się niczym kometa Pan Sushi. Kuchnia azjatycka nie cieszy się jednak zbytnią popularnością, pomimo rozdawania przez Pana Sushi kuponów lojalnościowych i podwójnego sosu sojowego, od kiedy to parę osób rozchorowało się po porcji nigiri i maki sowicie wysmarowanych ersatzem majonezu kieleckiego. Nic więc dziwnego, że w porze lunchu, już po drugim śniadaniu, ok. 13.00 pojawiają się kanapki konkretne, chrupiące, świeże i naprawdę wyjątkowe: głos w interkomie woła „kanapki od mamy”. Mama, oczywiście w osobie trzeciego Pana Kanapki, z podobnym wiklinowym koszykiem, ale z nieco innym asortymentem, na brak ruchu nie narzeka – to w końcu najlepsze i najświeższe kanapki w ciągu dnia. Nawet w ciemno biorąc gryza na korytarzu można dać się nabrać, że chrupiącą bagietkę (prawdziwą bagietkę, nie zminiaturyzowaną bułkę wrocławską!), z karbowaną sałatą, trzema plastrami pasztetu z zająca (w odróżnieniu od pasztetu inżyniera Zająca, który z zającem szarakiem ma wspólny jedynie kolor i nazwę), z odrobiną chrzanu, solidnie posmarowaną ekologicznym masłem, przyrządziła czyjaś mama. A może, sądząc po obfitości dodatków, nawet i babcia – choć na kanapki babuni i dziadunia, o dziwo, jeszcze nikt nie wpadł.

Poczytaj o polskim sushi

Ostatnim rzutem na taśmę recepcja wywołuje kanapkowiczów po godzinie 14. To wizyta Pana Kanapki ostatniej szansy. Załapują się na nią wszyscy, którzy nie zjedli swojego biznes lanczu, gdyż przedłużyło się ich arcyważne spotkanie w jednej z sal konferencyjnych (gdzie albo nie dojedli firmowych ciastek, albo nie wyjedli cukru z cukiernicy celem zaspokojenia najpierw pierwszego i, niestety, również drugiego głodu). Trudno wypowiadać mi się o jakości tych ostatnich kanapek, gdyż nigdy ich nie próbowałem, a to za sprawą nietrafionej nazwy „Kanapki za pół ceny”. Mimo wszystko zawsze znajdzie się paru amatorów tańszego i, nie ukrywajmy, dość późnego śniadania.

Wtedy dotarło do mnie, że i my musimy mieć takie święto. Tym bardziej, że brytyjski sandwicz, a ten klubowy zwłaszcza, z pieczywa o smaku papieru (kto jadł brytyjski „chleb”, ten wie o czym mówię), to przecież nie jest żadna kanapka. To pozbawiony smaku i treści wypełniacz, horse d’houvre z ambicjami haute cuisine. Nasza polska kanapka stanowi symbol dramatycznego rozwoju i dobrobytu (nawet, jeśli dobrobyt był i jest ciągle na dorobku). W lśniącej, chrupiącej skórce oklejonej folią spożywczą odbija się trud i znój całego pokolenia, które pracując do utraty sił nie musiało wstawać od komputera, a dzisiaj nie musi wstawać od Facebooka.

Kanapka stała się wysokooktanowym paliwem białych i błękitnych kołnierzyków, pokarmem wszystkich zasiedlających przez 1/3 dnia pokoje biurowców, będących realizacją marzeń radykalnego ekologa – jak bowiem inaczej nazwać bezkresne krainy, w których liczba miejsc parkingowych jest odwrotnie proporcjonalna do liczby pracowników?

Wreszcie ten kawałek pysznego, polskiego, często pełnoziarnistego pieczywa na zakwasie, rozkrojony na pół, łączy, niczym uniwersalny znak równości, tych sympatyzujących z prawą jak i lewą stroną politycznej sceny, biednego stażystę i prezesa spółki. Bo choć ten pierwszy z trudem znajduje piątkę w portfelu, a drugi kupując rozmienia dwustuzłotowy banknot, to i jeden i drugi muszą odstać swoje w kolejce.
Trwa ładowanie komentarzy...