Powstanie "żywych trupów", czyli największy bunt w Auschwitz. Zaatakowali esesmanów siekierami, bo chcieli żyć

Członkowie Sonderkommando palący zwłoki węgierskich Żydów zamordowanych w komorach gazowych Auschwitz-Birkenau. Sierpień 1944.
Członkowie Sonderkommando palący zwłoki węgierskich Żydów zamordowanych w komorach gazowych Auschwitz-Birkenau. Sierpień 1944. Fot. Domena publiczna
Ci, których Niemcy zmusili do nieludzkiej pracy przy usuwaniu zwłok zagazowanych chwilę wcześniej w kompleksie śmierci Auschwitz-Birkenau, bez wyjątku dzieci, kobiet i starców, mieli wyzbyć się człowieczeństwa, być "żywymi trupami". Bohater najnowszego filmu węgierskiego reżysera Laszlo Nemesa pt. "Syn Szawła", członek obozowego Sonderkommando, nie przystawał do tej wizji. Zachował w sobie współczucie.

Tytułowy Szaweł, węgierski Żyd, nie tylko zadaje sobie pytanie o sens istnienia. W pewnym momencie odkrywa w sobie energię do działania. Robi wszystko, aby godnie pochować małego chłopca. Buntuje się. W zemście, ale i poczuciu bezradności wobec zastanej rzeczywistości.
Bohater filmu służy w Sonderkommando, czyli komandzie roboczym do zadań specjalnych. Oprawcy za wszelką cenę starali się wysłużyć "podludźmi" – w zamian za nieco tylko dłuższe życie, lepsze racje żywnościowe, wykorzystywali ich jako bezpłatną siłę roboczą. Członkowie żydowskich komand, stosunkowo najzdrowsi i najsilniejsi, towarzyszyli swym rodakom od momentu wyładunku na rampie kolejowej, po śmierć w komorach gazowych.

Ale to nie był koniec "czarnej roboty". Tak jak wcześniej odbierali przyjezdnym na rozkaz Niemców wszelkie kosztowności, czy poganiali zmuszając do rozebrania się, tak już po obowiązkowej "dezynfekcji", transportowali ciała, segregowali je, wyrywali złote zęby czy obcinali włosy. Ostatnim etapem "czarnej roboty" było spalanie ciał zagazowanych w piecach krematoryjnych. Za pracę otrzymywali lepsze racje żywnościowe. Żyli złudzeniami. Niemcy mieli ich bowiem zawsze wyłącznie za podludzi. Wielu współwięźniów widziało w nich zdrajców.
Myśl o powstaniu zbrojnym zrodziła się w głowach więźniów wykonujących "zadania specjalne" jeszcze latem 1944 roku. Plan przewidywał zdobycie prochu z magazynów, potrzebnego do wysadzenia krematoriów, a także podłożenie ognia pod baraki. Moment zaskoczenia miał być wykorzystany do ucieczki. Okalające obóz druty miały zostać przecięte za pomocą skradzionych narzędzi.

W międzyczasie rozeszła się wieść o tym, że Niemcy przystępują do likwidacji Sonderkommando. Z punktu widzenia okupanta, było to zwyczajna "zmiana" personelu, już w planie Zagłady przewidywano bowiem, że osoby z komand roboczych miały prawo żyć co najwyżej kilka miesięcy. Niemcy nie mogli się zgodzić na istnienie ludzi, którzy znali cały mechanizm funkcjonowania przemysłu śmierci.
Wystąpienie zbrojne miało dojść do skutku 7 października, w godzinach wieczornych. Starannie przygotowany przez polskich Żydów (Jankiela Handelsmana, Josefa Deresińskiego, Zełmena Gradowskiego i Josefa Dorębusa) bunt przeistoczył się jednak w spontaniczny opór. Dochodziła godz. 13.30, gdy grupa esesmanów przyszła do budynku krematorium, po zakwaterowanych tam członków Sonderkommando. Ci, nie zwlekając, przystąpili do walki.
Miklós Nyiszli, rumuński Żyd, świadek buntu

Nie mamy pojęcia, co mogło się stać. Nasza akcja miała rozpocząć się w nocy. (…) Słychać buczenie syren ze strony Oświęcimia I i Oświęcimia II. Wybuchy i strzelanina coraz bardziej narastają. Rozróżniamy już odgłosy ciężkiej broni maszynowej. (…) Widzę przez okno, jak nadjeżdża osiem czy dziesięć ciężarówek. Hamują przed naszym krematorium, wyskakuje z nich pół batalionu esesmanów i ustawia się w tyralierę przed ogrodzeniem.

Więźniowie zaatakowali oprawców tym, co mieli pod ręką – siekierami, młotkami, łomami, kamieniami. Zginęło 3 funkcjonariuszy SS, byli też ranni. Znienawidzony przez więźniów obozowy kapo, niejaki Karl, został żywcem wrzucony do pieca.

Ostatecznie bunt objął dwa krematoria – IV i II. Zaledwie dwunastu więźniom udało się uciec za druty i dotrzeć do pobliskiej miejscowości Rajsko. Wszyscy zostali spaleni przez Niemców w tamtejszej stodole...

Niemcy krwawo ukarali spiskowców, stosując – jak zwykle w takich przypadkach – zasadę zbiorowej odpowiedzialności. Oszczędzono zaledwie 212 członków Sonderkommando. Po buncie stan osobowy "oddziału" uszczuplał o 451 istnień. Tylko nieliczni doczekali wyzwolenia obozu przez Armię Czerwoną 28 stycznia 1945 roku.
Jednym z nich był Henryk Mandelbaum, który po wojnie zamieszkał w Gliwicach. Zmarły w 2008 roku członek komanda roboczego wspominał, że przymusowa praca dla Niemców była piekłem.

– Ja to palenie, wyrywanie zębów mam codziennie przed sobą. Chodzę z tymi obrazami, jem, śpię, tańczę, śpiewam – zapamiętał. Tych widoków nie dało się wymazać. Mandelbaum do końca był zakładnikiem własnej przeszłości.

Napisz do autora: waldemar.kowalski@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Historia
Skomentuj