Grupa naTemat

Czy seryjny morderca "Wampir z Zagłębia" naprawdę był Wampirem? Po tej książce zaczniesz mieć poważne wątpliwości

Katowice, 03.1975. Proces Zdzisława Marchwickiego - Wampira z Zagłębia. Na zdjęciu brat Zdzisława Marchwickiego , Jan Marchwicki (2L), Józef Klimczak (5L), Zdzisław Marchwicki (stoi).
Katowice, 03.1975. Proces Zdzisława Marchwickiego - Wampira z Zagłębia. Na zdjęciu brat Zdzisława Marchwickiego , Jan Marchwicki (2L), Józef Klimczak (5L), Zdzisław Marchwicki (stoi). Fot. Kazimierz Seko/PAP/Materiały promocyjne książki
To nie jest oczywista książka z mniej lub bardziej skomplikowaną fabułą, która niemal jak po sznurku prowadzi nas do sprawcy. To kompleksowe rozłożenie na czynniki pierwsze jednego z najgłośniejszych polskich procesów sądowych. Dokładna anatomia sprawy Zdzisława Marchwickiego (i jego rodziny), który ostatecznie został skazany na karę śmierci.

Problem w tym, że po lekturze czytelnik zaczyna mieć poważne wątpliwości, czy faktycznie skazano prawdziwego "Wampira z Zagłębia". I z tym mętlikiem w głowie zostawia nas autor Przemysław Semczuk. W naTemat publikujemy fragment książki.

Aż dziwne, że współcześnie jeszcze żaden z reżyserów nie wziął tej historii na warsztat. To gotowy materiał na film, do tego oparty na faktach. Ten błąd postanowił naprawić Maciej Pieprzyca, który kręci o tym film fabularny.
Maciej Pieprzyca

To z pewnością nie jest kolejny film o mordercy. Bohaterem filmu jest zwykły człowiek postawiony w sytuacji, która go przerasta. Zmagając się ze swoimi słabościami, ambicjami, również systemem społeczno-politycznym, bliski jest przekroczenia niebezpiecznej granicy, by z bohatera stać się antybohaterem. Czytaj więcej

Sama sprawa była już ekranizowana, ale lata temu, gdy budziła emocje, przy których znana dziś "Matka Madzi z Sosnowca" wydaje się być mało szokująca.

Szybkie wprowadzenie dla osób, które sprawy nie znają. Zdzisław Marchiwcki to polski seryjny morderca, którego skazano na śmierć za zabójstwo 14 kobiet i usiłowanie zabójstwa 6 kolejnych. Poprawka – trzeba napisać domniemany seryjny zabójca, bo choć od procesu minęło ponad 40 lat, jego wynik i sposób prowadzenia śledztwa do dziś budzą wątpliwości.

Myli się jednak ten, kto sądzi, że w tym wszystkim rozchodzi się jedynie o 'Wampira z Zabłębia". Pokazowy proces stał się istnym show tamtych czasów, bo na sali sadowej oprócz Zdzisław Marchwickiego zasiadło kilka innych osób. Niedługo po jego aresztowaniu dołączyli do niego dwaj bracia Jan i Henryk, siostra Halina Flak oraz jej syn Zdzisław. I się zaczęło. Z relacji, którą przytacza i obszernie cytuje autor książki, wyłania się obraz istnego cyrku, który idealnie wpisuje się w pokazowy proces, który chciały obywatelom zafundować komunistyczne władze.

Tak wyglądały morderstwa

Sposób postępowania sprawcy był zawsze taki sam: szedł za upatrzoną ofiarą, podbiegał do niej z tyłu, a następnie uderzał w głowę ciężkim tępym przedmiotem. Gdy ofiara upadła bił ją wielokrotnie, powodując zgon, po czym dokonywał czynności seksualnych z denatką. Czytaj więcej

za Wikipedią
W końcu trzeba było pochwalić się, że niemal po sześciu latach tajemniczych morderstw złapano odpowiedzialną osobę. Z książki wynika, że Zdzisław Marchwicki w pewnym momencie po prostu musiał stać "Wampirem", niezależnie od siły zebranych dowodów. Jedną z ofiar była siostrzenica Edwarda Gierka, który sprawą interesował się osobiście. Śledczy musieli znaleźć winnego. Po prostu musieli.

Czytając książkę przechodzi się przez kilka faz. Na początku jest się obserwatorem wspomnianego cyrku w Sejmie. Przeważa myślenie, "super, że złapali tego psychopatę, co za patologia" i oczekiwanie na wyrok, bo przecież "on musi być winny". Z takim nastawieniem wchodzi się w dalszą część książki, gdzie autor opisuje wieloletnie poszukiwania, przy których (podobno) korzystano z najnowocześniejszych ówcześnie sposobów typowania podejrzanych, a także pomocy zagranicznych ekspertów.
Złapałem się jednak na tym, że im dalej brnąłem w książkę, tym większe wątpliwości miałem, co do tego, czy Zdzisław Marchwicki faktycznie był "Wampirem z Zagłębia". Nie ulega wątpliwości, że było to całkowicie patologiczne, zdegenerowane i zdeprawowane środowisko. Niewykluczone, że w tym wszystkim może odpowiadać nawet za jakieś morderstwo(a), za które powinien ponieść karę. Tu nie chodzi o sympatię do skazanego, ale o liczbę nieprawidłowości procesu, które punkt po punkcie wskazuje Przemsyław Semczuk. Nieprawidłowości, które stawiają jak najbardziej zasadne pytania o to, czy Zdzisław Marchwicki to "Wampir", czy kozioł ofiarny, który idealnie pasował do misternie planowanego scenariusza.

W książce jest cała masa cytatów i opisów z rozpraw, zeznań, przesłuchań. Autor wykonał kolosalną pracę, przeglądając to wszystko i tworząc z tego jedną, spójną historię. Momentami nudną, bo niektóre opisy się powtarzają i są średnio atrakcyjne, ale nie można nie docenić pracy, którą włożył w powstanie książki. W oczy rzucił mi się jeden z przypisów, który jako źródło podawał... nieopisany zeszyt w takim a takim kolorze z kartonu. To pokazuje, ile cierpliwości i uwagi wymagało kolejne prześledzenie całego śledztwa i procesu.
Ciekawym wątkiem pobocznym całej historii jest opisany ówczesny stosunek do gejów (wtedy "pedałów") i tego, jak wtedy podchodzono do homoseksualizmu. To, czego zabrakło mi w książce, to zdjęcia, który wykorzystano tylko w promocji internetowej. Wielokrotnie przerywałem lekturę, żeby w internecie zerknąć sobie, o kim właściwie czytam. I nie mówię tylko o samych oskarżonych, ale także o wielu bohaterach równie istotnych w całej sprawie: sędziów, śledczych czy prokuratorów.

Poniżej publikujemy fragment książki "Wampir z Zagłębia", która już od jakiegoś czasu jest dostępna na sklepowych półkach.

Prolog

Cmentarz w Katowicach Panewnikach sąsiaduje z klasztorem Franciszkanów i seminarium duchownym. Rano nie ma tu trudności ze znalezieniem miejsca na parkingu. Na straganie ze zniczami przed bramą pytam o biuro. „Prosto i za trzecim drzewem w lewo”. Jest lekki mróz, ale świeci słońce. Idealna pogoda na spacer wśród grobów.

Biuro cmentarza mieści się w niskim baraku. Ciemny, zimny korytarz. W pokoju, przy biurku po lewej stronie, mężczyzna rozmawia przez telefon. Na wprost drzwi siedzi kobieta.

 – Słucham pana.
 – Szukam grobu, ale na tablicy nie ma kwatery XXXII.
 – Nie ma takiej kwatery. Zna pan nazwisko i datę zgonu?

Przez ułamek sekundy zastanawiam się, jaką reakcję wywoła nazwisko. Ochrona danych osobowych obowiązuje nawet po śmierci.

 – Zdzisław Marchwicki, 26 kwietnia 1977 roku – recytuję jednym tchem z pamięci.
Kobieta wyciąga z szafy starą księgę i przewraca kartki. Luty, marzec, kwiecień, dwudziesty, dwudziesty trzeci, czwarty, piąty.
 – Jest dwudziesty szósty. Ale nie ma takiej osoby. To na pewno ta data?
 – Jest, o tu, na dole strony, grób 39.
Wskazuję palcem na ostatnią rubrykę.
 – Nie, nie, to NN. Znaczy osoba o nieznanych personaliach, pochowana na koszt państwa, ich zawsze chowali w jednym miejscu.
 – Na następnej stronie pewnie będzie drugi NN, grób numer 40, z tą samą datą – mówię z przekonaniem.
 – Jest. Ale… – Urzędniczka zastanawia się chwilę. – Pan mówił Marchwicki? Zdzisław? Czy to nie ten…
 – Ten sam, a w drugim grobie jego brat Jan.
 – Jest pan pewien? Dlaczego napisali NN? Tak zapisywano groby niezidentyfikowanych.
 – Proszę spojrzeć. Godzina pochówku 22:00. Czy takie osoby chowano po nocy?

Mężczyzna przy sąsiednim biurku szybko skończył rozmowę. Też zrozumiał, o kogo chodzi. Jest zaskoczony. Nie wiedział, że słynny Wampir został pochowany właśnie tu. Pracuje dłużej, ale i on nie ma pojęcia, gdzie jest kwatera XXXII. 
Prawdopodobnie została zlikwidowana podczas reorganizacji cmentarza na początku lat dziewięćdziesiątych. Przez chwilę zastanawiamy się, gdzieżby to mogło być. Nie zachowały się żadne stare plany.

Prawdopodobnie chodzi o działkę gospodarczą, na której obecnie stoją kontenery na śmieci. Albo o kwaterę wzdłuż ogrodzenia. Jeszcze na początku XX wieku pod płotem, a właściwie za nim, chowano samobójców i morderców, bo nie byli godni spocząć w poświęconej ziemi. Ale w latach siedemdziesiątych był to już cmentarz państwowy. Dla pewności proszę o sprawdzenie jeszcze jednej osoby. Bogdan Arnold, data zgonu: 16 grudnia 1968 roku. Kolejna księga, jeszcze starsza, strony pożółkłe, niektóre rozsypują się ze starości.

 – Jest. Bogdan Arnold. Grób 38. Tuż obok. To znaczy, że od 1968 do 1977 nie pochowano w tym miejscu nikogo. Ale naprawdę nie mamy pojęcia, gdzie to może być.

Jeszcze przez kilkanaście minut rozmawiamy o Marchwic-
kich. Nie mam wątpliwości, że pochowano ich tutaj, choć w powszechnej świadomości obowiązuje inna wersja. W filmie dokumentalnym Jestem mordercą… Macieja Pieprzycy ksiądz proboszcz Benedykt Hałota opowiadał o tajemniczym pochówku na terenie jego parafii na Podlesiu, peryferyjnej dzielnicy Katowic. W środku nocy na cmentarz zajechały milicyjne gaziki. W świetle ich reflektorów wykopano pospiesznie dwa groby i wrzucono do nich worki z ciałami. Przed odjazdem jeden z oficerów miał powiedzieć proboszczowi, że właśnie pochowali braci Marchwickich. Ta historia od lat krążyła w okolicy, bo na tym cmentarzu grzebano ponoć samobójców i więźniów. Tyle że to nie była prawda.

W archiwum Aresztu Śledczego przy Mikołowskiej znajdują się teczki więźniów, Zdzisława i Jana. W obu identyczne pisma z datą 25 kwietnia 1977 roku. Naczelnik Wojewódzkiego Aresztu Śledczego zwraca się do dyrektora Zarządu Zieleni Miejskiej o przygotowanie na godzinę 20:00 
następnego dnia dwóch grobów oraz o wyznaczenie ludzi do ich zasypania.

Kolejne pisma informują o dokonaniu pochówku na cmentarzu na Panewnikach: kwatera XXXII, 
groby 39 i 40. Są też protokoły wykonania wyroku. Obecni: prokurator Zenon Kopiński, kapitan Janusz Witkowski, wikariusz major Bolesław Spychała oraz naczelnik aresztu podpułkownik Mieczysław Zmysłowski. Był też pułkownik Jerzy Gruba – osobiście doglądał egzekucji, ale w protokole nie ma jego podpisu. Z adnotacji wiadomo, że Jan poprosił o modlitwę i powiedział, że wybacza wszystkim. Wyrok na Zdzisławie wykonano 26 kwietnia 1977 roku o godzinie 19:06. Jego brat Jan zakończył życie pół godziny później.

Dlaczego proboszcz Hałota z Podlesia twierdził, że widział, jak milicjanci coś kopali? Mogli to robić ubecy na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych, ale niemal 30 lat później milicja nie kopała grobów rękami swoich funkcjonariuszy. Być może przyjechali w nocy na Podlesie i odegrali scenę, by stworzyć legendę, zmylić trop. Nikt nie miał się dowiedzieć, gdzie naprawdę pochowano Marchwickich. To by tłumaczyło, dlaczego w księgach zapisano NN.

Wzmianki o wykonaniu wyroku nie opublikowała ani „Trybuna Robotnicza”, ani „Wieczór”, ani żaden inny dziennik ukazujący się na Śląsku. Jakby nie chciano, żeby pracownicy cmentarza skojarzyli fakty. Tylko dlaczego władze za wszelką cenę chciały wymazać pamięć o Marchwickich, skoro zaledwie trzy lata wcześniej czyniły wszystko, aby dowiedziała się o nich cała Polska?

Napisz do autora: michal.mankowski@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
KsiążkiHistoriaPrzestępczość
Skomentuj