Związkowcy pomogli obalić każdy rząd i Kaczyńskiemu zgotują ten sam los. Za niewdzięczność i oszukanie górników

PiS jest o włos od naprawdę poważnych kłopotów z największymi związkami zawodowymi. Gorąco robi się wśród górników, którzy czują się oszukani wyborczymi obietnicami i wśród liderów, którzy liczyli na większy wpływ na władzę.
PiS jest o włos od naprawdę poważnych kłopotów z największymi związkami zawodowymi. Gorąco robi się wśród górników, którzy czują się oszukani wyborczymi obietnicami i wśród liderów, którzy liczyli na większy wpływ na władzę. Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta
Demonstracje KOD powoli nie robią już na nikim większego wrażenia, a partia rządząca nie przejmowała się nimi nigdy. Wiele wskazuje jednak na to, że wkrótce Jarosław Kaczyński na ulicach będzie miał znacznie większe problemy. By dołączyć do grona protestujących Polaków powoli szykują się związkowcy, przez których od 1980 roku zaczynały się poważne problemy właściwie każdej kolejnej ekipy rządzącej...

Związek z Kaczyńskim...
Takich układów ze związkowcami, jakie od samego początku swojego istnienia miało Prawo i Sprawiedliwość wcześniej nie mieli nawet w Akcji Wyborczej "Solidarność", która miała być przecież ukoronowaniem robotniczej rewolucji przeciw PRL. NSZZ "Solidarność", czy "Sierpień '80" i pozostałe organizacje wywodzące się z pierwszej "S" prawdziwymi partyjnymi przybudówkami stały się jednak dopiero w 2001 roku, gdy bracia Lech i Jarosław Kaczyński stworzyli wreszcie formację o jakiej od zawsze marzyli.
Stan ten trwa niezmiennie od 15 lat. W tym czasie związkowcy najpierw pomogli PiS wyraźnie zaznaczyć swoje miejsce na scenie politycznej już w pierwszym roku istnienia, a następnie zwyciężyć w wyborach prezydenckich i parlamentarnych w 2005 roku. Kiedy Jarosław Kaczyński stracił władzę, związki zawodowe z prawicowym rodowodem chętnie zamieniły się w "zbrojne ramię" jego ugrupowania.


Dwie kadencje, przez które Polską rządziła Platforma Obywatelska to dla rządu Donalda Tuska były właściwie ciągłe utarczki z mniej lub bardziej krewkimi związkowcami. Najostrzej zrobiło się jednak przed rokiem, gdy przed niektórymi kopalniami wybuchł brutalne zamieszki. Szybko zmusiło to ówczesną premier Ewy Kopacz do w zasadzie pełnych ustępstw. Co dało wiatr w żagle nie tylko liderom górniczym z "Solidarności", czy "Sierpnia '80". Największym beneficjentem tamtych wydarzeń okazała się ekipa Jarosława Kaczyńskiego, która właśnie wtedy przebijała "szklany sufit" poparcia i wreszcie wyraźnie zaczęła deklasować Platformę.

Rozstanie będzie bolesne
Stare i znane na całym świecie powiedzenie mówi jednak, że "kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie" i strach oberwania nim właśnie zagląda w oczy PiS. Ostatnie dni to cała seria zapowiedzi kłopotów Jarosława Kaczyńskiego ze związkowcami. Najostrzejszy spór zaczyna się znowu z górnikami. W Kompanii Węglowej czekają na "czternastki", które w górnictwie uważa się za należne pracownikom jak psu buda, ale spółka nie ma skąd wziąć tych ok. 300 mln zł, bo ledwo starcza jej środków na funkcjonowanie.
Ale dodatkowe pensje to tam nie jedyny problem. Znacznie bardziej górnicy robią się nerwowi w związku z tym, że nowa władza nie doprowadziła do wycofania się zarządu KW z decyzji o wypowiedzeniu porozumienia gwarantującego załogom Kompanii zatrudnienie i wynagrodzenie w powstającej Polskiej Grupie Górniczej. "Jest to złamanie wcześniejszych deklaracji i obietnic składanych przez ministra energii" – czytamy w najnowszym oświadczeniu górniczych związkowców.

Bo przekaz PiS w minionych latach był dość jednoznaczny. Skoro opozycja krytykowała jakiekolwiek pomysły Tuska na restrukturyzację, to górnicy żyli w przekonaniu, że po przejęciu władzy PiS nie zamknie żadnego z ich miejsc pracy. W kampanii wyborczej wizje dobrej przyszłości roztaczał w imieniu PiS nie byle kto, bo córka górnika i rządząca przed laty górniczymi Brzeszczami Beata Szydło. – Będziemy potrafili doprowadzić do tego, że polskie górnictwo będzie konkurencyjne i będzie się rozwijać – zapowiadała.

W rzeczywistości już w listopadzie wicepremier i minister rozwoju Mateusz Morawiecki stwierdził, że najbardziej nierentowne kopalnie powinny być zamykane. I zdaje się, że to jednak on miał więcej wiedzy o planach PiS wobec górnictwa niż premier Szydło. Kilka dni temu okazało się, że pomysł obecnej władzy na podtrzymanie górnictwa jest taki sam, jak każdej poprzedniej. Polska Grupa Górnicza może zatrudnić większość obecnych górników, jeśli zgodzą się oni na mocne obniżenie pensji. Jeśli nie pójdą na taki układ, wylecą na bruk, bo część kopalni zostanie wykreślona z planów restrukturyzacyjnych i upadnie.
W piątek związkowcy ze Śląska jadą do Warszawy i oczekują tam wyjaśnień ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego, ale wątpliwe, by był on w stanie z pełną odpowiedzialnością obiecać im, że zachowają dotychczasowe przywileje, pensje i pracę. W jednym z ostatnich wywiadów mówił co prawda, że tradycje takie, jak wypłata "Barbórki" trzeba szanować, ale matematyka polskiej gospodarki jest nieubłagana. O czym z pewnością przypominają ministrowi Tchórzewskiemu niezłomni w poszukiwaniu oszczędności ministrowie Mateusz Morawiecki i Paweł Szałamacha.

Kara za niewdzięczność
Strajki i dołączenie związkowców do innych protestujących już Polaków zdaje się więc tylko kwestią czasu. Wszystkich związkowców, a nie tylko górników. Silny zgrzyt w relacjach z PiS widać bowiem też w liście przewodniczącego NSZZ "Solidarność" Piotra Dudy do premier Beaty Szydło. Lider największej organizacji pracowniczej ostro skrytykował sposób podejmowania ostatnich rządowych decyzji i zarzuca, iż w ten sposób Szydło "przeczy zapewnieniom o woli prowadzenia rzetelnego dialogu ze wszystkimi partnerami społecznymi".

W dokumencie z 28 stycznia Dudzie szło jednak jeszcze nie o górników, a sposób wprowadzania przez PiS nowego podatku obrotowego, który ma zmuszać polskich przedsiębiorców do porzucenia handlu w weekendy i święta. Projekt, który może uderzyć nie tyle w wielkie sieci handlowe, co zwykłych przedsiębiorców i doprowadzić do zamknięcia w weekendy stacji paliw, czy aptek ekipa Jarosława Kaczyńskiego postanowiła bowiem opracowywać bez szerokich konsultacji społecznych.
Jak mówi naTemat informator z gdańskiej centrali "Solidarności", szczególnie w tym związku zaczynają chłodno patrzeć na obecną władzę, bo "zawiodła oficjalnie i nieoficjalnie". – Zachowanie rządu nie wygląda dobrze w sprawie kopalń, czy dialogu społecznego, ale to nic przy olewaniu związku za kulisami. To my załatwialiśmy im sporo nowego poparcia, a od wyborów jest cisza. Rozdają konfitury na lewo i prawo, miliony dali Rydzykowi, a związkowców nawet nie chcą do głosu i decyzji dopuścić – ubolewa nasz rozmówca.

W "Solidarności" i innych powiązanych dotąd z PiS organizacjach z głośniejszym buntem mają podobno jeszcze czekać z nadzieją, że Jarosław Kaczyński przypomni sobie o zasługach związków dla jego partii. Jak na razie smakiem wspomnianych "konfitur" obejść musieli się jednak nawet najbardziej partyjnie uwikłani związkowcy, dla których miejsca zabrakło w rozdaniach kadrowych PiS. – To wygląda na powtórkę z czasów AWS. Na Nowogrodzkiej w Warszawie powinni pamiętać, jak z nimi prawdziwi działacze się wtedy obeszli – słyszymy.

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Solidarność
Skomentuj