Uratowali setki chorych jeży, wiewiórek i ptaków. Zostali na lodzie, a ratowanie zwierząt powierzono... myśliwym

Jeżyk uratowany przed kosiarką – podopieczny kliniki.
Jeżyk uratowany przed kosiarką – podopieczny kliniki. Facebook.com/DzikaKlinika
Dzika Klinika w Krakowie to wyjątkowe miejsce. To właśnie tutaj od paru lat trafiają nietypowi pacjenci: okaleczone sikorki, chore jeże, wiewiórki potrzebujące pomocy. Dzicy lokatorzy kliniki byli do tej pory otaczani troskliwą opieką wolontariuszy i pracowników Fundacji Dzika Klinika. Miejscy urzędnicy uznali jednak, że nie będą łożyć na dalsze funkcjonowanie kliniki. W ten sposób pozbawili finansowania ośrodek, który ma na utrzymaniu wiele dzikich zwierzaków, i który – w ocenie postronnych obserwatorów – świetnie wywiązywał się ze swoich zadań.

Przez Dziką Klinikę przewinęły się już setki zwierzaków. Tylko w zeszłym roku leczyło się tutaj ponad 2 tys. dzikich pacjentów. 1700 leczyło się tu w ramach umowy zawartej z Urzędem Miasta. W poprzednich latach klinika też miała ręce pełne roboty. W 2014 roku opieką objęto 800 zwierząt, w 2013 roku doglądano w klinice 600 schorowanych pacjentów.


Obecnie Dzika Klinika troszczy się o 53 jeżyki i pokaźną liczbę ptaków. Koszt miesięcznej porcji jedzenia dla pojedynczego jeżyka to 100 zł. Do tego dochodzi zakup leków, opłacenie zabiegów, jeśli zajdzie taka potrzeba. Wkrótce wydatki wzrosną jeszcze bardziej - niektóre jeżyki jeszcze śpią, ale po pobudce będzie trzeba je nakarmić i zaadoptować do powrotu na łono natury. Problem w tym, że teraz fundusze na kontynuację leczenia Dzika Klinika musi zbierać sama. I choć darczyńcy garną się do pomocy, to klinika i tak ledwo przędzie. Jak do tego doszło?
Bo liczy się cena...
W tym przypadku sprawdza się zasada mówiąca o tym, że jak nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Jakiś czas temu urzędnicy z krakowskiego magistratu ogłosili przetarg na prowadzenie pogotowia dla zwierząt chronionych. Do tej pory zajmowała się tym Dzika Klinika. Oprócz Dzikiej Kliniki do przetargu stanęły inne podmioty.

Ku zaskoczeniu wszystkich, miasto wybrało ofertę najtańszą, nie oglądając się na wieloletnie doświadczenie kliniki. Krakowski ratusz w uzasadnieniu swojej decyzji tłumaczył, że wycena, którą przedłożyła Dzika Klinika jest za wysoka, a poza tym – lecznica wykorzystuje miejskie środki nie tylko na prowadzenie pogotowia dla zwierząt, lecz także na inne cele związane z ratowaniem swoich pacjentów, co nie jest przewidziane w ramach umowy z miastem.
– To są publiczne pieniądze i przy tego typu przetargach kierujemy się kryterium najniższej ceny. Po odpowiednim uzasadnieniu można wybrać ofertę droższą, ale w tym przypadku nie było takiego powodu. Firma, która wygrała ten konkurs ma niezbędne do prowadzenia działalności pozwolenia od Dyrekcji Generalnej Ochrony Środowiska – tłumaczy Krystyna Śmiłek, wicedyrektor z krakowskiego Wydziału Kształtowania Środowiska.

Takie tłumaczenia nie trafiają jednak do tych, którzy są zaniepokojeni losem dzikich zwierząt z Krakowa i okolic. Powodów jest kilka. Jak argumentują niektórzy, sytuacja, w której pogotowie ratunkowe dla dzikich zwierząt prowadzi firma oddalona od Krakowa o 50 km, jest nie do pomyślenia. – Przecież tu chodzi o ratowanie zwierząt -liczy się każda sekunda, a dojazd, który zajmuje ok. godziny może wiele zwierzaków pozbawić szans na przeżycie – mówi otwarcie Joanna Wójcik, szefowa Dzikiej Kliniki.

Mieszkańcy Krakowa z kolei pytają, dlaczego ratowaniem zwierząt z krakowskiej gminy nie zajmuje się już krakowska klinika. Firma, która wygrała przetarg znajduje się w końcu w oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów Racławicach, gdzie prowadzi Ośrodek Rehabilitacji Dla Dzikich Zwierząt.

Zranionymi zwierzętami zajmą się teraz myśliwi?
Na niefortunnym, zdaniem wielu, położeniu się jednak nie kończy. Joanna Wójcik, która na ratowaniu dzikich zwierzaków zna się jak mało kto, ma obawy, czy firma z Racławic ma odpowiednie kompetencje, żeby wykonywać tak odpowiedzialne zadanie. Największe wątpliwości budzi fakt, że na terenie Krakowa ośrodek z Racławic ratowanie zwierząt powierzył firmie Dzikie Pogotowie, która nie cieszy się dobrą opinią.
Joanna Wójcik, szefowa Dzikiej Kliniki

Dzikie Pogotowie to firma zawiązana przez myśliwych. Dawniej funkcjonowali pod nazwą Kaban, ale zepsuli sobie opinię. Potem zmienili nazwę, ale historia się powtórzyła. Teraz mamy do czynienia z kolejną odsłoną i już teraz dochodzą do nas niepokojące sygnały z ich interwencji.

Te przeczucia mogą okazać się prawdą. Przykładów wątpliwych interwencji Dzikiego Pogotowia daleko szukać nie trzeba. Ostatnio Dzikie Pogotowie wsławiło się nieudaną akcją odławiania miejskich łabędzi. – Najpierw nieudolnie próbowali je odławiać czerpakiem, a kiedy im się to nie udało wezwali policję wodną i zaczęli strzelać nabojami w stronę ptaków. Tymczasem każdy, kto ma pojęcie na ten temat wie, że odławianie łabędzi nie jest wielce skomplikowane, zaświadczy to każdy obrączkarz – mówi Wójcik, która z wykształcenia jest ornitologiem.

Krystyna Śmiłek z Wydziału Kształtowania Środowiska przyznaje, że urzędnicy dostają skargi na nową firmę, która ma ratować zwierzęta. – Na razie nie odnotowaliśmy przypadku, w którym obawy mieszkańców by się sprawdziły, ale i tak postanowiliśmy sprawę zweryfikować – mówi nam. Dlatego niebawem działanie ośrodka w Racławicach i współpracującego z nimi Dzikiego Pogotowia będzie wzięte pod lupę podczas specjalnej kontroli.

Abstrahując od zamieszania wokół zasadności decyzji urzędników i kompetencji firm, które wygrały przetarg na prowadzenie pogotowia dla zwierząt, Fundacja Dzika Klinika do wiosny musi zadbać o swoich podopiecznych. O tym, jak im pomóc można przeczytać tutaj.

Napisz do autora: dominika.majewska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Zwierzęta
Skomentuj