Niewidzialni, niesłyszalni, wykluczeni. Ludzie, po których przejechała się III RP

Największy problem polskiej polityki? Istnienie światów równoległych
Największy problem polskiej polityki? Istnienie światów równoległych fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
– Na rozmaite pretensje zgłaszane wobec III RP odpowiedź od lat brzmi "pomidor" – napisał wczoraj w "Dużym Formacie" Grzegorz Sroczyński, którego zdaniem to właśnie taka postawa elit wobec wykluczonych przyczyniła się do przejęcia władzy przez Prawo i Sprawiedliwość . Autor "Świat się chwieje" w swoim felietonie pisze o tym, "czego nie wiedzieliśmy o transformacji". No właśnie: "nie wiedzieliśmy" czy "nie chcieliśmy wiedzieć"?

Bal na Titaniku
Jeszcze w 2009 roku 20-lecie transformacji ustrojowej świętowano z wielką pompą. Uśmiechnięci panowie wręczali odznaczenia innym uśmiechniętym panom, wygłaszali laudacje, wymieniali uściski dłoni w świetle fleszy.


Właśnie wtedy, gdy telewizje transmitowały te męskie akademie ku czci, zaktywizowała się jedna, ale bardzo liczna grupa społeczna wykluczona podczas transformacji ustrojowej: kobiety. To właśnie wtedy, na fali rozczarowania państwem mężczyzn, powstał Kongres Kobiet. W maju po raz ósmy skieruje do rządzących postulaty dotyczące poprawy sytuacji połowy społeczeństwa.

Dysonans poznawczy
Od tego momentu głos niezadowolonych był coraz bardziej słyszalny. Nie chodziło o to, że nie zauważali żadnych zmian na lepsze, żadnych plusów transformacji, od których zaczęła się III RP. Po prostu mieli dość tego, że media głównego nurtu przedstawiają tylko jedną, jasną stronę przemian i rozmyślnie ignorują drugą, bardziej adekwatnie odzwierciedlającą ich doświadczenia.

Rozdźwięk między codziennością a przekazem medialnym był frustrujący. Frustrujące było też programowe pomijanie przez polityków, którzy w większości, razem z innymi przedstawicielami elit, żyli w świecie równoległym: kolorowym świecie seriali, w którym Warszawa składa się tylko z niezłych knajp, słonecznych apartamentowców i zadowolonych, dobrze zarabiających ludzi.

Media społecznościowe przyspieszyły proces. Tłumiony gniew lekceważonych zaczął wychodzić na powierzchnię. Nie było jednego wydarzenia, jednej przyczyny. To był efekt programowego lekceważenia ludzi przez lata.

Dobra mina do złej gry
Do elity politycznej zaczęły docierać pierwsze, groźne pomruki. Początkowo zastosowała sprawdzony manewr i udawała, że nic nie słyszy, że nic się nie dzieje. Potem wekslowała coraz głośniejsze przejawy niezadowolenia jako pojedyncze wybryki roszczeniowców. Przecież jest fantastycznie.

Gdy tama pękła, Polskę zalała fala poparcia dla jedynej partii, która konsekwentnie stawiała się w roli rzecznika wykluczonych ekonomicznie: PiS. Sojusz Lewicy Demokratycznej było od dawna skompromitowany neoliberalną polityką gospodarczą i wykalkulowaną biernością w sferze światopoglądowej. Partii Razem nie było wtedy nawet jeszcze w planach.

Przełom
Nagle wszyscy zaczęli mówić o umowach śmieciowych. O żenująco niskich stawkach za godzinę pracy. O bezrobotnych. O młodzieży, której plan na życie w Polsce to zarobić na bilet lotniczy w jedną stronę. O nierównomiernym rozwoju Polski. O tragicznym położeniu opiekunek i opiekunów osób z niepełnosprawnością.

Przykłady można mnożyć. Co rusz mobilizują się kolejne grupy. Szyki zwierają nawet dyskryminowane matki dzieci z zasądzonymi, ale nieściąganymi, alimentami.

Przestawienie medialnej wajchy
Prasa zaczęła opisywać historie byłych pracowników korporacji, którzy po utracie pracy nagle trafiali do innej rzeczywistości i orientowali się, że człowiek tylko w ograniczonym zakresie jest kowalem własnego losu. Przekonali się, że nie można postawić znaku równości między bezrobotnym lub pracującą ubogą, a roszczeniowym leniem. Rewidowali swoją opinię o planie Balcerowicza. Przekonywali się, że złe prawo ma znaczenie, gdy swojej wolności nie ma za co kupić. Rzeczywistość powiedziała im "sprawdzam".

Nie wszyscy musieli doświadczyć tego na własnej skórze, niektórym wystarczyło nawet zapośredniczone doświadczenie kryzysu, który dla większości wykluczonych był smutną normalnością. Byli też tacy, którzy zawsze zdawali sobie sprawę ze swojego uprzywilejowania i wiedzieli, że dobra passa może się skończyć. Generalnie okazało się, że nie ma niezniszczalnych.

Część problemów wskazywanych od lat w niszowych, lewicowych pismach, weszła do mainstreamu za sprawą konserwatywnej obyczajowo partii w bogoojczyźnianym wydaniu. Niektóre z pozostałych podjął w poprzedniej kadencji Sejmu Ruch Palikota (później Twój Ruch).

Polityczna reakcja reszty sceny politycznej była spóźniona i zbyt słaba. Zmiany nastąpiły zbyt późno i były zbyt małe. Wygrała więc "dobra zmiana".

Błędne koło
Na to, że neoliberalizm gospodarczy pcha Polskę w objęcia PiS-u, a potem kierunek się odwraca, zwraca uwagę socjolog i kulturoznawca Jan Sowa. Jego zdaniem "z każdym obrotem liberalno-konserwatywnej śruby robi się gorzej". Z tych pozycji krytykuje Komitet Obrony Demokracji, który według niego nie dostrzega namacalnych – materialnych – przyczyn, dla których wybory wygrał PiS.
Jan Sowa

Wolność to piękna sprawa. Ale jak się nie ma za co dojechać do Warszawy z Radomia, to trudno docenić uroki Schengen, dzięki którym można polecieć do Rzymu. Czytaj więcej

Część osób alergicznie reaguje na takie pojęcia jak klasa społeczna, dyskryminacja czy uprzywilejowanie. Nie zmienia to jednak faktu, że niezależnie od tego jak je nazwiemy, strukturalne nierówności to nie setki tysięcy "wypadków przy pracy", które zbiegiem okoliczności przydarzają się ludziom o przypadkowo zbieżnych cechach demograficznych w tym samym czasie.

Co dalej?
W ostatnim czasie nastąpił wysyp tekstów i książek krytycznie oceniających transformację z pozycji centrowych i lewicowych. Głos zabierają także architekci zmian z lat 90-tych, którzy z perspektywy czasu żałują części ówczesnych posunięć. "Byliśmy głupi" – wyznaje odważnie Marcin Król wspominając okres politycznego oczarowania wizją polskiego "American dream", który każdemu pracowitemu Polakowi i każdej pracowitej Polsce da stabilną sytuację życiową, labradora i dom z ogródkiem. Rafał Woś, dziennikarz tygodnika "Polityka" pisze o "Dziecięcej chorobie liberalizmu". Czytane i dyskutowane są dawniejsze i współczesne teksty Ewy Majewskiej, Ewy Charkiewicz i Anny Dzierzgowskiej.

Sroczyński kończy swój tekst w "Dużym Formacie" apelem, by elita – polityczna, kulturalna, ekonomiczna – uderzyła się w piersi i wyciągnęła wnioski.
Grzegorz Sroczyński

Jeśli już przechodzimy przez okres smuty, to warto ten czas wykorzystać nie tylko na protesty, ale też solidnie przemyśleć własne błędy. Bo nie jest tak, że Kaczyński poprowadził lud na manowce, a my - cali na biało. Mamy istotny udział w fatalnym klimacie, w którym obecnie tkwimy po szyję. Czytaj więcej

To, czy się na to zdobędzie, czy zobaczy i usłyszy wykluczonych zdecyduje o tym, w jakim kierunku pójdzie Polska nie podczas następnych wyborów, lecz kilku najbliższych dziesięcioleci.

Napisz do autorki: anna.dryjanska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Polityka krajowaSpołeczeństwo
Skomentuj