Grupa naTemat

Zamiast dawać 500 złotych na dziecko, wystarczy nie zabierać rodzicom tych pieniędzy w podatkach

Sztandarowa obietnica PiS "500 złotych na drugie dziecko" nadal nie ma finansowania - haracz z banków i sklepów to za mało. Jest prostsze rozwiązanie.
Sztandarowa obietnica PiS "500 złotych na drugie dziecko" nadal nie ma finansowania - haracz z banków i sklepów to za mało. Jest prostsze rozwiązanie. fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Aby rodziny mogły otrzymać 500 złotych na dziecko, najpierw wszyscy zapłacimy więcej za jedzenie. Biedronka raczej nie przymknie oka na dodatkowe 500 mln "haraczu", jaki uiści w ramach podatku handlowego. W tym roku droższe będą polisy ubezpieczeniowe, bo dla towarzystw ubezpieczeniowych podatek od aktywów jest jeszcze bardziej dotkliwy niż w bankach. Zaś same banki co miesiąc ogłaszają jakąś podwyżkę, oczywiście oficjalnie niepowiązaną z nowym podatkiem.

Znudziła mi się już ta wyliczanka. Kto umie liczyć zauważy, że ręka PiSu, która w maju da 500 złotych na dziecko, już od kilku tygodni gmera nam po kieszeniach i szuka forsy na tę wypłatę. W dodatku działki od zorganizowania wypłat domagają się urzędnicy - lokalne samorządy chcą, by było to więcej niż 350 mln zł. W urzędach przybędzie 7 tys. etatów. Kto zapłaci? Pan, pani itd.


Zamiast dawać, nie zabieraj. Proste?
Ale jest inny sposób na to, aby dając jednocześnie nie powodować podwyżek oraz nie wprowadzać wielkiego zamieszania w biznesie. Zamiast dawać, wystarczy nie zabierać "500 złotych na dziecko" w podatkach płaconych przez rodziców. To byłoby zbyt oczywiste i zbyt proste dla polskich polityków. Dlatego takie rozwiązanie zaproponował nie tęgogłowy Henryk Kowalczyk, autor programu gospodarczego PiS, lecz wyśmiewany z racji noszenia czerwonych szelek Rafał Wójcikowski z KUKIZ'15.

Rozwiązanie działałoby podobnie do działającej dziś ulgi prorodzinnej w podatku dochodowym PIT. Tyle że zamiast niecałych 93 złotych miesięcznie (rocznie daje 1112,04 zł) rodzice mogliby odliczać kilkaset złotych miesięcznie w zależności od liczby dzieci. W ten sposób zaoszczędziliby kilkanaście tysięcy rocznie.
Rafał Wójcikowski, KUKIZ 15'

Dajemy ludziom wędkę a nie rybę. Zamiast zasiłków z pomocy społecznej, radykalnej obniżce ulegnie klin podatkowy dla rodzin z dziećmi. Mechanizm usamodzielni klientów pomocy społecznej, gdyż aby skorzystać ze świadczenia, trzeba będzie wykazać jakąkolwiek aktywność gospodarczą. Fakt, że ulga ma charakter kwotowy spowoduje, że proporcjonalnie najbardziej skorzystają najubożsi. Bez dodatkowego obciążania pracodawcy znacząco wzrośnie płaca minimalna.

Według posła kwoty miesięcznych ulg mogłyby wynosić: 250 zł za pierwsze dziecko, 600 zł za drugie dziecko, 700 zł za trzecie i każde kolejne. Da to duży "impuls prorodzinny, każde kolejne dziecko przyniesie większą korzyść". Jest z czego odliczać, bo tak naprawdę czteroosobowa rodzina wpłaca do budżetu państwa 23 tys. zł w różnych podatkach - oszacowała firma Tax Care. Przy dość dobrych zarobkach rzędu 4 tys. zł miesięcznie suma rocznych zaliczek na PIT wyniosłaby ok. 3,4 tys. zł. Wówczas ulga nie zostanie w pełni wykorzystana. Jednak, jak dodaje "poseł w szelkach", odliczenia mogłyby dotyczyć również składki NFZ, składek ZUS, KRUS i Funduszu Pracy. Dopiero najmniej zarabiający, którzy nie będą w stanie wykorzystać odliczeń, mogliby otrzymać zwrot nadwyżki w gotówce.
Zasiłek rozrywkowy
Sprytny pomysł posła zyskał już zwolenników i popularność na jego Facebooku. Wojciechowski jest ekonomistą i nauczycielem akademickim. Dość szczegółowo i rzeczowo opisał rozwiązanie.

Tak zorganizowany program wsparcia rodzin nie byłby kieszonkowym dla niepracujących - tych, którzy wystarczająco dobrze żyją z pomocy społecznej. W ten sposób rząd wsparłby dzietność szczególnie w rodzinach, w których rodzice pracują, a więc też mają szanse wychować dzieci w przyzwoitych warunkach, jak również zapewnić im edukację.

Nie mniej ważny argument podaje Ministerstwo Finansów: "Odliczenia od podatku pomagają walczyć z szarą strefą i promują legalne zatrudnienie, ponieważ osoby pracujące bez umowy nie uzyskają zwrotu" – pisze.
Rafał Wójcikowski

Urok proponowanego rozwiązania polega również na tym, że jest ono w praktyce niemal bezkosztowe. Cała infrastruktura potrzebna do jego obsłużenia już istnieje i nie ma konieczności zatrudniania dodatkowych urzędników. Sam mechanizm przyznawania ulgi stanowi rozszerzoną wersję ulgi podatkowej na dzieci i nie rodzi konieczności odkrywania Ameryki na nowo.

Oszczędzone miliardy
Przypomnijmy, że dzięki uldze prorodzinnej do Kowalskich i Nowaków trafiło 5,5 miliarda złotych. Już w poprzednim roku rozliczyło ją 4 mln podatników. Z danych Ministerstwa Finansów wynika, że z rozwiązania najczęściej korzystają podatnicy o przeciętnych dochodach. Zamożni Polacy, których chciwości tak obawiają się twórcy programu Rodzina 500+, zaoszczędzili na uldze ledwie 258 mln zł.

Szkoda, że sejmowa dyskusja wokół programu 500 plus ograniczyła się do pyskówki, wzajemnych złośliwości, licytacji na obietnice ze strony PO. Wypłata 500 złotych na dziecko w gotówce lepiej nadaje się na hasło wyborcze, niż "zarób, a potem sobie odlicz". – Polacy nie powinni jednak żyć z zasiłków, ale z własnej pracy - podsumowuje sprawę Andrzej Sadowski z Centrum im. Adma Smitha.

Napisz do autora: tomasz.molga@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
DzieciRodzina 500+Polityka prorodzinna
Skomentuj