Grupa naTemat

Odczepcie się od kota Kaczyńskiego. Złośliwe żarty mają konsekwencje

Stosunek do kotów nie powinien mieć barw partyjnych
Stosunek do kotów nie powinien mieć barw partyjnych fot. Jakub Orzechowski / Agencja Gazeta
Nie ma jednak takiej brzytwy, której nie chwycą przeciwnicy liczącego się polityka dowolnej (podkreślam: dowolnej) partii. Ale gdy my, homo sapiens, wciągamy w partyjne nawalanki naturze ducha winne koty, to coś mnie trafia.

Zgrzytam zębami, lecz już straciłam nadzieję na to, że politycy i polityczki nie będą obrzucani epitetami dotyczącymi ich wyglądu (przynajmniej za mojego życia). To, czy ktoś jest gruby czy chudy, wysoki czy niski, łysy czy owłosiony, naprawdę nie powinno mieć znaczenia dla tego, jak oceniamy jego/jej działalność publiczną.

Ujmę to dyplomatycznie: działalność polityczną posła Kaczyńskiego, szarej eminencji sterującej prezydentem i premierem, oceniam krytycznie. Bardzo krytycznie. Nie jestem wyborczynią PiS i raczej nigdy nie będę, nie liczę też na wkupienie się w łaski najbardziej znanego prezesa.

Po takim wstępie, koniecznym ze względu na to, że w obecnej sytuacji politycznej wszystko jest rozpatrywane przez pryzmat plemiennej młócki PiS kontra Platforma (do której elektoratu też się notabene nie zaliczam) i odwrotnie, a także umizgów wobec "dobrej zmiany", chcę zaapelować do wszystkich tych, którzy wyrażają niechęć do posła PiS posiłkując się jego czworonogiem: odczepcie się od kota Kaczyńskiego.

To prawdziwa sympatia
Przywódca Prawa i Sprawiedliwości jest znany ze swojej miłości do kotów. Najsławniejszy kot prezesa, Alik, już niestety nie żyje, ale teraz Kaczyński ma Fionę. Swego czasu "Super Express" cytował posła, który przyznaje, że Fiona jest najdziwniejszym kotem, którego miał: aportuje winogrona jak pies, dla zabawy wylewa wodę z miski (uczcijmy to, kociary i kociarze, westchnieniem zrozumienia).

Jednak sympatia Kaczyńskiego dla mruczków rozciąga się nie tylko na jego własne koty, lecz także innych przedstawicieli kociego gatunku. Rok temu "Fakt" napisał o kocie Feliksie, rudzielcu sąsiadów, który przychodzi do Kaczyńskiego połasuchować.

O Jarosławie Kaczyńskim można powiedzieć wiele rzeczy, ale z pewnością nie można poddawać w wątpliwość jego autentycznej sympatii dla kotów.

Oczywista oczywistość: słowa mają znaczenie
Dziś, 17 lutego, przypada Światowy Dzień Kota. Warto przy tej okazji zastanowić się przed chwilę nad tym, czy cel uświęca środki. Czy bezmyślna jazda po kocie Kaczyńskiego, który rzecz jasna jest nieświadomy całego zamieszania, nie wywołuje przypadkiem negatywnych konsekwencji. Niestety, jeśli chodzi o nasz stosunek wobec kotów, jest dużo okrutnych rzeczy, które my, ludzie, mamy na sumieniu, a szkodliwe stereotypy na temat kotów pokutują do dziś. I żadna liczba udostępnień memów, na których jest Grump Cat, lub rozczulających zdjęć kociąt nie może tego wymazać. Przesada?

Polowanie na koty (i ich "czarownice")
Stereotyp, że koty są wredne, złe i nieczułe panuje do dziś. Nie powstał jednak sam z siebie. W 1484 roku papież Innocenty VIII ogłosił, że koty, a zwłaszcza czarne koty, powinny zostać wytępione jako pomioty szatana (ci ludzie, którzy potem umierali na dżumę, błyskawicznie rozprzestrzeniającą się dzięki nadmiarowi szczurów, nie wiedzieli komu "podziękować") . Nie chcę i nie będę opisywać wymyślnych tortur, które ludzie zadali niewinnym czworonogom w imię katolickiej ideologii. Zresztą religia nie zawsze była, jeśli była, główną motywacją dręczycieli zwierząt. Ludwik XIV uśmiercał koty w męczarniach po prostu dla rozrywki.
Sadyści nadal dręczą koty. Różnica polega na tym, że kiedyś zabijali je ku uciesze gapiów na ulicy, a dziś szukają sławy w internecie. Na szczęście, również dzięki internaut(k)om, dręczyciele kotów mogą spotkać się nie tylko z uznaniem, lecz także wymiarem sprawiedliwości. I oby każdy z nich spotkał się z policją jak najszybciej.

Kwestia smaku? Nie tylko
Oczywiście od jazdy po kocie Kaczyńskiego do zabijania kotów droga jest bardzo daleka. Jednak liczy się też klimat, który tworzymy wokół kotów, bo ma on dla nich realne, nierzadko bolesne, konsekwencje. Pamiętacie papieża Innocentego VIII, który w imię katolicyzmu walczącego z czarami kazał zabijać koty, a zwłaszcza czarne koty (i, na marginesie, kobiety, ale to temat na oddzielny tekst)? Do dziś czarne koty są najrzadziej adoptowanymi ze wszystkich mruczków. W końcu podobno "przynoszą pecha" (bzdura!).

Nie wspominam już nawet o "zwykłym" topieniu kociąt (bo z jakiegoś powodu według wielu to sterylizacja kota jest nie w porządku, ale już zabijanie kolejnych miotów kociąt jak najbardziej) czy wyrzucaniu domowych kotów na ulicę, gdy właściciele jadą na wakacje. To są mniejsze i większe okrucieństwa, z którymi na co dzień zmagają się organizacje prozwierzęce (im też można przekazać 1% podatku).

Są dziedziny, których z wielu różnych powodów nie należy upartyjniać. Nasz stosunek do kotów jest jednym z nich. Z okazji Dnia Kota życzę wszystkim mruczkom, by miały tak troskliwych opiekunów jak Jarosław Kaczyński...
...lub Włodzimierz Cimoszewicz.

Napisz do autorki: anna.dryjanska@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
Jarosław KaczyńskiKoty
Skomentuj