Nie tylko Apart, Kruk i bursztyn. Poznaj 5 młodych, polskich marek biżuteryjnych, na które Cię stać

Błyskotki ze stemplem "made in Poland" nie budzą skojarzeń z czymś, co zawieszamy ochoczo na nadgarstkach i w uszach. To raczej kategoria, w której mieszczą się malowane korale z Krupówek i wyroby z cięższą niż mogłybyśmy unieść na wiotkich szyjach bryłą bursztynu. Czy rzeczywiście polska biżuteria, poza kilkoma odtwórczymi sieciówkami, to tylko sztuka ludowa i przedpotopowe zakłady jubilerskie?

„Młode, polskie marki są kreatywne, śledzą trendy i potrafią promować się w internecie. Inwestują w dobrej jakości zdjęcia, filmy oraz storytelling. Dbają również o kulturę swojej firmy - doskonale zdają sobie sprawę, że kontakt z klientem jest bardzo ważny.” - komentuje sytuację na rynku Agata Jankowiak z poświęconego biżuterii bloga Pica Pica.



Przed Wami pięć polskich brandów, wśród których nawet najwytrawniejsze sroki znajdą coś dla siebie. Oryginalnego, ponadczasowego i trwałego.

Anka Krystyniak
Pracom Anki Krystyniak z jednej strony blisko do krzykliwego, eklektycznego pop artu, z drugiej do pieczołowicie wykonywanych wiktoriańskich precjozów. To nieszablonowe połączenie czyni ją jedną z najciekawszych polskich projektantek biżuterii. Jednak po ukończeniu studiów na wydziale projektowania ubioru i biżuterii, Anka myślała, że zajmie się modą. Z czasem coraz częściej przyklejała nos do witryny z warszawskiej Desy, powoli grawitując w stronę błyskotek.
Niewątpliwie była to dobra decyzja, bo od czterech lat ze swojej autorskiej marki się utrzymuje. „Jako dzieciak zrobiłam swój pierwszy pierścionek, ulepiłam go z kawałka smoły, wygrzebanego gdzieś na osiedlu na którym mieszkałam, więc można powiedzieć, że biżuterią interesowałam się od zawsze” - śmieje się projektantka.
Biżuteria Anki Krystyniak to nie tylko ładne błyskotki, ale też fascynacja symbolami i nieustanna gra z konwencjami, którą można odbierać niemal jako długofalowy projekt artystyczny. Wystarczy zwrócić uwagę na nazwy niektórych projektów – choćby kolię z orłami o nazwie patriotyczny melanż, czy naszyjnik las krzyży – inspirowany czarną komedią Marka Koterskiego „Nic śmiesznego”. Projektantka odzyskuje dla swoich klientów zawłaszczone politycznie symbole w sposób tyle lekki, co zabawny.
Za wszystkimi jej pracami stoją konkretne inspiracje. Przypadkowości nie ma nawet w użyciu tak popularnego motywu jak usta - „współczesna popkultura uwielbia pełne wargi, nienaturalne i kuszące, biżuteria z ustami jest ich niesilikonową namiastką dla dziewczyn, które nie mają pełnych warg, ale nie mogą ich sobie nastrzyknąć, np. dlatego, że tak jak ja są uczulone na substancje używane podczas zabiegu” - tłumaczy pół żartem, pół serio Krystyniak.
Mieszkanie projektantki, które odwiedziliśmy, mieści się tuż obok jej pracowni na warszawskim Grochowie i nie zostawia wątpliwości, że w jej przypadku robienie biżuterii to prawdziwe powołanie.

„Kiedy wymyślam coś nowego, potrafię pracować od 7 do 23. Uwielbiam też projekty dla konkretnych osób – zapalam kadzidełka, włączam muzykę i myślę o pani Marysi dla której robię naszyjnik. Wierzę, że to jakiś rodzaj przekazywania drugiej osobie dobrej energii. Często dostaję np. telefony, że modyfikacja, którą wprowadziłam do danego projektu, idealnie trafia w czyjś gust, albo, że bransoletka zyskała dla kogoś status amuletu. Nie wyobrażam sobie siedzenia i robienia dwudziestu identycznych wisiorków dla anonimowych osób.” - opowiada Anka.
Jeśli macie srocze oko, pewnie widzieliście już jej charakterystyczną biżuterię w zestawieniach trendów czy edytorialach w prasie kobiecej, której jest ulubienicą. Jej projekty po prostu się zapamiętuje, jako że widać w nich nie tylko rzemieślniczy kunszt, ale i poczucie humoru autorki.
Anna Orska
Orska to papieżyca nowoczesnej, polskiej biżuterii. Pracowała dla marek takich, jak Deni Cler czy Swarovski Elements, o biżuterii napisała doktorat obroniony na ASP w Łodzi, a jej prace można było znaleźć m.in. w niemieckim „Vogue'u” czy w „Vogue Accesory”.
Co wyróżnia designerkę, która ma tak ugruntowaną pozycje na rodzimym rynku? Przede wszystkim włączanie do projektów niestandardowych elementów. Do tej pory spod ręki Orskiej wyszły błyskotki, w których wykorzystała m.in. liny żeglarskie, łodygi bambusa, mechanizmy zegarków czy ceramikę z kultowej fabryki w Bolesławcu.
Oprócz zamiłowania do inkorporowania do srebrnych naszyjników i bransolet ciał obcych, Orskiej zdarza się wyjść poza schemat w jeszcze jednej kwestii – to artystka, która lubi komentować swoimi pracami rzeczywistość.

Kolekcja Pills, która trafiła do sklepów rok temu w Walentynki, to biżuteria w kształcie tabletek, opatrzonych napisami takimi jak m.in.„love”, „hope” czy „smile”. Nie ciężko o interpretację tego przewrotnego pomysłu. W czasach suplementów uzupełniających wszelkie niedobory, brakuje nam już chyba tylko pastylek na brak uczucia czy wiary.

Dorobek Poznanianki jest na tyle imponujący, że nie ma chyba osoby, która w jej projektach nie znalazłaby czegoś dla siebie. Orska jest też najlepszym przykładem, że wizja artystyczna może iść w parze z komercyjnym sukcesem.

Agata Bieleń
„Mniej znaczy więcej”, cytat klasyka architektury Ludwiga van der Rohe'go, przypisywany często niesłusznie Coco Chanel, a nawet (o zgrozo!) Katarzynie Tusk, to fraza-wytrych, którą usta wycierali sobie nie raz i nie dwa styliści średnich lotów.

Dla Agaty Bieleń, absolwentki Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, minimalizm nie jest jednak kwestią koniunktury. To świadomy wybór artystyczny, któremu jest wierna, odkąd pięć lat temu stworzyła swoje pierwsze formy biżuteryjne, będące projektem zaliczeniowym na studia.
Biżuteria poznanianki powstaje ze srebra, stali szlachetnej, a od niedawna również ze złota. Jak każdy dobry minimalizm jest do pewnego stopnia transparentna stylistycznie – obroni się zarówno w codziennych, luźnych stylizacjach, jak i na eleganckie wyjścia, czy formalne spotkania.

Na stronie młodej (rocznik '89) artystki, możemy przeczytać, że punktem wyjścia jest dla niej zawsze linia, podstawowa jednostka geometrii, która „formowana w przestrzeni zmienia się w obiekt”. Mimo surowych kształtów i faktur, prace, które wychodzą spod ręki Agaty są bardzo delikatne i mimowolnie przyciągają wzrok dbałością o perfekcyjne wykończenie.

Łowców ciekawostek z pewnością zainteresuje, że Agata była jedną z nielicznych Polek sfotografowanych przez Scotta Schumanna, człowieka, który de facto stworzył fotografię mody ulicznej w jej obecnym kształcie.


Melancholia

Biżuteria, którą możemy dostrzec na polskich ulicach to w pierwszej kolejności banalna symbolika duplikowana w setkach tysięcy egzemplarzy przez jubilerskie sieciówki. Marka Melancholia idzie o trzy długości boiska dalej, wprowadzając zupełnie nowy sposób myślenia o biżuterii. Jej twórcy inspirują się pierwotnym – symbolicznym i magicznym - znaczeniem ozdób, a także filozofią.
Na pierwszy rzut oka hasłowo rzucone inspiracje duetu mogą wydawać się odrobinę pretensjonalnie, ale chwila poświęcona na zgłębienie opisów poszczególnych projektów wystarczy, by zrozumieć jak przemyślana są to koncepcje. Ze strony internetowej marki możemy dowiedzieć się m.in., że kształt dłoni od czasów prehistorycznych oznaczał samoświadomość człowieka i jego twórcze predyspozycje. A także, że jest on symbolem demiurgicznej kreacji, a w wielu kulturach również boskim atrybutem.
Zakładając którykolwiek z projektów Darii Malickiej i Macieja Wodniaka macie szansę poczuć na plecach mistyczny dreszcz, jaki musiał towarzyszyć kobietom przywdziewającym przed tysiącami lat magiczne talizmany. „To marka poza trendami. Strategia ich promocji jest bezkompromisowa - nie wykupują stron w gazetach, nie wysyłają biżuterii do wszystkich celebrytek. Dzięki temu się wyróżniają i sprawiają, że ich projekty są w pewien sposób elitarne.” - komentuje Agata z bloga PicaPica.

Swoją drogą nadawanie biżuterii symbolicznego zaplecza wydaje się być całkiem naturalne - pochodzące z greckiego słowo sýmbolon oznaczało pierwotnie niewielki przedmiot stanowiący znak umowy między dwoma osobami np.pierścień lub tabliczkę, często przełamywane na znak jej zawarcia.

AnimalKingdom
Jeśli zdarza się Wam zaglądać na targi z polską modą, prawdopodobnie kojarzycie AnimalKingdom. Ich stoiska zawsze oblegają tłumy kobiet przebierających ochoczo w przegródkach pełnych koralików, zapięć i zwierzątek.
Markę założyła pięć lat temu Dorota Kempko, absolwentka łódzkiej ASP, której pomysł był tyle banalny, co genialny – dać ludziom możliwość stworzenia własnych bransoletek w oparciu o dostępne elementy. Znakiem rozpoznawczym miały być sylwetki zwierząt, początkowo wykonywane z plastiku i mocowane do łańcuszków. Z roku na rok marka zyskiwała coraz większą popularność i stopniowo rozszerzała arsenał zwierzątek i materiałów.
Obecnie w kolekcji AnimalKingdom znajdziecie ponad 30 różnych zwierząt i kilkanaście modeli nie tylko bransoletek, ale też kolczyków, naszyjników i pierścionków. W tym między innymi delikatne bransoletki z kamieni szlachetnych, delikatne srebrne pierścionki i krótkie, limitowane kolekcje wypuszczane z okazji świąt Bożego Narodzenia czy Walentynek.

Ciężko to wytłumaczyć, ale noszenie biżuterii AnimalKingdom poprawia humor, niezależnie od tego, czy z nadgarstka strzeże nas alpaka czy kaczka. Być może chodzi po prostu o wprowadzenie elementu wesołego absurdu w szarą codzienność. Poważna pani prezes z pierścionkiem w kształcie konia? Dlaczego nie!

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...