Grupa naTemat

„Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”. Kuba Wojtaszczyk napisał książkę o hipsterach, prekariacie i polskości

Kuba Wojtaszczyk sam jest absolwentem nauk humanistycznych.
Kuba Wojtaszczyk sam jest absolwentem nauk humanistycznych. Fot. Kamila Kobierzyńska
Witold – głęboko wierzy w to, że jego matką jest księżna Diana. Weronika – szara, niepewna siebie doktorantka polonistyki, Adam i Evan – kwiaciarz i uznany artysta, którym wydaje się, że ich miłość coś znaczy. Poznań – miasto, w którym humaniści nie mają szans na karierę. Kuba Wojtaszczyk, kulturoznawca, absolwent gender studies, pisarz, autor książki „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć”. Głos 20-30 latków?

Prekariusze, czyli wykształceni i wykwalifikowani ludzie, którzy nie mogą znaleźć pracy adekwatnej do ich kompetencji. Humaniści i artyści, twórcy, którzy zmuszeni są pracować na umowach sieciowych, nie mają świadczeń zdrowotnych, nie odkładają na emeryturę. Kuba Wojtaszczyk opisał przedstawicieli poznańskiego prekariatu. Jakie są ich cechy wspólne? Autor wyjaśnia w rozmowie z naTemat.
Czy ta książka jest pana manifestem, czy raczej satyrą na prekariat?

„Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” na pewno nie jest manifestem i na pewno nie satyrą. Przedstawiam młodych ludzi w krzywym zwierciadle, ale to jednak cały czas jest zwierciadło, w którym odbijają się ich problemy. Poprzez czarny humor i groteskę próbuję dobitniej przedstawić temat prekariatu, który jest bliski moim rówieśnikom, ludziom 20-30 letnim, ale nie tylko; przecież prekarność nie pyta o wiek. Te mechanizmy służą mi do tego, żeby bardziej naświetlić problem, a nie po to, by go wyśmiać.

Polscy prekariusze są roszczeniowi? Czy powinni mieć prawo do walki o równe traktowanie na rynku pracy?

Prekariusze czują się obywatelami drugiej kategorii, półobywatelami, skoro, np. pracują na umowach śmieciowych i nie mogą mieć ubezpieczenia albo zarabiają za mało, żeby ubezpieczyć się na własną rękę. Państwo o nich nie dba, czują się przez nie porzuceni. To oznacza, że w naszym kraju, ale przecież nie tylko w nim, system działa źle. Prekariusze powinni domagać się praw, które państwo gwarantuje obywatelom z etatem.

Z którą postawą przedstawioną w „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” Pan się utożsamia? Z rewolucjonistą, czy może z obserwatorem?

Przyklaskuję rewolucji, ale na pewno nie takiej krwawej, prowadzonej ad hoc. Przyszli rewolucjoniści powinni mieć dobrego, mocnego lidera, który będzie ich przedstawicielem, bo przecież dobrze wiemy, że nie każdy może pełnić tę funkcję. To jest problem bohaterów mojej książki. Oni nie są w stanie znaleźć osoby, która potrafi poprowadzić ich na barykady. Każda kolejna robi to nieudolnie, a niektóre nawet kierują się egoistycznymi pobudkami. Jestem, jak najbardziej za manifestowaniem własnych praw, jednak powinno to odbywać się na drodze pokojowej.
Pan kpi ze swoich bohaterów, prawda? Czy są oni stereotypowymi hipsterami?

Trochę pokpiwam, trochę też puszczam oko do czytelnika. Jednak sądzę, że moi bohaterowie nie są stereotypowymi hipsterami. OK, Adam i Evan być może tak, przynajmniej wizualnie. Pewnie nawet sami hipsterzy, poproszeni o wskazanie przedstawiciela ich grupy, wskazaliby któregoś z nich. Jednak już Weronika i Witold hipsterami nie są. Mało tego, Witold znajduje się pomiędzy rzeczywistością a światem, do którego aspiruje. Myśli bowiem, że jest porzuconym w polskim zbożu w latach 80. potomkiem brytyjskiej rodziny królewskiej.

W książce Weronika powiedziała, że Witold jest „nieustannie kraczącym krukiem zapowiadającym śmierć i inne plagi tego świata”. Czy on faktycznie pełni funkcję lynchowskiej postaci wieszczącej złe wydarzenia?

Witold jest stuprocentowym egoistą, który chce prowadzić prekariuszy na barykady, ponieważ myśli, że tak zachowuje się prawdziwa błękitna krew. Witek nie rozumie problemów osób, którym chce przewodzić, zresztą – mało go one interesują. Wspomniany egoizm i brak umiejętności sprawiają, że niszczy wszystko to, co napotka na swojej drodze. Z tych względów Weronika może mieć rację, nazywając Witolda czarnym krukiem. W tym wypadku Lynch jest tu zasadnym nawiązaniem.

Ale czytelnik może odnieść wrażenie, że po prostu jest chory psychicznie. Czy może to jego oderwanie od rzeczywistości jest bardziej symboliczne?

Interpretację pozostawiam czytelnikom. Przyczynkiem do powstania Witolda było moje uwielbienie dla serialu „Dwonton Abbey”, a dokładnie do jego bohaterów z wyższych pięter rezydencji, czyli brytyjskiej szlachty. Pomyślałem, że ciekawie byłoby skonfrontować, stworzone przez serial, cechy tej grupy z naszym polskim grajdołkiem. Do tego dodałem zamiłowanie do antybohaterów, dlatego też Witold nastawiony jest nacjonalistycznie, zachęca do kontroli urodzeń itd. Z drugiej strony mój bohater posiada też cechy, których mu zazdroszczę, jak np. możliwość zupełnego odcięcia się od rzeczywistości.
Mam wrażenie, że pozostali bohaterowie też nie znają świata rzeczywistego. Jedna z nich, Ela, kiedy Weronika próbuje nastawić jej złamaną nogę, komentuje, że w serialu „Chirurdzy” robili to sprawniej. Albo widać to też w scenie, w której rewolucjoniści krzyczą do policjantów, że wiedzą, jak skończy się interwencja policji, bo przecież wszyscy oglądają filmy. Jakby fikcja była bardziej realna niż doświadczenie. 

To ciekawe, co pani mówi. Być może moi bohaterowie są zamknięci w tych wykreowanych przez media światach, ponieważ zwyczajnie do nich aspirują, skoro ich rzeczywistość nie zaspakaja nawet podstawowych potrzeb. Mają na siebie pomysł, jednak system nie pozwala tych pragnień zrealizować. Dlatego popadają głębiej i głębiej w popkulturowe projekcje. Poza tym to też cecha ludzi urodzonych w latach 90. – wtedy, chłonąc napływ produkcji z Zachodu, marzyliśmy przecież, by być, np. jednym z przyjaciół z „Beverly Hills, 90210”. Patrzymy na Zachód, wierząc, że jest tam lepiej.

W pańskiej powieści występuje wątek pogardy polskości. Nie tylko Witold uważa, że lepiej być „książęcym bękartem niż Polakiem”, ale każdy bohater ma chyba przeświadczenie, że Polska to grajdół, z którego trzeba uciekać. 

Zdecydowanie tak jest. Moi bohaterowie są zmęczeni, sfrustrowani własną prekarnością. Chcą zmiany, chcą odetchnąć, dlatego też wydają nieprzemyślane sądy. Przecież na Zachodzie prekariat wygląda bardzo podobnie do naszego. Wykazują się zatem dużą ignorancją. Podobnie, gdy myślą o Warszawie, jako o „ziemi obiecanej”. Stolica poniekąd mami ich fajnymi, modnymi miejscami, w których na pewno chcieliby pracować. A przecież w Warszawie umowy śmieciowe są tak samo na porządku dziennym, jak w Poznaniu.
Dlaczego akcja dzieje się w Poznaniu?

Studiowałem w Poznaniu, co sprawiło, że mogłem z łatwością oddać klimat miasta, jego specyfikę. Obserwowałem moich rówieśników, jak próbują zrobić karierę w tym, de facto niewielkim, mieście, jak prześcigają się w aplikowaniu na te same stanowiska. Poza tym pisałem „Kiedy zdarza się przemoc, lubię patrzeć” z myślą o atmosferze, która panowała w Poznaniu za rządów poprzedniego prezydenta tego miasta. Obecnie czuć większy oddech, co nie znaczy, że niweluje to prekariat i poczucie porażki z niego wynikające.

Wydaje mi się, że wśród studiujących w Poznaniu, coraz częściej pokutuje myślenie, że po obronie dyplomu i tak z tego miasta wyjadą; czy to do Warszawy, Krakowa czy Berlina. Takie myślenie jest bardzo inspirujące i niestety prawdziwe. Podobnie sprawa ma się z wyborem studiów humanistycznych – już na pierwszym roku mówimy sobie, że i tak nie będziemy mieli pracy. Zatem: dlaczego zaczęliśmy dany kierunek?

Pomówmy o przemocy. Wydaje mi się, że w pana książce podkreślana jest poprzez fikcyjne artykuły z „Głosu Wielkopolskiego”. Spłaszczone i tabloidowe relacje z awantur z policją i z morderstw. Bardzo dobrze pokazał pan to, jak prasa nakręca upodobanie ludzi do przemocy.

Użycie „Głosu Wielkopolskiego” miało na celu jeszcze mocniejsze osadzenie w lokalności. Ten periodyk z tabloidem ma niewiele wspólnego. Jednak faktycznie jest tak, jak pani mówi, że prasa nakręca czytelników, zachęca do szukania sensacji za wszelką cenę. Bardzo chętnie śledzimy takie medialne krwawe telenowele, jak te, w których główne role odgrywali, chociażby Ewa Tylman, a ostatnio – Kajetan Poznański. W obu przypadkach prawdziwy dramat przerodził się w spektakl.
To też powoduje tę znieczulicę widoczną u pana bohaterów. Trudno im przejąć się śmiercią, zapłakać na pogrzebie przyjaciela.

W powieści przemoc i śmierć działa dwutorowo. Z jednej strony moi bohaterowie nie odbierają tragedii tak, jak oczekuje tego społeczeństwo. Gdy mają do czynienia z przemocą lub ze śmiercią, orientują się, że ta styczność ich oczyszcza, co więcej – staje się katalizatorem zmian, zachętą do kolejnej akcji. Z drugiej strony moi bohaterowie wierzą, że prekarność jest tą tytułową przemocą, stosowaną przez system, a nieme przyzwolenie na wyzysk salariatu to fascynacja podglądania.

Napisz do autorki:barbara.kaczmarczyk@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
KsiążkiSpołeczeństwo
Skomentuj