Millenialsom znudził się seks, wolą przyjaźń. Drugie życie Tindera

YouTube/ Tinderella: A Modern Fairy Tale
Nie tłumaczcie się. W końcu wszyscy kiedyś go używaliśmy. Szukaliśmy seksu, szukaliśmy miłości, zabijaliśmy nudę, karmiliśmy wiecznie głodne ego. A gdyby tak porzucić romantyczne marzenia i erotyczne fantazje? Znudzeni randkami i zawiedzeni związkami millenialsi coraz częściej szukają na Tinderze znajomych. Lub po prostu ich znajdują.

Nie ma się co oszukiwać, że jesteśmy kulturą otwartości i łatwego nawiązywania kontaktów. Na palcach jednej ręki (konkretnie dwóch) mogę policzyć, ile razy zostałam zagadnięta przez obcą osobę, która (to ważna zmienna) nie była pod wpływem. Z odsieczą w poszukiwaniu nowych znajomych coraz częściej przychodzi właśnie Tinder. Oficjalnie jest co prawda aplikacją randkową, jednak sposób jego używania nie wyklucza nawiązywania kontaktów innego typu, co odkrywamy ze sporym opóźnieniem. Oprócz szukających na Tinderze przyjaciół rośnie grupa, dla której znajomi poznani za pośrednictwem aplikacji są produktem ubocznym poszukiwania partnera. Randki były udane, ale zabrakło 'tego czegoś'. Kontakt mają do dziś.



Dlaczego on?
Małe wprowadzenie dla wszystkich niewtajemniczonych. Tinder (z angielskiego krzesiwo) to randkowa aplikacja mobilna, która powstała w 2012 roku i początkowo, podobnie jak Facebook, była dostępna jedynie na kilku amerykańskich kampusach. Czym różniła się od innych aplikacji tego typu i dlaczego zdobyła popularność?

Przede wszystkim Tinder ma walor zabawy – jednym ruchem kciuka przesuwamy zdjęcia potencjalnych kandydatów akceptując ich znakiem serduszka lub odrzucając poprzez kliknięcie 'x'. Nawet powrót do przeglądania zdjęć jest tu wyrażony przyciskiem 'graj dalej'.
Jak odtruwające jest takie podejście, wiedzą wszyscy Ci, którzy kiedykolwiek próbowali korzystać z tradycyjnych portali randkowych. Na lwiej części z nich użytkownik musi wypełnić szereg kwestionariuszy zawierających pytania z rodzaju 'ile potomstwa chcesz posiadać' czy 'jaki masz stosunek do małżeństwa'. Z takim preludium potencjalna randka zamiast lekkiej rozrywki zaczyna zalatywać na kilometr polowaniem na współmałżonka. A kto z nas chciałby myśleć o sobie jako o desperacie?

Skoro to tylko zabawa, uczestnictwo w niej nie świadczy o porażce, którą dla wielu osób jest niemożność znalezienia partnera w realu. Tinder jest aplikacją, o której rozmawia się ze znajomymi, w przeciwieństwie do portali randkowych uchodzących w niektórych kręgach za smutny akt desperacji.

Co więcej na Tinderze są dosłownie wszyscy. Pełen przekrój społeczny, majątkowy i wiekowy. Z aplikacji korzystają dyrektorzy banków i absolwenci ASP, lekarze po 40-stce i młodzi inżynierowie, kreatywni z agencji reklamowych, licealistki i raperzy.
Inna cecha, która sprawiła, że Tinder stał się tak popularny (pod koniec 2014 roku używało go bagatela 50 milionów osób) to minimalizacja lęku przed odrzuceniem – prawdziwej zmory użytkowników portali randkowych. Z większą otwartością podchodzimy do znajomości, jeśli wiemy, że zainteresowanie jest obustronne, a Tinder łączy nas tylko z osobami, które dały nam serduszko.

Przymus pisania
30-letnia Olga, tłumaczka freelancerka, o swoich początkach na Tinderze mówi następująco – Tak, byłam wtedy sama, ale nie do końca szukałam faceta. Może to wydawać się dziwne, ale mam imperatyw ciągłego komunikowania się ze światem, na messengerze jestem aktywna 15 h na dobę, nie ma mnie właściwie tylko, kiedy śpię.

Trudno się dziwić, że Tinder był dla mnie jak plac zabaw – tyle nowych osób do rozmowy. To nieprawda, że każdą kobietę czekają tu niedwuznaczne zaproszenia i wulgarne wiadomości. Owszem zdarzały się propozycje seksu „na dzień dobry”, ale sformułowane kulturalnie i przedstawione jako jasny układ. Mimo że spędzałam mnóstwo czasu na Tinderze, na randkę umówiłam się tylko raz i to nawet nie z kolesiem, z którym dużo pisałam.

Traktowałam te konwersacje tak, jak ludzie traktują oglądanie seriali czy granie w gry – miła forma spędzania wolnego czasu. Moi znajomi dziwili się tej rozrywce, ale przecież jeszcze 20 lat temu posiadanie korespondencyjnych przyjaciół było na porządku dziennym. Pamiętam, że w „Filipince”, którą czytałam, kiedy byłam nastolatką, była nawet specjalna rubryka za pośrednictwem której można było znaleźć koleżanki.
Po kilku miesiącach używania aplikacji Olga nie szukała już nowych par, miała około 10 stałych rozmówców. – Z trojgiem z nich nadal utrzymuję kontakt, ale teraz piszemy na Facebooku. To szczere relacje, być może właśnie dlatego, że nie widzieliśmy się nigdy na żywo, nie poznaliśmy w określonym kontekście, nie łączą nas układy, ani interesy – kontynuuje swoją opowieść tłumaczka.

Rozmowa online daje oczywiście możliwość kreacji, jeśli komuś chce się w to bawić, ale dla mnie to przede wszystkim okazja do opowiedzenia pewnych zdarzeń jeszcze raz. Przyjrzenia się im pod nowym kątem. Poza tym ja naprawdę lubię rozmawiać z ludźmi. Dlaczego nie mam Tindera teraz? Mam chłopaka, jesteśmy razem od roku, wiem, że jemu by to przeszkadzało.

Wierny słuchacz
Tomek, 41 lat, pracuje w branży finansowej, z Tindera zaczął korzystać ponad pół roku temu, kiedy rozstał się z dziewczyną. Nie była to typowa odskocznia polegająca na szukaniu przygodnego seksu. Chciał raczej zająć sobie wieczory, porozmawiać na luzie z kimś, kto nie będzie nawiązywać do zerwania, pytać go jak się czuje.

Tak poznał 26-letnią Gosię, absolwentkę resocjalizacji z którą połączyło go surrealistyczne poczucie humoru. Byli na kilku piwach, raz nawet poszedł z nią i z jej znajomymi na karaoke. Co prawda widział, że się jej podoba, ale nie bardzo miał ochotę na jakąkolwiek romantyczną relację, a jeszcze mniej na seks z praktycznie nieznaną dziewczyną. Dużo słuchał. Po dwóch miesiącach sporadycznych spotkań i szczerych zwierzeń Gosia korzystając z porad Tomka znalazła chłopaka. Oczywiście za pośrednictwem Tindera.
41-latek mówi, że nie było mu przykro. Widują się od czasu do czasu, trochę tylko peszy go przywiązanie i wdzięczność Gosi, która utrzymuje, że nigdy wcześniej przed nikim się tak nie otworzyła.
Tomek umawia się też z dziewczynami z Tindera na imprezy techno, jako że wśród znajomych coraz ciężej znaleźć mu amatorów dzikich balang.
– Nie należy pokładać w tym typie zawierania znajomości szczególnych nadziei, ciężko znaleźć prawdziwych przyjaciół i nie oszukujmy się, z wiekiem robi się to coraz trudniejsze. Na pewno trzeba być ciekawym ludzi i ich historii – komentuje swoją przygodę z aplikacją.

Analog czy cyfra?
Podobnie jak Marek, bo po rozstaniu z dziewczyną, na Tindera trafiła 25-letnia Aśka, z wykształcenia fizyczka. Myślała, że aplikacja będzie plastrem na złamane serce, jednak jakoś nie potrafiła szukać kandydatki na nową miłość prowadząc systematyczny odsiew.

Aśka przeciwstawia się idei Tindera jako sklepu z ludźmi, gdzie liczy się atrakcyjne opakowanie. Uważnie przegląda profile i daje szanse (w postaci serduszka) prawie wszystkim. Wyjątek stanowią osoby, które na wstępie proponują seks/trójkąty, albo mają półnagie zdjęcia. Na Tinderze póki co miłości nie spotkała, ale poznała tu jedną ze swoich bliższych przyjaciółek. Obie mają bzika na punkcie zdrowego odżywiania i biegania, razem chodzą na siłownię.
Co ciekawe, jeszcze kilka lat temu 25-latka była przeciwniczką poznawania ludzi przez internet, bardziej pro forma niż z jakichś konkretnych pobudek. – Ludzie mają tendencję do idealizowania analogowego świata – komentuje. W pewnym momencie uświadomiła sobie, że sieć jest dla współczesnego człowieka równoprawnym miejscem spotkań, co tzw.real i postanowiła nie odbierać sobie szansy.

– Bądź sobą i bądź odważny. To normalna forma poznawania ludzi, dokładnie to samo robisz stojąc w klubie przy barze. Skanujesz otoczenie i jak złapiesz czyjeś spojrzenie podchodzisz i zagadujesz, albo i nie, nie musi to być romans życia, albo znajomość na lata. Tak samo jest na Tinderze. Przeglądasz, rzucasz spojrzenia, czasem kogoś ciekawego poznajesz – komentuje Aśka.

Wykorzystaj ją
Inną receptą na używanie aplikacji jest jej skrajne funkcjonalność. Słowem – korzystasz z Tindera nie długofalowo, ale po prostu kiedy brakuje ci towarzystwa. Bartek, 31-letni barista z Warszawy zawiódł się na romansach z internetu. Teraz używa apki głównie, kiedy jeździ na snowboard, czy kiedy odwiedza inne miasto. W tym roku był w Zakopanem, a dzięki aplikacji miał z kim pogadać na wyciągu i wyjść wieczorem.

Niegdyś zapalona tinderowiczka, Edyta, dwa lata temu poznała online obecnego narzeczonego. Kiedy w styczniu na nartach w Austrii złamała nogę nie zastanawiała się długo i odpaliła aplikację. Na Tinderze znalazła inną ofiarę białego szaleństwa z którą spędziła tydzień w jednej z miejscowych knajp. Jak mówi, samej byłoby jej głupio okupować stolik całe dnie i pewnie siedziałaby w pokoju.

Z kolei Witkowi, studentowi europeistyki na UW, zdarzyło się zajmować sobie w ten sposób okienka na uczelni czy popołudnia – Do Tindera podchodziłem od początku przede wszystkim z zamysłem poznania ciekawych osób. Chciałem poszerzyć swoje spojrzenie. Jeżeli miałoby się coś z tego urodzić coś uczuciowego to bardziej przy okazji. Nie szukam tu drugiej połówki – komentuje 24-latek.
Okrężną drogą
Alicja ma 21 lat i studiuje germanistykę, niedawno wyprowadziła się od rodziców i zamieszkała z chłopakiem poznanym na Tinderze, jednak kiedy spotkali się w lipcu, nic nie wskazywało na to, że będą parą. Umówili się nad Wisłą i gadali do rana, ale Alicja wspomina, że nie było między nimi żadnej chemii.

Mimo wszystko chciała utrzymać tę znajomość, głównie dlatego, że mieszkała daleko od Centrum i miała niewielu znajomych w okolicy, a czasem po prostu nie chciało jej się nigdzie jeździć. Po pierwszej randce zaczęli spotykać się, ale jako znajomi z sąsiedztwa, a 21-latka dalej korzystała z Tindera i czasem chodziła na randki.

– Spisałam go na straty bo uznałam, że pewnie mu się po prostu nie podobam. Zresztą wtedy i vice versa. To bardzo długo była luźna, przyjacielska znajomość – komentuje. I dodaje – Staliśmy się parą dość naturalnie, może trochę z przyzwyczajenia do siebie, nikt nikogo nie zmuszał do spotykania się z drugim i nikt nikogo nie podrywał, po prostu samo poszło w tę stronę.

Tabela wzorów
Rosnąca liczba przypadkowych przyjaźni z Tindera, wskazuje, że wbrew temu, co może się wydawać, nie dążymy za wszelką cenę do jak najszybszego zaspokojenia swoich potrzeb emocjonalnych, ale powoli otwieramy się na wymianę myśli i doświadczeń online. Na co dzień nie rozpatrujemy przecież dopiero co spotkanych kobiet/mężczyzn jako kandydatów na przyszłych partnerów.

Kontakt z drugim człowiekiem to nie walka o awans w Mordorze. Focusowanie się na określony target i cel nie jest dobrą metodą. Co prawda możemy połączyć się w 'parę' w ułamku sekundy, ale przekucie matcha w realną znajomość (o związku nie wspominając) wymaga czasu, otwartości i umiejętności słuchania. Jeśli mamy te trzy rzeczy, na Tinderze możemy zaspokoić wszystkie swoje potrzeby – towarzyskie, emocjonalne i seksualne.

Tak, Tinder to sklep z ludźmi, jednak zamiast oburzać się i wznosić oczy do nieba, tym samym odbierając sobie szanse na przyjaźń czy miłość, lepiej nauczyć się z niego mądrze korzystać. Sami wybieramy podejście do zakupów. Możemy nawrzucać do koszyka mrożonek w kolorowych pudełkach, gotowych do konsumpcji w kilka minut i oczekiwać wykwintnej kolacji, albo czytać składy, rozważać wybory i uważnie planować naszą dietę.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...