Zamiast dokładać, zacznij odejmować - o życiowym minimalizmie opowiada Anna Mularczyk-Meyer

Fot. Andrey Savin / 123rf
Zaatakowały mnie. Pewnego poranka po prostu się na mnie rzuciły. Zimowe swetry, szaliki, sukienki – wypadły dziką hordą z szafy i brutalnie wzięły w posiadanie niemały kawałek podłogi. Atak o tyle niespodziewany, co perfidny, bo nastąpił dokładnie w momencie, w którym zamierzałam ruszyć z wiosennymi porządkami. Patrząc na górę ciuchów, mogłabym przysiąc, że znaczna cześć z nich to siły najemne. Apaszka z kotem? Brokatowe szelki? Ja to kupiłam? Internet śpieszy z odpowiedzią: „Tak, głupia, to wszystko twoje” - czytam na stronach poświęconych minimalizmowi, których autorzy opisują incydenty, kropka w kropkę jak ten, w którym mimowolnie uczestniczyłam. Na szczęście podają również recepty, jak swoje życie „odgruzować”.

Jedną z osób, która z sukcesem stawiła czoła zaśmiecającym życie dobrom doczesnym jest Anna Mularczyk-Meyer, blogerka i autorka książek „Minimalizm po polsku” oraz „Minimalizm dla zaawansowanych”. Podtytuł pierwszej pozycji brzmi: „Jak uczynić życie prostszym?” i właśnie tego chciałam się dowiedzieć. I może jeszcze tego, ile dokładnie rzeczy będę musiała wyrzucić, żeby móc nosić zaszczytne miano „minimalistki”. Okazało się, że nie tędy droga. – Pani koledzy po fachu z uporem maniaka piszą, że minimaliści nic nie robią tylko liczą rzeczy, żeby mieć ich mniej niż te 100 czy 150 – zżyma się Mularczyk-Meyer i tłumaczy, dlaczego wielkie porządki zaczynają się w głowie, a nie w szafie.
Ile ma Pani par butów?

A czemu Pani o to pyta?

Bo to pierwsza rzecz, która przychodzi mi na myśl, kiedy myślę o pozbywaniu się nadmiaru rzeczy.

Rozumiem tok myślenia, choć to bardzo stereotypowe podejście. Oczywiście, wiele osób, które interesują się minimalizmem na pewnym etapie pozbywa się zbędnych rzeczy. Prawdą jest, że większość z nas gromadzi ich zbyt wiele, niezależnie od stanu portfela. Czy jesteśmy biedniejsi, czy bogatsi, mamy dużo przedmiotów - takie są trendy konsumenckie i tak nas kształtuje współczesny świat. Owszem, kiedy stwierdzamy nadmiar fizyczny – zaczynamy pozbywać się rzeczy, ale dla mnie liczenie butów i zastanawianie się, ile mam par nie jest ciekawym zajęciem.

Kiedy stwierdziła Pani, że nadmiar rzeczywiście przeszkadza i można by się tych nadprogramowych rzeczy pozbyć?

Zaczęłam sześć lat temu. Pracowałam na etacie, miałam przyzwoite zarobki. Jak wiele osób większe stresy i drobne nieprzyjemności rekompensowałam sobie zakupami. Kupować lubiłam – uważałam to za przyjemny sposób spędzania wolnego czasu, więc siłą rzeczy nie były to przemyślane zakupy.


Co najczęściej Pani kupowała?

Jak to w przypadku kobiet bywa, gromadziłam ubrania, kosmetyki, wspomniane obuwie, wyposażenie domu, gadżety, książki i wiele innych. Siłą rzeczy potrzebowałam coraz więcej pracować, żeby mieć coraz jeszcze więcej środków na zakupy. W efekcie byłam niezwykle zestresowana i zagoniona. W pewnym momencie zaczęło mi to bardzo przeszkadzać i dało powód do zastanowienia się nad sobą. Wtedy zaczęłam szukać rozwiązania problemu tego ciągłego braku czasu, nadmiaru stresu i zmęczenia.
Zaczęłam szukać informacji w internecie i trafiłam na blog Amerykanina Leo Babauta. W kontekście minimalizmu to jedno z najbardziej znanych nazwisk na świecie. Babauta pyta czy zamiast próbować na nowo organizować rzeczy, które nas zawalają, nie lepiej po prostu pozbyć się tych, których nie potrzebujemy. Jeżeli mamy za mało czasu, wydajemy za dużo pieniędzy, a długi rosną to może trzeba zmienić nawyki konsumpcyjne, przestać bezrefleksyjnie kupować. Jego podejście było zupełnie inne od tego, co widziałam w swoim otoczeniu i od przekazu, jaki płynął z telewizji czy gazet. Zaczęłam się więc zastanawiać, czy ten facet rzeczywiście nie ma racji i co mogę zrobić, żeby ten stan się nie pogłębiał.

Większość z nas pewnie ze smutku zaczęło kupować jeszcze więcej, brać na siebie jeszcze więcej obowiązków…

Jestem pewna co do jednego - mam jedno życie i nie chcę go przeżyć byle jak, w stresie, biegając z kąta w kąt, zażywając coraz silniejsze tabletki na depresję. Wiedziałam, że chcę zrobić coś, żeby żyć dobrze. Nie byłam wtedy w stanie powiedzieć, jak głębokie będą to zmiany, nie wybiegałam aż tak bardzo do przodu. Widziałam natomiast nadmiar rzeczy i zwalone nimi mieszkanie. Doskwierał mi brak czasu na robienie tego, co sprawia mi przyjemność bo tak naprawdę wystarczyło go tylko na pracę i sen. Stwierdziłam, że takie życie mnie nie interesuje. Nie wiedziałam, czy uda mi się przejść od takiego stanu do innego, który będzie mnie zadowalał, ale stwierdziłam, że jedyne, co mogę zrobić, to na początek ogarnąć ten fizyczny chaos, a co z tego wyjdzie, to się potem okaże.

To ile na ten początek wyleciało worków z rzeczami?

Standardowo, jak wiele kobiet, zaczynałam od ciuchów. Wiadomo, już wcześniej robiłam jakieś tam przeglądy, tylko potem zawsze wracałam do kupowania. Wtedy jednak po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się, co zrobić, żeby tego błędu nie powtórzyć. Jednym z dość istotnych etapów było pozbycie się książek. Miałam ich bardzo dużo, trzymałam właściwie wszystko, co kiedykolwiek przeczytałam albo miałam zamiar przeczytać. Pozbywanie się książek jest bardzo trudne. Znam wielu takich, którzy w ogóle nie są w stanie tego zrobić, ale mi się udało.

Zamknęła Pani oczy i naraz wszystkie zgarnęła do pudeł?

Oczywiście, że nie. Robiłam to na raty. Z resztą wszystkie zmiany, które podejmowałam, były bardzo powolne. Nie było tak, że pewnego dnia wystawiłam trzy czwarte swoich rzeczy na zewnątrz. Robiłam to stopniowo, kiedy miałam czas. Jednego dnia porządkowałam książki, innym razem jakieś szpargały, papiery, potem opróżniłam piwnicę, później przyszedł czas na kuchnię.

Wyrobionych nawyków nie da się ich zmienić w ciągu pięciu minut. Zdarzały mi się też drobne potknięcia. Nie od razu byłam w stanie odróżniać rzeczy potrzebne od niepotrzebnych. Był też etap trzymania różnych rzeczy na zapas, zastanawiania się, czy może nie zmienię co do nich zdania. Jednak w miarę postępowania tego procesu, którego początkowy etap trwał jakiś rok, dwa, stabilizowały się również te moje nieracjonalne zachowania: nieprzemyślane zakupy, ciągłe bieganie z kąta w kat i zastanawianie się, co by tu jeszcze zrobić? Może podjąć się jakiegoś nowego zajęcia? Może zapisać na kolejny kurs? Zamiast ciągle czegoś sobie dokładać, zaczęłam odejmować i więcej czasu poświęcać na refleksję, zadawanie pytań. Czy moje życie w tym momencie mnie zadowala? A jeśli coś mi przeszkadza - to co to jest i czy mogę to zmienić?
Jakimi kryteriami kierowała się Pani pozbywając się rzeczy?

Przede wszystkim zastanawiałam się, czy pamiętam kiedy ostatni raz danej rzeczy używałam. Nierzadko zdarzały się takie, których nie używałam nigdy. Kolejne pytanie: jakie jest prawdopodobieństwo, że będę faktycznie tego przedmiotu w przyszłości potrzebowała? Może znam kogoś, komu on mógłby się przydać bardziej. Następne: czy danego przedmiotu nie mam w kilku wersjach i czy te duplikaty na pewno są mi potrzebne? No bo ileż można mieć filiżanek i kubków na kawę?

Teoretycznie wystarczy jeden.

No tak, ale przecież czasem przychodzą goście, czasem trzeba pozmywać… Można to oszacować. Dużo na ten temat rozmawiałam z moim partnerem. Wciągałam go w proces decyzyjny, nawet kiedy chodziło o moje osobiste rzeczy. Drugiej osobie jest czasem łatwiej dostrzec, na przykład, że mamy za dużo torebek. Ja sobie mogę mówić, że wszystkie lubię i wszystkie są mi potrzebne, a on powie, że zwykle i tak widzi mnie z jedną czy góra dwoma. Angażowanie bliskich w ten proces jest dobre, bo pomaga nabrać dystansu. Inni wyraźniej widzą nasze obsesje czy przyzwyczajenia, które my z czasem przestajemy zauważać.

Czy rola partnera ograniczała się tylko do konsultacji czy też próbowała pani go na minimalizm „przechrzcić”?

Nie, jestem stanowczym wrogiem wciągania innych osób w cokolwiek na siłę.

Wyobrażam sobie, że to musi być trudne, kiedy jedna osoba masowo pozbywa się nadmiaru rzeczy, a druga – nadal gromadzi.

Jesteśmy ludźmi, którzy się nawzajem szanują i dają sobie dużo wolności. W mieszkaniu mamy wyznaczone swoje strefy przechowywania osobistych rzeczy. Każdy ma swoją przestrzeń, w której musi się zmieścić. Nie jest wiec moją sprawą, co partner robi ze swoją przestrzenią, tak samo jak on nie wnika szczególnie w to, co ja robię ze swoją szafką czy szufladą.

Mój partner może nie jest urodzonym minimalistą, ale nauczył mnie ważnej rzeczy: zwracania większej uwagi na jakość. Wcześniej myślałam, że brak jakości można zastąpić ilością, a tak nie jest. Tak więc nie, nie próbowałam przeciągać go na swoją stronę, tym bardziej, że ja w ogóle unikam traktowania minimalizmu jako filozofii. Nie uważam go nawet za styl życia.

To czym jest dla Pani minimalizm?

Narzędziem. Sposobem myślenia. Czymś, co można zastosować w każdej dziedzinie życia, czasem nawet w zupełnie nieoczywistych jego obszarach. W każdym razie na pewno nie jest to filozofią i stylem życia. Znam wiele osób używających tego narzędzia świadomie, o których trudno byłoby powiedzieć, że praktykują jakiś wspólny model życia. To, że przykładamy większą wagę do tego, żeby w świecie panowała jakość i porządek, to nie znaczy, że wszyscy żyjemy tak samo.
Wyobrażam sobie, że żyjecie oszczędniej, w tym prozaicznym, finansowym wymiarze?

Oczywiście. Parę lat temu byłam osobą dość mocno zadłużoną, więc stosowanie minimalizmu przełożyło się na mój komfort finansowy. Wcześniej dokonywałam nieracjonalnych zakupów i żyłam ponad stan, ponad swoje możliwości finansowe. Korzystałam z różnych narzędzi kredytowych. Świadome podchodzenie do konsumpcji oraz do tego, jak się chcę spędzać swój czas, przyglądanie się temu, ile miejsca zajmuje w moim życiu praca, ile odpoczynek, szukanie lepszych sposobów wykorzystania tego, co już się mam - to wszystko spowodowało, że finanse też się uspokoiły. Teraz przywiązuję większą wagę do jakości więc zdarza się, że kupuję rzeczy droższe, bo jakość jednak bywa związana z ceną. Dzięki temu jednak kupuję rzadziej i w mniejszych ilościach. Unikam dublowania przedmiotów już posiadanych.

Skoro zakupy przez tak długi czas stanowiły istotną część Pani życia, trzeba ją było czymś zapełnić...

Naturalną konsekwencją tego podejścia jest to, że człowiek dochodzi do wniosku, że woli przeżywać i kolekcjonować wspomnienia. Może niezbyt dobrze to zabrzmiało. Inaczej: stawia przeżycia ponad posiadanie. Nie znaczy to, że nie posiadam i że rezygnuje z rzeczy w ogóle. Mając jednak do wyboru kupić niekoniecznie potrzebny nowy sprzęt elektroniczny, niewiele różniący się od tego, który już posiadam, zaczynam oszczędzać na jakąś podróż, albo koncert. Często zadaję sobie pytanie, czy pieniędzy na jakiś zakup materialny nie mogłabym wydać na to, żeby coś miłego przeżyć.

Podróże czy koncerty to również swego rodzaju zachcianki, a wiele osób pewnie kojarzy minimalizm z ascezą, życiem o chlebie i wodzie.

W zachciankach nie ma nic złego. Zły jest brak świadomości tego, czym jest zachcianka, a czym jest potrzeba. Zachcianka, w sytuacji kiedy mamy pełną możliwość jej zrealizowania, bez zbędnych poświęceń i robienia komukolwiek, czy samemu sobie, krzywdy nie jest niczym niewłaściwym. Często jednak spotykam osoby, które wmawiając sobie, że ich zachcianki to potrzeby stają się bardzo nieszczęśliwe, kiedy w danym momencie danej zachcianki nie są w stanie zrealizować. W efekcie popadają w depresję, czy stan wielkiego smutku, bo chcą coś mieć „tu i teraz”, a nie mają na to środków.

Dla mnie w całym tym mówieniu o minimalizmie najczęściej brakuje podkreślania tego, że chodzi przede wszystkim o to, aby żyć świadomie. Nauczyć się odróżniać zachcianki od potrzeb to jedno, ale przede wszystkim trzeba być świadomym konsekwencji swoich czynów i wiedzieć, dlaczego podejmujemy takie, a nie inne decyzje. Nie ma dla mnie wielkiego znaczenia, czy ktoś nazwie mnie minimalistką czy nie, czy ten minimalizm jest mi potrzebny, czy nie. Dla mnie liczy się, że żyję świadomie i że dzięki temu uważam się za osobę bardzo szczęśliwą.

Jak na taką, dość znaczną, zmianę stylu życia zareagowało otoczenie?

Bardzo pozytywnie. Przez te wszystkie lata, czy to spotykając się z czytelnikami na wieczorach autorskich, czy w mailach od osób czytających bloga, czy też obserwując moje najbliższe otoczenie - rodzinę, przyjaciół, nie spotkałam się chyba jeszcze z negatywną reakcją. Może ktoś tam komentuje za plecami, ale to nie ma dla mnie większego znaczenia. Wiele osób natomiast mówi mi, że z jest zmęczonych swoim obecnym stylem życia, tym ciągłym dążeniem do tego aby robić jak najwięcej i mieć jak najwięcej. Chcą żyć spokojniej, odwrócić się od tego szaleństwa mając w pamięci nie tak znowu odległe czasy PRL-u, kiedy żyło się zupełnie inaczej.

Wtedy wszyscy byliśmy minimalistami.

Poniekąd, chociaż nie z własnego wyboru (śmiech). Wiele osób wspomina, że wtedy faktycznie, jeśli chodzi o rzeczy materialne, było ciężko i nikt do takiej sytuacji wrócić nie chce. Z drugiej strony, obecnie brakuje nam tamtego wolniejszego tempa życia i tego, że mieliśmy dla siebie, rodziny i znajomych więcej czasu. Z wielką radością zauważam, że upraszczanie życia i szukanie innych dróg staje się coraz popularniejsze i zatacza coraz szersze kręgi. Widać to zresztą po ilości blogów, które powstają, czy informacji pojawiających się w mediach.

Minimalizmowi nie grozi w związku z tym komercjalizacja? Podejrzewam, że nawet dzisiaj wiele osób słysząc “minimalizm” pomyśli od razu o modzie i stylu ubierania się.

Wszystko prędzej czy później przemija, tak samo będzie z zainteresowaniem minimalizmem. Po części wynika ono pewnie z tego, że wiele osób dostrzega konieczność ograniczenia konsumpcji, w czym minimalizm pomaga. Oczywiście, podchwytywanie czy nawet kreowanie mody na wnętrza minimalistyczne czy ubrania jest efektem ubocznym. Mimo to, wiele osób czerpie z tego podejścia dla siebie o wiele więcej. Wykorzystuje je nie tylko po to, żeby się ubierać w określonym stylu, ale przede wszystkim żeby nauczyć się zadawania ważnych pytań o to, jak chcemy żyć i czego naprawdę potrzebujemy. I to w nas pozostanie, nawet jeśli trend jako trend przeminie.

Artykuł powstał we współpracy z firmą Citroën.


Trwa ładowanie komentarzy...