Praca stewarda od kuchni. Rutyna, długie i męczące loty, niemili pasażerowie. "Czasem trzeba kogoś obezwładnić"

Stewardzi muszą walczyć z rutyną i niegrzecznymi pasażerami.
Stewardzi muszą walczyć z rutyną i niegrzecznymi pasażerami. Fot. Alexandra BENDEA/123 RF
Od zawsze interesowałem się samolotami. Kilka lat temu pracowałem na lotnisku. Siedziałem na check-inie, pomagałem pasażerom. Nic skomplikowanego. Widziałem wtedy stewardów pracujących dla luksusowych linii lotniczych, takich jak Emiraty czy Lufthansa. Elegancko ubrani, zadowoleni. Postanowiłem, że dowiem się, jak dostać pracę w takim miejscu. Udało się i od prawie dwóch lat ciągle podróżuję.

Praca stewarda jest bardzo dobrze płatna i ciekawa - w ciągu kilkunastu miesięcy zwiedziłem pół świata. Mieszkam w miejscu, w którym ropa jest tak tania, że kupiłem sobie już dwa samochody - również w bardzo atrakcyjnej cenie.

Rekrutacja była ciężka. Trwała dwa dni, a kandydaci byli wybierani na podstawie CV i rozmowy face to face. Następnego dnia odbyła się praca w grupach, czyli assessment centre, potem autoprezentacja i test językowy. Ale nie taki z dużą tolerancją, byleby się tylko dogadać.

Kandydaci odpadali po wypowiedzeniu pierwszego błędnego zdania. Finalna rozmowa o pracę była dopiero na końcu. Żeby dostać posadę w renomowanych liniach lotniczych trzeba się doskonale prezentować, mówić perfekcyjnie po angielsku i posiadać doświadczenie w pracy z klientem.

W tej pracy, jak w każdej innej, całą przyjemność psuje rutyna. Na dwie godziny przed odlotem trzeba stawić się „w bazie”. Po odprawie bagażowej - tak, nas też to dotyczy - idziemy na spotkanie z całą załogą. Czyli z pilotami, szefem pokładu, supervisorem i resztą szaraków, takich jak ja.

W tym czasie omawiamy szczegóły lotu, profil pasażerów, legalne sprawy - czyli sprawdzanie dokumentów, wiedzę o samolocie, pierwszą pomoc i bezpieczeństwo, a potem jedziemy na pokład. Przed startem trzeba sprawdzić cały samolot pod względem bezpieczeństwa, a dopiero potem wpuszczamy paxów (czyli pasażerów).

Kiedy pasażerowie już usiądą rozdajemy gorące ręczniki, menu i zabawki dla dzieci. Po starcie serwujemy jedzenie, drinki, kawę - w naszych liniach wszystko jest w cenie biletu. Więc ludzie mogą jeść i pić do wyczerpania zapasów. Przed lądowaniem zbieramy kocyki i słuchawki, potem przygotowujemy kabinę do lądowania.

Standardowo sprawdzamy, czy pasy są zapięte, czy siedzenia są ustawione w pion, czy okna są odsłonięte. Kiedy pasażerowie opuszczą samolot na poklad wchodzi ekipa sprzątająca, która przygotowuje lot na następny sektor (kiedy samolot leci dalej albo wraca do miejsca wylotu).

Najfajniej jest, kiedy lot obsługuje zgrana załoga. Dzięki temu podróż szybciej mija, a podczas krótkiego pobytu w miejscu docelowym jest co robić. Wtedy wszyscy umawiamy się na kolację i na picie, a następnego dnia wspólnie jedziemy na zwiedzanie albo korzystamy z atrakcji dostępnych w danym miejscu.

Ostatnio miałem trzy loty pod rząd z bardzo fajną ekipą. Pojechaliśmy obserwować rekiny z Oceanu Indyjskiego - zanurzeni w klatce, innym razem jeździliśmy na quadach po dżungli. Zwykle po prostu idziemy na jakieś świetne, tradycyjne jedzenie w konkretniej dzielnicy miasta, w którym akurat jesteśmy. Zazwyczaj po locie taka przerwa trwa dobę, chyba że lecimy na przykład do Stanów, to wtedy dłużej. Fajne jest też to, że mam duże zniżki na loty, tak samo jak moja rodzina i znajomi.

Pasażerowie potrafią dać w kość. Najgorsi są niewdzięcznicy, którzy uważają, że twoim zakichanym obowiązkiem jest pomoc i bycie miłym. Są też ludzie zbyt wymagający, którzy zawsze są niezadowoleni z opieki. Jak można się domyślić, są też tacy, co za dużo piją, są niemili, niektórzy nie stosują się do procedur bezpieczeństwa.

Pamiętam takiego pasażera pochodzenia hinduskiego, który zamówił trzy whisky i jedno piwo na raz. A potem wymiotował w toalecie i co gorsza - na pasażerów. Zdarzają się kobiety, które zmieniają pieluchy swoim dzieciom na siedzeniu obok, a potem przynoszą ten pakunek do pokładowej kuchni. Czasem trzeba kogoś obezwładnić. Ale to są przypadki ekstremalne.

To nie jest lekka praca, najbardziej męczące są loty nocne, które zwykle są bardzo długie. Ultra długie. 

Ale potem zawsze jest zapłata w postaci odpoczynku w fajnym miejscu. Moje życie jest teraz o wiele ciekawsze, jednak brakuje mi spotkań ze znajomymi i z rodziną. Ale korzystam z każdej okazji, żeby móc przylecieć do Warszawy. Więc nie ma na co narzekać.

Przeredagowała Barbara Kaczmarczyk barbara.kaczmarczyk@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...