Kocham cię, dlatego od razu mówię: będę cię zdradzać. Ty też możesz być niewierna!

"Niewierna" – film Adriana Lyne'a jest co prawda z 2002 roku, ale problem, który został w nim podjęty, aktualny będzie zawsze. Warto obejrzeć i przemyśleć. Fot. Materiały prasowe/Syrena EG
Dojrzały związek to przede wszystkim szacunek i zrozumienie potrzeb partnera czy partnerki. Zdrada nie zawsze musi być zdradą, zwłaszcza jeśli damy na nią wzajemne przyzwolenie. Czy taki model związku może się udać? Skoro wszyscy są zadowoleni, teoretycznie nie powinno być problemu – mówi Mieczysław Jaskulski, psychoterapeuta Laboratorium Psychoedukacji. A w praktyce?

Miłość to zawsze wierność? Kocham, więc nie zdradzam? Czy jednak zdrada i niewierność, patrząc choćby na statystyki, są wpisane w naturę ludzką?


Żeby "zdradzić", trzeba się z kimś najpierw na coś umówić. Jeśli umowy nie było, to nie ma też zdrady – zdrada jest zawsze jedną z możliwych implikacji umowy, a taka przysięga – w domyśle: zgadzamy się z jej treścią i ty, i ja, taką formą umowy w jakimś sensie jest. Z drugiej strony, z natury ludzkiej nie wymażemy potrzeby wolności – potrzeby próbowania czegoś nowego, sprawdzania się w nowych sytuacjach. W tym właśnie sensie – tak, zdrada jest czymś, co jest wpisane w naszą naturę. 

Poza tym, i przepraszam za ten banał, ale miłość niejedno ma imię. Nie mamy w psychologii "wzoru miłości" ani nawet jej jednoznacznej definicji. Dlatego "ślubując" coś sobie i mówiąc o miłości, warto sobie – kiedy już minie ten pierwszy szał zakochania – spróbować doprecyzować, co tak naprawdę mamy na myśli, mówiąc komuś „kocham”.
"Kiedy już minie ten pierwszy szał"? A nie powinno być na odwrót? 

W jakimś sensie może tak, ale tu raczej chodzi o uczciwość wobec samego siebie niż wobec tej drugiej osoby. Bo oczywiście warto odpowiedzieć sobie samemu – i to zanim zwiążemy się z drugą osobą – czym właściwie jest dla nas miłość, do czego chcemy zmierzać w związku. Spróbować rozpoznać w sobie, co to znaczy, że ja kocham, że chcę z kimś być. Czy to oznacza dla mnie automatycznie założenie wierności, czy może jednak bliższe mi jest podejście nieco bardziej fatalistyczne, że ja czy ten ktoś nie jesteśmy w stanie temu wyzwaniu z jakichś przyczyn sprostać? Odpowiedzi wcale nie muszą być takie jednoznaczne i jednobrzmiące. Są przecież i osoby, które mówią o odczuwaniu miłości do kilku osób jednocześnie... 

I odczuwaniu do nich pociągu seksualnego...

...nie jest to stuprocentową regułą, są przecież miłości platoniczne. Ale rzeczywiście miłość to zazwyczaj też seks.
Mieczysław Jaskulski, psychoterapeuta Laboratorium Psychoedukacji

Nic nie zdarza się samo – to my podejmujemy mniej lub bardziej odpowiedzialne decyzje, również w przypadku zdrady. Jeśli nie był to gwałt, nie można mówić, że się albo tego nie chciało, albo że z czegoś nie wynikało. Zrobiliśmy to i z całą pewnością jest jakaś przyczyna takiego zachowania, choć nam może się wydawać, że to po prostu spontaniczne.

Zdaniem sporej części mężczyzn to rozerwalne pojęcia. "To był tylko seks" – mówią. Zdrada to czy nie?

Z tym przypisaniem do płci coś jest na rzeczy. Według wyników badań mężczyźni rzeczywiście zdają się przodować w zdradach, choć nie jest to przewaga miażdżąca. Oczywiście możemy próbować to tłumaczyć jakimiś atawizmami – stado z jednym samcem i te sprawy – ale umówmy się, każdy ma w sobie jakieś atawizmy. I dlatego najważniejsze jest to, na co się umawiamy. Są ludzie, którzy rzeczywiście mają potrzebę utrzymywania kontaktów seksualnych z więcej niż jednym partnerem. Może powinni o tym uczciwie porozmawiać z bliską osobą? 

Powinnam się zdziwić i powiedzieć: serio? Mam pogadać z mężem, co więcej – przyjąć z pokorą, że potrzebuje kilku innych kobiet...?!

...oczywiście lepiej by było, żeby to powiedział jednak przyszłej żonie, a nie zastanej. To jest zasadnicza różnica, czy jest to ukrywane, czy jednak pada jakaś deklaracja, że istnieje pewna obawa, czy aby na pewno da się zachować taką całkowitą jednoznaczność relacji z jedną jedyną partnerką. Zdrada jest wtedy, kiedy łamiemy umowę. A jeśli sprecyzujemy warunki umowy uczciwie, wtedy problemu zdrady w ogóle może nie być. I tu nie chodzi o to, by na zdradę się umawiać – ale na określony rodzaj związku, określone reguły – takie, które dopuszczają pewne rozwiązania wykraczające poza standard.

No właśnie. Znam taką parę. I jestem pewna, że nie jest to jedyne takie „otwarte” małżeństwo. Jak w każdym związku, tak i w ich, na chwilę przestało iskrzyć, pojawiły się ukrywane romanse – z obu stron, potem – gdy wyszły na jaw – były długie rozmowy o przyszłości związku, ale i potrzebach, także tych seksualnych. Na koniec zgodzili się, że skoro się nawzajem kochają, to nie mogą się ograniczać. A zatem mają prawo do kochanków – choć oczywiście z pewnymi ustaleniami. Czy to jest przykład takiego właśnie dojrzałego związku i partnerstwa?

Bardzo dobry przykład, rzeczywiście bardzo życiowy. Ja bym to ujął tak, że psychologicznym wyznacznikiem dojrzałości jest zdolność do relacji miłosnej, uczuciowej i fizycznej z jedną osobą, czyli stworzenie jakiejś pary. To także umiejętność samoograniczenia. Poskromienie czegoś w sobie, żeby być bardziej z kimś, w imię tej prawdziwej miłości, to jest coś, co może być przyjemne. I teraz pojawia się pytanie, czy para, o której mówimy, renegocjowała umowę w imię swych rzeczywistych potrzeb, czy raczej dla uniknięcia pewnych niekoniecznie przyjemnych diagnoz i rozstrzygnięć. 

O czym pan mówi?

Może być i tak, że para, o której pani opowiedziała, boi się stwierdzenia, że ich związek znalazł się w kryzysie. Ich umowa może być rodzajem lekko zgniłego kompromisu, który służy przede wszystkim temu, by w sobie coś ochronić. Część osób w podobnej sytuacji szuka na przykład pomocy psychologicznej. Część natomiast rzeczywiście zawiera różne, czasem nieco dziwne, umowy. I oczywiście taka "nieco dziwna" umowa może być skutkiem bardzo głębokiego przemyślenia własnej, nie zawsze przecież typowej, sytuacji.

Para, o której rozmawiamy, mieszka ze sobą, nadal uprawia ze sobą fantastyczny seks, ich życie rodzinne i intymne zdaje się nie ucierpiało. Choć żona postawiła jeden warunek: nie chcę wiedzieć, gdzie, kiedy i z kim, bylebyś się nie zakochał...

Więc może ta umowa nie jest wcale taka wygodna? Może ta kobieta dała trudniejsze, niż myślimy, przyzwolenie, mówiąc "jeśli musisz, to możesz, ale...".

Mam wrażenie, że to jednak rodzaj kobiecej hipokryzji, choć w tym przypadku można mówić o próbie uczciwego zmierzenia się z prawdą: tak, oboje potrzebujemy innych doznań, ja również. Ale to kobiety zwykle mocniej boją się zdrady swych mężczyzn, jednocześnie same są do niej zdolne, co więcej – zdradzają wcale nie w tak znacznie mniejszym stopniu niż faceci. Skąd to przekonanie, że mężczyzna zawsze będzie dążył do zdrady, skąd wszystkie towarzyszące temu lęki?

Trzeba mieć dość skomplikowaną naturę i trudne doświadczenia za sobą, by z góry zakładać, że mężczyzna musi zawsze w końcu zdradzić. To wcale nie jest taki pewnik. Są przecież też mężczyźni, którzy generalnie mają bardzo marne zdanie na temat kobiet, i którzy są absolutnie przekonani, że to kobieta zawsze okaże się niewierna i niegodna zaufania.

A czy nie jest tak, że zdrada wynika najczęściej z powodu jakiegoś braku w naszym związku?

Nie wiem, czy najczęściej. Oczywiście bardzo często próbujemy z pomocą zdrady dostać coś, czego w związku nie mamy. Ale proponowałbym myślenie o zdradzie przede wszystkim jako o objawie problemów i zakradającym się kryzysie...

Przecież każda para w końcu przechodzi kryzys związku. Czy to powód, by od razu się zdradzać?

Oczywiście, że nie. Ale warto się przygotować na to, że szczeniackie zakochanie w końcu minie. Że wedrze się tzw. rutyna: dzieci, obowiązki, praca, kasa. I nagle może się okazać, że włączy się tęsknota za czymś, co było kiedyś – świeżością, tamtym dotykiem, niepewnością, flirtem. I właśnie często to jest ten moment, gdy te zdrady się jednak pojawiają.
Bo to łatwiejsze niż rozmowa z partnerem?

Łatwiejsze, choć nieskuteczne. Kryzysu nie rozwiążemy, skupiając się na samych próbach powrotu do tego, "co było na początku”. Tu jest trochę tak jak z operacjami plastycznymi, które mają nam pomóc w radzeniu sobie z objawami starzenia się. Czasu nigdy nie cofniemy, możemy za to poprawiać teraźniejszość. Tak jest też z miłością – ta pierwsza fascynacja już nigdy nie powróci. Zamiast tego można się nauczyć cieszenia się sobą nawzajem w nowy, bardziej dojrzały sposób.
Mieczysław Jaskulski, psychoterapeuta Laboratorium Psychoedukacji

Zdrada jest wtedy kiedy łamiemy umowę. A jeśli sprecyzujemy warunki umowy uczciwie, wtedy problemu zdrady w ogóle może nie być. I tu nie chodzi o to, by na zdradę się umawiać – ale na określony rodzaj związku, określone reguły – takie, które dopuszczają pewne rozwiązania wykraczające poza standard.

Co więc pan powie na inny przykład z życia. Pisze kobieta, która otwarcie przyznaje, że zdradziła/zdradza męża i nie jest jej z tego powodu ani wstyd, ani nie ma wyrzutów sumienia. Co więcej – właśnie ten romans z innym, żonatym mężczyzną – uzdrawiająco wręcz wpłynął na jakość relacji jej i jej męża, z którym seks nie dawał jej satysfakcji, a wręcz go nie było. Związek z innym okazał się jak power bank, który doładował ją w tym zakresie i pozwolił ponownie na czułe patrzenie na męża.

Skoro wszyscy są zadowoleni – teoretycznie nie powinno być problemu. Jednak nie można tego tu powiedzieć, bo to ta pani znalazła innego, który ją zadowolił w konkretnym zakresie, wypełnił brak. To trochę egoistyczne, bo pytanie – czy zanim nie poszła do łóżka z innym, próbowała rozmawiać z mężem, że ma większe niż on potrzeby. No i pytanie – czy mąż jest świadomy takiego rozwiązania.

Nie jest. Ale czy musi?

To już pytanie natury etycznej, bo chodzi o pojęcie także uczciwości, kłamstwa, osiągania celu bez względu na środki. Jeśli mąż tej kobiety nic nie wie, tak czy inaczej związek zaczyna opierać się na kłamstwie.

Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal... Poza tym istnieje ryzyko, że prawda może zrujnować ten związek.

Są osoby, które kradną i dopóki się nie wyda, dobrze się z tym czują. Ale jeżeli ta kobieta boi się właśnie tego, co będzie, „gdy on się dowie...” , to znaczy, że nie czuje jednak takiego całkowitego komfortu i spokoju. Owszem, można próbować usprawiedliwić się moralnie, jeśli faktycznie próbowała wcześniej przegadać problem z mężem, jednak jeśli sama, spontanicznie podjęła taką decyzję, musi się liczyć, że mogą – choć nie muszą – pojawić się nieznośne wręcz z czasem wyrzuty sumienia.

Wyrzuty sumienia częściej chyba mają ci, dla których seks z innym/inną był naprawdę rodzajem wpadki, impulsem. Mówić czy nie mówić o tym partnerowi? Słyszałam opinie psychologów, że czasem lepiej nie mówić...

Po pierwsze – żaden profesjonalny psycholog nie weźmie takiej decyzji na siebie. Po drugie – nic nie zdarza się samo – to my podejmujemy mniej lub bardziej odpowiedzialne decyzje, również w takim przypadku. Jeśli nie był to gwałt, nie można mówić, że się albo tego nie chciało, albo że coś z czegoś nie wynikało. Zrobiliśmy to i z całą pewnością jest jakaś przyczyna takiego zachowania, choć nam może się wydawać, że to po prostu spontaniczne.

Po głębszej rozmowie z taką osobą może się okazać, że jednak ma problem, np. z zależnością, z podporządkowaniem się. Ma na przykład potrzebę czucia się wolna i niepokoi się, gdy czuje się jakoś związana przez inną osobę czy przez siebie. Można odnieść to do małego dziecka, które lubi, gdy mama jest w pobliżu, chce, by była, gdy jest potrzebna, ale nie wchodziła, nie przeszkadzała, gdy jej nie potrzebuje.

Czyli jednak niedojrzałość, skoro porównuje to pan do sytuacji z dzieckiem...

W pewnym sensie tak. Myślenie: „Potrzebuję mieć partnera, bazę, bezpieczeństwo, aby zawsze był, ale... niech jednocześnie nie przeszkadza mi się bawić i akceptuje wszystkie moje wariackie swawole, bo są fajne i sprawiają mi frajdę, seks z inną osobą również – bo przecież to tylko seks” – dalekie jest od dojrzałości.

Czy zdrada możne nas czegoś nauczyć?

Powinna nas czegoś nauczyć. Byłoby dobrze, gdyby można było po niej coś wyciągnąć na przyszłość. Ale też dowiedzieć się także na swój temat. To może być oczywiście także przypieczętowanie rozstania związku, którego nie dało się już skleić, ale i odwrotnie – może się okazać bardzo mocnym cementem, który połączy pęknięcia.
Czy można powiedzieć, że dobrze jest przejść przez ten etap?

Dobrze – jeśli wniesie coś dobrego, gdy już się wydarzy. Ale czy trzeba? Czy trzeba przejść katastrofę, aby się wzmocnić i poczuć, że od teraz inaczej spojrzę na życie?

Niektórzy lubią urządzić sobie szkołę przetrwania...

Ale czy nie lepiej, zanim się skoczy z okna w czasie pożaru, skoczyć na bungee w bezpiecznych warunkach? Specjalnie prowokować zdrady nie trzeba, bo kryzysy drzwiami i oknami do nas idą. Ale na pewno nie można udawać, że tego problemu nie ma. Gdy są kryzysy i zawirowania w związku, trzeba rozmawiać. Nie można zamiatać tego pod dywan i udawać, że jesteśmy taką cudowną parą. Jak mówi się filozoficznie, prawda uzdrawia.

Gorzej jeśli argument „to ty mnie zdradziłeś” będzie orężem w każdej innej sytuacji kryzysowej...

Trzeba też uderzyć się w piersi i zobaczyć, czy ja też nie zrobiłem czegoś złego, bo na zdradę muszą zapracować dwie osoby. Jeśli para będzie obwiniać się za to latami, to stworzą związek sadomasochistyczny. I tak można żyć nawet wiele lat. Problemem jest wtedy jednak już nie to, że ktoś zdradził, ale rodzaj wypominania, przerzucania odpowiedzialności i winy za inne sytuacje na tego, kto tej zdrady się dopuścił. Ale nie można odciąć grubą kreską czegoś, co nie było przegadane.

Zdrady się nie zapomina?

Nie chodzi o kreskę w znaczeniu reset: nic się nie stało, ale o to, aby zrozumieć, dlaczego to się stało. Wtedy łatwiej sobie poradzić, czy wręcz zapomnieć, gdy wiem, że też się do tego przyłożyłem, przyłożyłam. I – co dużo ważniejsze – też chcę to naprawić, przegadać i wypracować jakąś nową umowę, w której być może zdrada nie będzie już zdradą.

Napisz do autorki: agata.daniluk@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...