Islamizacji nie dokonają terroryści i uchodźcy. Silniejsze są muzułmańskie pieniądze, za które Zachód sam się sprzedaje

Europejczycy boją się islamizacji ze strony uchodźców, a nie mają świadomości, że zachodzi ona na zupełnie innym obszarze...
Europejczycy boją się islamizacji ze strony uchodźców, a nie mają świadomości, że zachodzi ona na zupełnie innym obszarze... Fot. Tomasz Pietrzyk / Agencja Gazeta
Kiedy w Europie mowa o zagrożeniu islamizacją, wzrok kierujemy w stronę napływających uchodźców. Europejczycy panicznie boją się, że muzułmanie zechcą narzucić nam życie według swoich zasad i ściągną ze sobą terroryzm. Mało kto zauważa tymczasem, że o wiele skuteczniejszej islamizacji naszej części świata od lat dokonują wielkie korporacje i instytucje finansowe, które po prostu powoli "sprzedają Zachód" muzułmańskim potęgom.

Pieniądz naszą najwyższą wartością
Kto naprawdę obawia się, że najpóźniej jego wnuki doczekają czasów, gdy na Starym Kontynencie rządzić będą muzułmanie, ten szybko powinien przestać marnować czas na demonizowanie uchodźców i skupianie się tylko na walce z islamistycznym terroryzmem uprawianym przez Państwo Islamskie, Al-Kaidę, czy Boko Haram. Bo na tle świętych wojen, czy "podboju przez zasiedlenie" skuteczniej islamizację prowadzi świat biznesu, dla którego najważniejszą zachodnią wartością jest pieniądz.

A ich wbrew pozorom jest w muzułmańskim świecie niezliczona ilość. Przeciętnemu Kowalskiemu muzułmanin kojarzy się dziś z uciekinierem z ogarniętej wojną domową Syrii i zdestabilizowanego Iraku, czy imigrantami z najbiedniejszych rejonów Afryki. To jednak zaledwie mały skrawek islamskiego świata. Należą przecież do niego też Arabia Saudyjska, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Bahrajn, Kuwejt oraz Indonezja, czy Malezja. Czyli niezwykle atrakcyjne rynki oraz wylęgarnie hojnych i skłonnych do ryzyka inwestorów.
Dzięki pieniądzom od bogatego islamu napędzany jest świat nowych technologii, motoryzacja, przemysł, a także globalny system finansowy. Muzułmańscy giganci dawno przestali mieć wpływ na świat tylko dzięki ropie naftowej. Słynne "petrodolary" zaczęli zamieniać na udziały w kluczowych dla europejskiej i amerykańskiej gospodarki sektorach.

Sprawia to, że wielu z tych, którzy obawiają się, iż przyjęcie uchodźców oznacza islamizację, od dawna może nieświadomie pracować dla muzułmańskich właścicieli lub udziałowców. Czyli być może dla jednej z najpotężniejszych muzułmańskich rodzin. Kluczowy islamski kapitał bywa bowiem przypisany nie tyle do barw narodowych, co rodów posiadających koligacje z emirami i królami.


Od Coca-Coli po media...
Wielki skrawek tego tortu należy do rodziny Kharafi z Kuwejtu. W ich portfelu inwestycyjnym znajdziemy zarówno huty i firmy budowlane, jak i operatorów telekomunikacyjnych. Inwestują w 25 krajach na świecie, w tym wśród członków Unii Europejskiejoraz w Szwajcarii.

Na tym kuwejckie wpływy się kończą. Za drugą najpotężniejszą rodzinę muzułmańskich bogaczy uznaje się tą o nazwisku Bukhamseen. Właścicieli i udziałowców, między innymi, koncernów medialnych i banków. Wpływy w Europie rodzina Bukhamseen zapewnia sobie głównie dzięki tej ostatniej aktywności. Należący do ich holdingu bank FGB ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich to jeden z coraz ważniejszych graczy w londyńskim City.
Tymczasem z Bahrajnu spadkobiercy słynnego biznesmena Yusufa Bin Ahmeda Kanoo rozdają karty w branży transportowej i chemicznej. To do rodziny Kanoo należy część udziałów w takich biznesowych potęgach, jak duński konglomerat transportowo-energetyczny Maersk, czy niemiecki gigant chemiczny BASF. Wiele do powiedzenia islamscy bogacze mają też w firmie ubezpieczeniowej Axa Insurance.

Kapitałowa islamizacja Zachodu ma też swoje źródło w Jemenie, skąd inwestuje Shaher Abdulhak. Dzięki jego pieniądzom nowe pomysły wdrażać mogły na przykład Coca-Cola i Mercedes. Między innymi w zamian za takie interesy z Zachodem, sam Abdulhak dostał możliwość zwiększenia wpływów politycznych w Jemenie i całym regionie Zatoki Perskiej.

Kiedy jednak mówimy o islamskim i silnie upolitycznionym kapitale, przede wszystkim należy wymienić nazwisko saudyjskiego księcia Al-Walida bin Talala. Niebagatelne sumy ten samozwańczy "najbardziej przenikliwy biznesmen świata" inwestował dotąd m.in. w Amazon, Apple, Citigroup, eBay, Forda, McDonald's, Procter & Gamble, Marvel Comics, The Walt Disney Company i Twittera.
Był też posiadaczem sporej liczby akcji spółki stojącej za uwielbianym przez amerykańskich republikanów kanałem Fox News. Fakt, że bywają tam zapraszani zwolennicy palenia Koranu osładzało mu być może to, że prawicowi publicyści pojawiający się na Fox News miewają równie "antysyjonistyczne" poglądy, co on.

Wymienione powyżej nazwiska to tylko najbardziej znana część potęgi islamskiego kapitału. Reszta nie rzuca się tak w oczy, bo rozproszona jest po licznych funduszach inwestycyjnych, czy holdingach. Siłę muzułmańskiego pieniądza widać jednak na Zachodzie coraz wyraźniej, a obracający nim ludzie cierpliwie pracują nad tym, by tę siłę spotęgować.

Kto ma pieniądze, ten chce władzę
Dziś większość z islamskich inwestorów o sprawach politycznych i światopoglądowych uparcie milczy. Ale zapewne pojawią się wśród nich wreszcie tacy, którzy po uzyskaniu wpływów biznesowych, wreszcie zaczną upominać się także o realny wpływ na europejską, a może i amerykańską politykę. W końcu interesy z arabskimi potęgami robi nawet Donald Trump, który o fotel prezydenta USA walczy antyislamskimi hasłami.

Czy w ten sposób islamizacji naszej części świata nie dokonają szybciej i skuteczniej niż szaleńcy z ISIS...? W przeciwieństwie do wyznawcy Allaha z milionami na koncie, bojownicy nie mają bowiem okazji do spotykania się z Elonem Muskiem, by planować rewolucję w komunikacji i transporcie, albo z Billem Gatesem na rozmowach o przyszłości nowych technologii, czy z Dickiem Costolo dywagować o rozwoju internetu...

Napisz do autora: jakub.noch@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...