Chcesz czy nie, oprawki to integralna część twojej twarzy. Jak je wybierać? Gdzie znaleźć oryginalne modele?

Oprawki Mykita, model Lite Kjell Fot. Maciej Stanik
W filmie „Jak poślubić milionera” z 1953 roku Marilyn Monroe, grająca postać tyle pięknej, co ślepawej modelki, gdy dostrzega na horyzoncie kandydata na potencjalnego małżonka, w panice ściąga z nosa okulary. Jak ognia boi się łatki okularnicy. Nudnej i brzydkiej. Ponad pół wieku później okulary nie tylko nie stygmatyzują, ale są modnym dodatkiem, pożądanym nawet przez osoby, które nie potrzebują ich do bezkolizyjnego funkcjonowania w świecie.

Poza walorem akcesorium okulary stały się w niektórych środowiskach subtelnym podkreśleniem statusu społecznego. Znaczkiem projektanta miga się wszak równie dyskretnie, co cyferblatem zegarka (lśniące Lamborgini na parkingu to już całkiem poważne oświadczenie majątkowe). Logo nie zawsze gwarantuje jednak nienaganny styl. Kolekcja oprawek optycznych Chanel zachęcała klientów kilka lat temu zausznicami obciągniętymi najprawdziwszym jeansem, co zakrawało nieomal na inner joke Karla Lagerfelda i stałych klientów marki.
Po kilku latach hype'u na oprawki od projektanta najbardziej pożądane stały się designerskie marki no logo, które muszą obronić się na naszych twarzach bez domniemania o wartości. Co nie oznacza, że należą do tanich. Cena zawiera projekt, najczęściej tworzony pod nadzorem doświadczonego optyka, produkcję w ograniczonej ilości egzemplarzy, a czasem także ręczne wykonanie. Jasne, można polemizować czy warto wydawać kilkaset złotych na zbożny cel, jakim jest kawałek plastiku albo metalu. Jednak jeśli z jakichś powodów nie chcemy lub nie możemy nosić soczewek, a potrzebujemy korekcji wzroku warto uświadomić sobie, że wybierane przez nas oprawki staną się na kilka lat integralnym elementem naszej twarzy. Gdybyście mieli wybrać sobie z katalogu nowy nos (nie z próżności, po jego utracie!), raczej nie celowalibyście w model z rodzaju „byleby jakiś był”.


Odkąd noszenie okularów stało się trendem, wybór drogich czy ekstrawaganckich oprawek postrzegany jest jako kaprys. Tymczasem jesteśmy przez ich pryzmat mimochodem oceniani i klasyfikowani i to w o wiele bardziej arbitralny sposób niż ze względu na wygląd. Mała analogia – wchodzisz do tramwaju i widzisz dwie dziewczyny. Jedna z nich ma zeza i nadwagę, a druga odblaskowe szpony i kolczyk z brylancikiem w nagim pępku. Prawdopodobnie negatywnie ocenisz w pierwszej kolejności tę, której wygląd był świadomym wyborem. Podobnie jest z oprawkami. Wykroju ust, które na zasadzie skojarzeń zasugerują, że jesteś zmysłowa lub oziębła nie wybierasz, natomiast to, jakie wrażenie wywoła twoja twarz w danym modelu oprawek możesz częściowo przewidzieć.

Czym kierować się przy wyborze oprawek?

Hipotetyczni ankietowani na pytanie jakie mają być ich nowe oprawki najpewniej odpowiedzieliby, że „ponadczasowe”. Ponadczasowe, czyli jakie? Ano takie, które nie wyjdą z mody. Niewychodzenie z mody to zdolność bardzo ograniczona. Sprzyja jej jednak popkultura i zapisane w niej przedmioty, które tracą tło epoki na rzecz wieczności. Marilyn Monroe ze wstępu unieśmiertelniła okulary w kształcie kocich oczu. W praktyce oznacza to, że mogą być mniej lub bardziej zgodne z trendami, ale nie mogą być niemodne. Naprawdę ponadczasowe są wyłącznie rozpoznawalne modele z historią. Należą do nich bodajże najczęściej podrabiane oprawki na świecie - Wayfarery Ray Bana, a także wybierane głównie przez mężczyzn 704 i 649 Persola, które najpierw powstały w wersji przeciwsłonecznej . Kolejnym modelem bez daty przydatności do noszenia są Clubmastery (gruba, plastikowa ramka górna z metalicznymi wstawkami, brak ramki dolnej). Kultowe oprawki mają jeden mankament – są wszędzie. W oryginale, w podróbce i w „inspiracji”. Ponadczasowość to cecha tyle ograniczona, co przereklamowana.

Nie należy bać się modnych oprawek, efekt Ryszard Kalisza w okularach Fendi jest mimo wszystko majstersztykiem ciężkim do podrobienia. Kupując nowe ramki po pierwsze musimy zastanowić się nad tym, co mamy w szafie. Chodzi oczywiście o sam styl, ale też o wzory i kolory. Nie raz, nie dwa musiałam odwiesić na wieszak z nosem na kwintę wzorzystą koszulę, która w duecie z oprawkami tortoise shell (melanż a la skorupa żółwia z nazwy) zrobiłaby ze mnie licealną fashion victim. Poza prostym rozgraniczeniem na „pasuje” i „nie pasuje” ważny jest też to, co robimy na co dzień. Młody dyplomata, którego wesołe usposobienie i kolorowy styl podkreślały granatowo-bursztynowe oprawki, na oficjalnej kolacji wymagającej garnituru będzie wyglądał w rzeczonych ramkach niepoważnie (jeśli nie idiotycznie). Oczywiście problem rozwiązuje się, jeśli możemy zaopatrzyć się w kilka par – na okazje oficjalne i mniej. Do sukienek w groszki i te koronkowe.
Nie wierzę w poradnikowe rozgraniczenia „jeśli masz twarz trójkątną, musisz mieć okulary (wstaw dowolne)”. Profilowanie okularów i to, jaki efekt sprawiają na twarzy jest na tyle pełne niuansów, że większość osób może znaleźć twarzowe, prostokątne oprawki nawet pomimo teoretycznie wykluczającej je kwadratowej twarzy. Przy wyborze należy pamiętać o jednym – oprawki są w stanie zniwelować wiele asymetrii twarzy, które są udziałem większości z nas. W dobrze dobranych ramkach wygląda się lepiej niż bez nich. Podobnie jak w makijązu i w ubierze działają tu proste zasady symetrii. Przykładowo posiadacze szerokiej nasady nosa, powinni szukać oprawek z szerokim łączeniem okularów, co sprawi, że nos będzie wyglądał na mniejszy. Osoby o pełnych buziach powinny unikać małych okularów, które „zatoną” w twarzy. Dobrze dobrane oprawki nie zakrywają brwi, ani nie przekraczają szerokości twarzy.

Pamiętać należy także o wygodzie – okulary nie mogą uciskać nosa, ani spadać przy pochylaniu (jakkolwiek to pierwsze jest kwestią modelu, zausznice powinien wam wyregulować każdy dobry optyk). Trzecim komponentem wygody jest waga okularów zależąca także od szkieł, która stanowi problem szczególnie dla krótkowidzów (minusy). W większości salonów za dodatkową opłatą jest dostępna opcja pocienianych szkieł. Nie jest to, jak mogłoby się wydawać zeszlifowanie soczewki, lecz zastosowanie innego materiału (w którym światło złamie się pod tym samym kątem nawet przy mniejszej grubości). Najczęściej pocienianie wiąże się to z pewnym zniekształceniem obrazu, a także ze zmniejszeniem przepuszczalności światła, więc jeśli wasza wada nie robi ze standardowych soczewek denek butelek, nie warto przepłacać.

Gdzie znaleźć oryginał?

W sukurs poszukiwaczom nowej twarzy (w nowych oprawkach) przychodzą młode marki i alternatywne sklepy optyczne. Po latach posuchy znalazło się na nie na polskim rynku miejsce, bo w końcu znalazł się i klient. Działająca od niedawna polska marka Muscat stawia na młodych projektantów i ręcznie robione oprawki wykrawane z jednego kawałka acetatu. Każda para (ze szkłami korekcyjnymi) kosztuje 350 zł. Zmniejszenie kosztów było możliwe dzięki całkowitej rezygnacji z pośredników – oprawki Muscat możecie nabyć wyłącznie na stronie internetowej marki.

Wielu osobom nie mieści się w głowie kupienie okularów bez ich uprzedniego przymierzenia. Założycie znaleźli rozwiązanie i na to. Swoją twarz możecie obejrzeć w wybranych oprawkach online używając kamerki internetowej, a jeśli wciąż nie jesteście pewni, wybieracie 5 dowolnych par, które zostaną wam przysłane do domu na tydzień. To dość czasu na zastanowienie i konsultacje z mamą i przyjaciółką. Opcja nazwana przez markę „domową przymierzalnią” jest bezpłatna i nie obliguje do zakupu żadnej z par. Po tygodniu można odesłać wszystkie i szukać dalej (choć częściej zdarza się, że niezdecydowani kończą z dwoma parami).
Oprawki z drewna pojawiły się na rynku już dobre kilka sezonów temu, jednak były wówczas bardziej ciekawostką niż mocnym trendem. W tym sezonie wraz z omnipotencją drewna w designie , architekturze i w wystroju wnętrz, wykonane z niego oprawki awansowały na obiekt pożądania wielu fashionistek. Ręcznie robione, drewniane okulary robią polskie marki takie jak Gepetto, Westwood czy Helios (o której już pisaliśmy). Zamiast się zniszczyć, drewniane okulary z czasem nabiorą charakteru, co więcej mamy gwarancję, że nasza para jest niepowtarzalna.

Mimo wszystko łatwiej jest jednak dobrać okulary w sklepie z pomocą doświadczonego optyka. Dotknąć, przymierzyć i zrobić sobie selfie. Działający na warszawskiej Ochocie salon OKKO, z którego pochodzą wszystkie sfotografowane przez nas okulary, to jedno z zaledwie kilku miejsc w Polsce, gdzie dostaniemy oprawki Mykita, czyli mokry sen każdego prawdziwego hipstera. Założona przez Brytyjczyków, a działająca w Berlinie marka to połączenie tradycji manufaktury i najnowszych technologii. Oprawki Mykity nie mają żadnych śrubek, ponieważ są tworzone z jednego kawałka metalu, wygiętego tak, że działa jak tradycyjny zawias. Poza tym ich oprawy są ultralekkie (=w ogóle ich nie czuć), co docenią wszyscy, którzy wieczorami rozmasowują sobie odgniecione okularami miejsce u nasady nosa.

Innymi wartymi uwagi wytwórcami ramek dostępnych w OKKO są bez wątpienia działający od ponad stu lat Moscot i marka Oscar Magnuson. Założyciel tej ostatniej jest absolwent instytutu designu w Mediolanie, a przy okazji krewnym króla Szwecji. Oprawki jego projektu charakteryzuje wysmakowana, choć stonowana kolorystyka (m.in. brudne róże, przytłumione czerwienie i szafiry) oraz fakt, że każdy model wykonany jest w dwóch wersjach – matowej i błyszczącej. Agnieszka Sosnowska, założycielka salonu dobierając marki dostępne w OKKO polega na swoim guście i wyczuciu rynku, ważna jest dla niej także oryginalność projektów, wysoka jakość wykonania i surowców oraz niszowość marki. W OKKO znajdziecie także okulary przeciwsłoneczne, marek takich jak choćby Thierry Lasry. Uwielbia je Rihanna, są ekskluzywnie pakowane i wykonanych z celulozy pochodzącej z kwiatów bawełny.
Niedaleko modnej klubokawiarni Miłość, w salonie optycznym na Kredytowej 5 znajdziemy oprawki marki Massada Eyewear. Współtworzona przez Polkę, Massada ze swoimi ramkami, których nazwy zostały zaczerpnięte z tytułów filmów i wyrazistymi lookbookami święci triumfy głównie za granicą. Dobre projekty i filozofia no logo.

Jeśli wasze serca mimo wszystko biją mocniej na myśl o znaczku projektanta, warto wpaść do niepozornego salonu optycznego na Solcu, a konkretniej na Fabryczną 24a. Wprawne oko bez trudu znajdzie dla siebie perełki Givenchy czy Prady za ułamek ceny. Jej sekret? Salon skupuje modele ze sklepowych witryn sprzed kilku sezonów. Przygotujcie się jednak, że zostawicie tu kilka dodatkowych stów, bowiem zakup samych oprawek jest niemożliwy, na miejscu musicie wstawić też szkła.

Prawdziwej alternatywy nie kupuje się za tysiaka, po prawdziwą alternatywę jeździ się do Rembertowa. Hurtownia optyczna Andreas skutecznie odstrasza online (choć jeśli odczuwacie nostalgię za internetem 2003 powinna się wam spodobać). Jednak marzącym o babciowych oprawkach jak z ostatniej kolekcji Gucci nie powinni się zastanawiać, tylko po prostu wsiąść w SKM w kierunku Sulejówka-Miłosnej i jechać do rembertowskiej hurtowni. Nie do pogardzenia jest fakt, że Andreas oferuje oprawki optyczne, a nie byle jakie plastikowe ramki nad którymi wasz optyk załamie ręce i zaznaczy, że szkła spróbuje wstawić tylko ze względu na wieloletnią znajomość, ale na waszą odpowiedzialność.


Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...