"Ojej, jaki fajny samochodzik", czyli świat zza kierownicy kultowej Mazdy MX-5

Mazda MX-5 to najpopularniejszy roadster. Fot. naTemat
Mazda MX-5 to chyba najmniejszy samochód, jakim miałem okazję jeździć podczas testów do działu Moto w naTemat. To także samochód, który zwracał największą uwagę pod jednym, konkretnym względem. Mało które auto budzi u innych aż taki… uśmiech na twarzy.

Powiedzieć, że Mazda MX-5 to samochód nietuzinkowy, to jak nic nie powiedzieć. To najpopularniejszy roadster w historii – żaden samochód tego typu nie sprzedawał się lepiej. W 2000 roku MX-5 trafiła nawet z tej okazji do Księgi Rekordów Guinnessa! Obok tego modelu nie przechodzi się obojętnie. Nie tak dawno mignął mi nawet na instagram’owym profilu Warsaw Drive, gdzie autor upolował go na warszawskich ulicach. Towarzystwo z innych zdjęć zacne - to same klasyki i supersamochody.
Tak się składa, że jesteśmy rówieśnikami, pierwszy modele z taśmy zjechały ponad 26 lat temu – w 1989 roku. Teraz mamy do czynienia z czwartą generacją modelu, choć pewnie większość z Was najbardziej kojarzy jedną z dwóch poprzednich. Czym właściwie jest roadster? Jest parę definicji, ale najprościej można rozpoznać go po składanym dachu, dwóch miejscach i napędzie jedynie na tylną oś.
Motoryzacyjnie to był dla mnie bardzo ciekawy tydzień, bo do Mazdy MX-5 przesiadłem się wprost z innego kabrioletu – BMW sygnowanego numerem 4. Tutaj możecie przeczytać, jak się nim jeździło. Wspominam o tym dlatego, że dzięki temu mieliśmy okazję już nieco oswoić się z jazdą cabrio i mieć pewien punkt odniesienia, choć oczywiście żadnego z tych aut nie można porównywać jeden do jednego.
Na początku metaforycznie MX-5-tkę nazywałem „resorakiem”, jakie znamy z dzieciństwa. Jest naprawdę nieduża, „niewiele” większa od tych zabawkowych samochodów. To właśnie jej rozmiar przykuwał największą uwagę, bo stojąc w korku można było poczuć się naprawdę małym.



Jednak z czasem, po kolejnych przejechanych kilometrach, przechrzciłem ją. Jeżdżąc Mazdą MX-5 po polskich ulicach czułem się, jakbym szedł… z malutkim szczeniakiem. Reakcje ludzi były dokładnie takie, jak w tym przypadku – bardzo pozytywne, na pewno nie zawistne, co w przypadku kabrioletów też się zdarza. Tutaj mamy uśmiechy i iskierki w oczach doprawione komentarzami w stylu „ale super samochodzik”.
„Samochodzik” bo to rozmiar rzuca się w oczy przede wszystkim. Stojąc na światłach piesi właściwie bez większego wysiłku mogą popukać kierowcę w czubek głowy. Trzeba się zdecydowanie przyzwyczaić do faktu bycia niemal najmniejszym i najniższym.

Ten „samochodzik” to jednak całkiem zaawansowana machina. Obniżono środek ciężkości i popracowano nad tym, jak rozkłada się masa. Przykład? Samochód jest tak skonstruowany, że zarówno na przednią i tylną oś przypada dokładnie po 50 proc. masy całego auta. Po zdjęciach w życiu byście tego nie powiedzieli, prawda? MX-5, choć i tak malutka, jeszcze odrobinę zmniejszyła i obniżyła się względem poprzedniej generacji.
Wizualnie model doskonale wpisuje się w ogólną stylistykę Mazdy nazywaną KODO. To cała filozofia japońskiego producenta, który stworzył ją od podstaw i w prezentacji swoich aut często ją podkreśla. Jest tam sporo metafor i porównań, często – moim zdaniem – nieco przegadanych, ale ostateczny efekt jest taki: modele z tej gamy są utrzymane konsekwentnie w tej samej stylistyce, która wyróżnia się dynamiką, fajnym, ostrymi cięciami i harmonią. W przypadku MX-5, poza tym, że jest mała, wzrok przykuwa przód ze światłami, który przypomina trochę delikatnie zmrużone kocie oczy. Tak, wiem – sam po raz kolejny posłużyłem się metaforą.
Gdy już ochłonąłem ze szczerego rozbawienia, po wejściu do środka czekał mnie… kolejny napad pozytywnego śmiechu. Do MX-5 musisz zdecydowanie się przyzwyczaić, bo szybko poczujesz, że auto jest i małe, i nisko osadzone. Po Porsche 911 Carrera S, nie sądziliśmy w redakcji, że powiedzenie „jeżdżenie tyłkiem po asfalcie” da się odczuć jeszcze bardziej. A jednak. Jesteś najmniejszy i najniższy, deal with it.
To samochód dwuosobowy, za plecami nie ma niemal nic, co da się odczuć przy próbie odsunięcia foteli. Nie było ciasno, ale nie miałem też możliwości pełnej regulacji do ustawienia, którego zazwyczaj używam. Po prostu szybko spotykamy się ze „ścianą”.

Mazda MX-5 jest wewnątrz oszczędna, ale można tu dostrzec elegancki minimalizm. Czy to patrząc na wywietrzniki, czy poszczególne części. Trzy pokrętła, mały panel do kontroli komputera pokładowego i ekran multimedialny. Ciekawostka: tego ostatniego nie możemy obsługiwać dotykowo po przekroczeniu pewnej (niewielkiej) prędkości.
Siedząc za kierownicą i widząc wypukłe czerwone fragmenty maski w okolicach reflektorów, można łatwo pomyśleć, że jedzie się Porsche, gdzie ten fragment z punktu widzenia kierowcy­­ wygląda podobnie.

Bardzo ładnym i rzadkim rozwiązaniem jest sposób, w jaki wykończono drzwi. A dokładnie ich górny fragment, który wygląda jak część karoserii wewnątrz auta. Świetny designerski zabieg, choć jest to naturalnie inny materiał niż ten na zewnątrz. Zabawne są także schowki, które w tym przypadku są rzeczą względną. Mogą być, lub nie. Kierowca ma możliwość zamontowania lub wymontowania pojemnika na puszkę czy butelkę. Wewnątrz jest kilka miejsc, gdzie można ten uchwyt wsadzić.
Nie ma za to tradycyjnego schowka po stronie pasażera. Zamiast niego dostajemy małą „szafkę” pomiędzy fotelami. Odczuwałem trochę brak podręcznych miejsc, do których można coś szybko wrzucić.

Siedząc po stronie pasażera można poczuć także wybrzuszenie na podłodze, gdzie kryje się część mechaniki. Pasażer traci przez to nieco miejsca i zdarza się zawadzać o to lewą stopą.
Jeśli chodzi o schowanie dachu to jest to procedura… ekspresowa. We wspomnianym BMW cała technologia zamykania czy otwierania dachu powodowała, że trwało to ok. 20 sekund. W przypadku Mazdy MX-5 – myślę, że można wyrobić się sekundę. Odbezpieczenie dachu, szybki ruch ręką i… już. Cały proces można przeprowadzić jedną ręką bez wstawania. Wystarczy lekko wcisnąć dach za swoją głową.
Ręką można zamknąć też bagażnik i szybko poczuć… gabaryty auta. Niewielki kufer co prawda nie musi pomieścić mechanizmu składania dachu, ale i tak wejdzie tam zaledwie jedna walizka z małymi dodatkami. Dociskając klapę trochę mocniej można szybko uświadomić sobie jak lekkiej jest to auto. Ponieważ czujemy, że ewidentnie ugina się pod naporem siły. Waży zaledwie od 975kg.
Pogoda sprawiła, że nie było wielu okazji do jazdy bez dachu. Tego kabrioleta mieliśmy okazję przetestować i w deszczu, i bez niego. Choć dach jest materiałowy, to mimo ostrej ulewy, w środku nie czuje się większego chłodu czy wilgoci. Dach od środka jest po prostu normalny. Poczuć można za to zdecydowanie bardziej hałasy z zewnątrz, których materiał nie jest w stanie wytłumić tak dobrze, jak blacha. Bywa głośno.
Przy takiej wadze, tych rozmiarach i 2-litrowym silniku o mocy 160 koni mechanicznych można szybko poczuć, czym jest jazda roadsterem. 6-stopniowa manualna skrzynia biegów pozwala dokładnie kontrolować obroty benzynowego silnika. Auto jest zwinne, szybko reaguje na decyzje kierowcy, co przy tych gabarytach daje dużą pewność prowadzenia. Trzeba się pozbyć tylko z głowy obawy, że coś nas zaraz zwiać z drogi. Przy tak proporcjonalnie rozłożonej masie nisko osadzonego auta i sztywnym zawieszeniu, mamy dużą frajdę z prowadzenia.
MX-5 nie jest demonem prędkości, choć dynamiki nie można mu odmówić: 7,3 sekund do „setki”. Jego zaleta to zwinność i pewność, trzymania drogi. Fani szybkiej jazdy będą mogli być nieco rozczarowani, ale ten samochód nie temu służy. Kręte, leśne bądź górskie trasy, przerywane krótkimi prostymi, to przepis na bardzo fajny weekend za kierownicą. O ile tylko uda nam się spakować w jedną walizkę i wytrzymamy w nim kilkaset kilometrów „longiem”.
Mazda MX-5 to na pewno samochód wdzięczny i kultowy. Zdecydowanie nie na pierwsze auto w domu, ale jako weekendowa zabawka już dużo bardziej. Przyciąga wzrost i budzi pozytywne skojarzenia. Jest bardzo malutki (do czego trzeba się przyzwyczaić), ale ładny i ciekawie wykończony w środku, gdzie czeka nas bardzo mało miejsca i trochę niedobór schowków. To jednak samochód, którego nie kupuje się przypadkowo. Cena od 90 tys. w górę zapewni jednak kierowcy sporo satysfakcji na krętych drogach. Byle tylko nie był za duży i nie miał wielkich bagaży.
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...