Kursy językowe dla starszych i niezaawansowanych? Dlaczego coraz więcej osób po 40-stce spędza urlop w szkole

Willa w Toskanii, popularnej lokalizacji szkół językowych dla dorosłych. 123rf zdjęcie seryjne / Roksana Bashyrova
Standardowo i hurtowo wysyłamy swoje pociechy na kolonie z nauką angielskiego, a potem odkładamy na ich kursy językowe w Londynie czy na Malcie, żeby tylko ułatwić im zdanie matury, albo umożliwić studia za granicą. A czy komuś z was przyszłoby do głowy, żeby dać sobie szansę, której nie mieliście w dzieciństwie i przeznaczyć swój urlop na powrót do szkoły?

Mimo że na zachodzie Europy i w Stanach wyjazdy tego typu nikogo nie dziwią, u nas reakcją będzie w najlepszym wypadku dobrotliwe postukanie się w głowę. W nadwiślańskim grodzie lubimy mieć wszystko ułożone warstwami i sztywno wykrochmalone, ustalonego porządku lepiej nie tykać. Tak więc jeśli do końca studiów nie uda ci się spędzić dwóch miesięcy w Indonezji i nauczyć portugalskiego nie licz, że ktoś określi potem twoje zapędy w tej dziedzinie inaczej niż 'fanaberie'.

Fabio w tym roku będzie obchodził 39 urodziny. Mieszka w Rio de Janeiro, a z wykształcenia jest prawnikiem. Kontakt do niego dostaję od wspólnej znajomej, która poznała go trzy lata temu na kursie językowym w Rzymie. Fabio postanowił nauczyć się włoskiego, bo jego przodkowie do Brazylii wyemigrowali właśnie z Italii. Oprócz języka chciał też poznać Włochów i ich kulturę. Mówi, że nie zastanawiał się długo, tylko po prostu zabukował bilety. Na miejscu zaprzyjaźnił się ze wszystkimi – począwszy od zbliżającego się do 60-tki dyrektora szkoły, przez doktorantkę historii z Chorwacji, która do dysertacji potrzebowała znajomości języka innego niż angielski, aż po trzy Czeszki świeżo po maturze. Fabio twierdzi, że przyjacielskiego podejścia do ludzi nauczyła go wymiana studencka w Stanach i że o otwartości łatwo dużo mówić, ale nic tak nie pomaga w kształtowaniu jej jak poznawanie ludzi różnych narodowości.
Na południu Europy na kursach językowych spotyka się osoby ze wszystkich stron świata i w każdym wieku, niektórzy są pasjonatami danej kultury czy regionu, inni potrzebują podszlifowania swoich umiejętności do pracy, albo po prostu chcą zrobić coś dla siebie. Wbrew pozorom wybranie się na takie wakacje nie wymaga więcej zachodu niż zorganizowanie sobie urlopu bez biura podróży. Szkoły językowe za granicą niejako w pakiecie pomagają swoim uczniom w znalezieniu dogodnego zakwaterowania na czas kursu. Najczęściej są to miejsca u prywatnych osób, przeważnie rodzin, albo pokoje w samodzielnych mieszkaniach, które dzieli się z innymi kursantami i lokalnymi studentami. Ceny nie są sztucznie windowane, za pokój w Barcelonie czy w Paryżu zapłacimy jego cenę rynkową. Szkoła poręczy za właściciela, a dodatkowo dopilnuje, żebyśmy nie mieszkali dalej niż 20 minut minut komunikacją miejską od miejsca, w którym odbywają się zajęcia. Jeśli wybieramy się w miejsce, w którym nigdy nie byliśmy i obawiamy się czy poradzimy sobie z dotarciem z lotniska do mieszkania, a nie chcemy przepłacać za taksówkę, zawsze możemy poprosić koordynatora ze szkoły, żeby ktoś po nas wyszedł.

Julia ma 31 lat i mieszka w Krakowie. Pracuje jako lektorka języka polskiego dla obcokrajowców. Z wykształcenia jest filolożką, odkąd pamięta uwielbiała naukę języków, którą traktowała nie tylko jako inwestycję na przyszłość, ale też jako rozrywkę. Nie planowała jednak wykorzystania urlopu na naukę języka, ani tym bardziej tego, że takie wakacje spodobają się jej na tyle, że będzie spędzała je w ten sposób przez 4 lata. Po prostu ktoś ze znajomych powiedział jej, że Włoski Instytut Kultury pokrywa część kosztów takiego kursu, wystarczy napisać podanie i dobrze umotywowany list motywacyjny po włosku. Prośba została rozpatrzona pozytywnie, a Julia ruszyła na podbój Wiecznego Miasta. Dzięki tej niepozornej rozrywce dziś wraca do Rzymu już nie do szkoły, a w celach zawodowych.
Lektorzy języków obcych odradzają tę formę wypoczynku na krócej niż dwa tygodnie. W nauce tego typu ważna jest integracja z grupą, to, żeby pooddychać atmosferą danego miasta, powłóczyć się, popróbować potraw. To zupełnie inny typ zwiedzania niż pobyt w hotelu i zwiedzanie zabytków z przewodnikiem w dłoni. Dzięki szkole można poczuć się na chwilę mieszkańcem danego miasta, w końcu umawiamy się ze znajomymi na wieczór czy jeździmy metrem z zakupami jak gdybyśmy wracali właśnie z pracy. Różnica jest taka, że w nowym otoczeniu te codzienne, banalne czynności nie męczą. Podróż komunikacją miejską z której okien widać secesyjne kamienice i platany zamiast nużyć dostarcza wrażeń, a gotowanie paelli ze świeżych owoców morza kupionych za grosze na targu nie ma w sobie nic z codziennego obowiązku. Mimo że kurs hiszpańskiego w porównaniu do objazdówki „tydzień w Andaluzji” może się wydawać mało emocjonujący i dość statyczny, ma w sobie znamiona dalekiej podróży. To czas na poznanie prawdziwej twarzy miasta i regionu, zajęcia w standardowym programie trwają 4-5 godzin i kończą się przed godziną 14.
Uczestników kursów najbardziej dziwią zawsze niskie koszty wyżywienia, których nigdy by się nie spodziewali wspominając swoje wcześniejsze doświadczenia z podróżami. Na południu Europy bardzo rozwinięta jest kultura jedzenia poza domem, na jednego mieszkańca przypada kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lokali więcej niż w Polsce, wyższa konkurencja obniża znacznie ceny. Tyle, że nie znając mieszkających w danym mieście ludzi, jak to bywa w wyjazdach weekendowych czy z biurami podróży, najczęściej jesteśmy skazani na restauracje prowadzonej w łatwo dostępnych miejscach, gdzie jadają tylko turyści słabo zorientowani w cenach. Każda z osób z którą rozmawiałam o wakacjach w szkole językowej podkreśla, że jedzenie stanowiło oszczędność w stosunku tego, ile planowali wydać. Magdalena jadła tylko poza domem, bo było ją na to wbrew przewidywaniom stać, a Fabio wrócił do domu z nadprogramową ilością gotówki. Kilka tygodni w obcym mieście to także idealna szansa na doskonalenie umiejętności kulinarnych, czemu sprzyja dostępność i niskie ceny składników, które w Polsce uchodzą za rarytasy. Świeże karczochy, szynka Serrano, dziesiątki rodzajów najlepszych oliwek czy dobre wino to standardowe produkty, które kupimy w każdym sklepie.

Nauczyciele chętnie polecają swoje ulubione lokalne knajpki, których nie znają nawet najlepsi przewodnicy, większość szkół organizuje też dodatkowe atrakcje takie jak wizyty w zaprzyjaźnionych winiarniach, czy nocne spacery po mieście. Magdalena, wbrew imieniu Kanadyjka, na pierwszy wyjazd tego typu zdecydował się kiedy jej córka weszła w ten wiek, kiedy nie chce się już jeździć z rodzicami na wakacje. Koleżanki z pracy wzdychały do białych plaż i all inclusive, ona postanowiła wrócić do, jak sama przyznaje, infantylnego marzenia o Paryżu. Bała się, że nikogo nie pozna i spędzi dwa tygodnie włócząc się sama po ulicach i odliczając dni do wyjazdu. Koniec końców to właśnie łatwość nawiązywania znajomości najbardziej ją zaskoczyła, trzeciego dnia piła drinki z nauczycielem i Japonkami z grupy, a w weekend pojechała z nowymi znajomymi zwiedzać Wersal.
– Wydaje mi się, że chodzi o to, że większość osób trafia na taki kurs w podobnej sytuacji. No wiesz, nowe miasto i twarze, nie do końca opanowany język...Jest się trochę zagubionym, ale paradoksalnie bardziej otwartym na zawieranie znajomości, niż np.na wycieczkach z biur podróży, gdzie łatwiej o atomizację. Jednoczą też same zajęcia, na poziomie ponad podstawowym i średnio zaawansowanych dużo jest lekkich tematów, takich jak czas wolny, potrawy narodowe, rodzina. Sztuczna sytuacja konieczności rozmowy o prostych, ale przyjemnych rzeczach pozwala się szybciej poznać. No i zawsze dochodzi też bariera językowa, w konwencjonalnych sytuacjach konwersacyjnych wszyscy wydają się od razu znacznie sympatyczniejsi – śmieje się Magdalena, która w tym roku wybiera się na trzytygodniowy kurs, tym razem na południe Francji.

Koszt dwutygodniowego kursu językowego po pięć godzin dziennie i z wolnymi weekendami w szkole w centrum Barcelony to około 300 euro, analogiczny kurs włoskiego w kameralnej Florencji to około 350 euro, podobne ceny są w Paryżu, nieco drożej jest na południu Francji. Między 1000, a 2000 zł kosztuje dwutygodniowe zakwaterowanie w samodzielnym pokoju w kilkuosobowym mieszkaniu. Ceny różnią się w zależności od standardu i miejsca, we Włoszech i w Hiszpanii właściwie w każdym mieście znajdziemy szkołę językową dla obcokrajowców, a im miasto mniejsze, tym cena atrakcyjniejsza. I tak np. w półmilionowej Maladze na południu Hiszpanii dwutygodniowy kurs to 280 euro, a lekcje w Perugii, sercu Umbrii, czyli najbardziej zielonego regionu Italii to zaledwie 250 euro.

Znalezienie szkoły nie powinno nastręczać problemów, wystarczy tylko wpisać nazwę wybranego miasta w połączeniu z hasłem "language school", strony internetowe mają kilka wersji językowych, kontakt mailowy jest szybki, sprawny i prowadzony w nienagannym angielskim. Oczywiście każda szkoła ma szereg grup na różnym poziomie zaawansowania, a zajęcia w zależności od umiejętności uczestników kursu prowadzone są po angielsku lub w języku danego kraju. Ilość uczestników waha się przeważnie od 5 do 12 osób, więc uwagę lektora ma się niejako w pakiecie. Średni wiek kursantów to około 25 lat, raczej nie spotkamy tu osób przed 20. rokiem życia, jako że taki wyjazd wymaga sporej dozy samodzielności. Osoby po trzydziestce nie są odosobnionymi przypadkami, choć Polaków w tej grupie wiekowych jest niewielu. Nie do przecenienia jest też zastrzyk motywacji. Czym innym jest zapisanie się na kurs w Polsce i żmudne wkuwanie słówek do testów, robienie ćwiczeń w zimne, ciemne wieczory, a czym innym intensywna praca na zajęciach bez punktów i ocen, której efekty widzimy po kwadransie od wyjścia z zajęć na rozgrzaną ulicę .
W Polsce urodzonym w latach 80. i 90. łatwo było się nauczyć języków. W trakcie ich dzieciństwa otwarto granice, Polska dołączyła do strefy Schengen, szkolnictwo reformowało się hojnie dokładając do programów nauczania dodatkowe godziny języków obcych, a rynek podbijały prywatne szkoły językowe walczące o uczniów coraz atrakcyjniejszymi warunkami i cenami kursów. Starsze pokolenia nie miały na to szansy, ale przecież zawsze można spróbować, wystarczy tylko wyjść poza ramy myślenia o wakacjach "odpowiednich" dla osoby, która formalną edukację ma już dawno za sobą. To rodzaj kontrolowanej przygody, gdzie nie trzeba walczyć z przyrodą, własnym ciałem czy szokiem kulturowym, za to wrażeń jest mnóstwo. Nawet dwa tygodnie w szkole językowej pomagają się otworzyć, zmienić myślenie o sobie i podejście do życia, ponieważ siłą rzeczy jest się osadzonym w zupełnie nowym kontekście, i to w grupie ludzi nastawionych na poznawanie siebie, kultury, języka i kuchni.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...