Kiedy książę jest mały. O tym jak kobiety skreślają niskich mężczyzn już na wstępie

Podobno małe jest piękne. 123rf zdjęcie seryjne / Konrad Bak
Czym jak czym, ale akurat wysokim wzrostem polscy panowie nie grzeszą. Tymczasem to właśnie centymetry są jedną z najbardziej pożądanych cech męskiej aparycji. Wysocy faceci są często uważani za przystojniejszych nawet od tych, którzy mogą poszczycić się regularnymi rysami i mocno zarysowaną szczęką, a jak pokazują badania, w Stanach nawet uprzedzenia na tle rasowym są słabsze niż niechęć do niskich.

Pierwsze wizje „tego jedynego” dziewczynki zaczynają tworzyć już w przedszkolu. Wszak każda księżniczka oprócz odpowiedniej sukni, wieży i dobrej wróżki potrzebuje także księcia. Nastolatki do wersji demo (biały koń + słomkowe włosy) dorzucają mięśnie brzucha, umiejętność gry na perkusji albo podpatrzoną na filmach skłonność do zasypywania ukochanej bukietami róż. Ten obraz weryfikują potem trochę pierwsze związki, raz na zawsze wykreślając z listy bogu ducha winnego rumaka, dorzucając za to cechy takie jak prawdomówność czy wyrozumiałość.



Koniec końców na ślubnym kobiercu stajemy, i to najszczęśliwsze na świecie, obok wersji księcia, na widok której kilkanaście lat wcześniej popukałybyśmy się w głowę. Godzimy się na lekkie seplenienie czy jego głęboką miłość do koszykówki i gier wideo. Jest jednak cecha, której żadna kobieta, niezależnie od wieku i szerokości geograficznej nie zakreśliłaby w kwestionariuszu preferencji. Cecha, która zniechęca do pierwszej randki znacznie skuteczniej niż zakola czy małe dłonie. Mowa oczywiście o wzroście. Konkretnie tym niezbyt imponującym. Wielu kobietom łatwiej niż przymknąć na niego oko byłoby je zacisnąć, skrzyżować palce i zacząć mamrotać pod nosem w przypływie wiary w bajki zaklęcie "urośnij,urośnij" .
Przesiew i odsiew
Na Tinderze, jednej z najpopularniejszych aplikacji randkowej na świecie, podanie wzrostu przez osobnika płci męskiej stanowi niepisany obowiązek. Nie zapominają o nim nawet mężczyźni o lakonicznych opisach, zwiększając swoje szanse lub też unikając potencjalnych nieprzyjemności.

– To nie tak, że mam miarkę w oczach... Pewnie mogłabym być z niższym chłopakiem, gdybym się w nim zakochała, tyle że w czasach aplikacji randkowych nie muszę się ograniczać do wąskiej grupy mężczyzn, mogę przebierać – mówi Julia, świeżo upieczona absolwentka SGH. I dodaje – Kiedy korzystasz z Tindera i tak musisz opracować jakąś metodę eliminowania kandydatów na spotkania. Przecież nie pójdziesz na kilkaset randek. Jeśli piszę, powiedzmy z 15 facetami i wszyscy są porównywalnie zabawni i inteligentni, ostatni w kolejce do spotkania będzie u mnie ten, który przyznał się do niskiego wzrostu.

Pytam Julii czy nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, niezależną od przymiotów fizycznych drugiej osoby. Zastanawia się chwilę i mówi, że to nie tak. – Nie wyobrażam sobie, żebym poczuła pociąg fizyczny do niższego faceta, a myślę, że to całe pierwsze wejrzenie to właśnie taki rodzaj chemii. Być może mogłabym zakochać się w niskim facecie, którego bardzo dobrze bym już znała i szanowała, ale myślę, że nie byłby to gorący romans, tylko raczej stateczne uczucie – komentuje 26-latka.

Antytyp: niski i łysy
Pomijając teoretyczne rozważania o preferencjach, wokół niskich mężczyzn nawarstwiło się też trochę przesądów. Często mówi się, że są wredni czy żądni władzy (przywołując szkaradny wzrost znanych polityków). W każdym stereotypie jest jednak ziarno albo chociaż ziarenko prawdy. Kobiety zagadnięte o kwestię wzrostu na jednym z zamkniętych kobiecych forów potwierdzają, że mają doświadczenia z mężczyznami, którzy nie mogą pochwalić się wysokim wzrostem, a przy mają tendencję do wygłaszania złośliwych uwag. Być może to współczesny rodzaj barw ostrzegawczych, gdzie zamiast czerwonych piór mówiących „nie podchodź” (czy też może raczej „boję się ciebie, więc chcę cię przestraszyć”) mamy zjadliwy komentarz na każdy temat sygnalizujący „o wzroście nie rozmawiamy”.

Zestaw rzadko brany na wynos to facet niski i łysy. Jakkolwiek przesądy dotyczące niskich mężczyzn rozsądna kobieta włoży między bajki, tak wczesna łysina może poświadczać wysoki poziom testosteronu danego osobnika. A samiec alfa z typową do podgatunku skłonnością do dominacji, podlany kompleksami wywołanymi wzrostem siedzącego owczarka niemieckiego, to rzeczywiście potencjalna mieszanka wybuchowa.

Piotr, trener biznesowy po 40-stce nie miał nigdy problemu z tym, że do klasycznego metra osiemdziesięciu trochę mu brakuje. Oczywiście, gdyby mógł wybierać, chciałby mieć kilka centymetrów więcej, ale uważa, że w męskich kompleksach dotyczących wzrostu wcale nie o centymetry chodzi.

– Wydaje mi się, że to raczej objaw przekonania, że jest się niewystarczającym na jakimś innym polu. Zawodowo czy prywatnie coś nie układa się po twojej myśli i zamiast zastanowić się dlaczego, zaczynasz dopatrywać się przyczyny w czymś tak mało istotnym, jak wzrost – komentuje Piotrek. Dodaje, że nigdy nie miał problemu z poderwaniem dziewczyny, która wpadła mu w oko. Dodaje, że długo był z wyższą od siebie kobietą i nigdy nie przyszłoby mu do głowy proszenie jej o zmianę szpilek na baletki.
Heighterki
W latach 70. na łamach „New York Timesa” powstało pojęcie heightismu (hejtyzmu), czyli dyskryminacji ze względu na niski wzrost, które zdążyło wejść już nawet do słowników. Jego wprowadzanie było efektem badań socjologa Saula Feldmana, który pokazał skalę dyskryminacji społecznej niskich mężczyzn (kobiet ten problem zdaje się nie dotyczyć).

Poza niższymi zarobkami czy prześmiewczym obrazem w mediach, Feldman badał także powodzenie matrymonialne niższych mężczyzn. Okazało się, że negatywna ocena niskiego wzrostu jest w Stanach co najmniej tak silna, jak uprzedzenia rasowe. Mężczyzna mierzący 5,8 stopy, czyli około 173 cm, żeby być ocenionym przez grupę kobiet jako równie atrakcyjny, co facet mający około 185 cm musiałby zarabiać od niego o 146 tysięcy dolarów rocznie więcej. Gdyby był niższy jeszcze o dziesięć centymetrów, jego dochody musiałyby być wyższe aż o 277 tysięcy dolarów, żeby wzbudzić zainteresowanie płci przeciwnej. Analogiczne porównanie przeprowadzono na tle rasowym. Mężczyźni poniżej 170 cm byli dla białych kobiet znacznie mniej atrakcyjni od Azjatów, Latynosów i Murzynów, którzy już na wstępie badania zostali zaklasyfikowani jako najmniej pożądani partnerzy.

Aleksandra, 32-letnia tłumaczka z Warszawy ma 177 cm wzrostu i burzę blond włosów, a do tego problem ze zbudowaniem stałego związku. Jak utrzymuje, przez to, że polscy mężczyźni są niscy. Kiedy rozmawiam z nią o tym, że dla wielu kobiet wysoki wzrost partnera to rodzaj prestiżu, analogiczny do tego związanego z byciem z dziewczyną o gabarytach modelki, prycha – Dla mnie i podejrzewam, że także dla wielu wysokich dziewczyn, chęć posiadania wyższego faceta to przede wszystkim kwestia obrazu własnego ciała. Kobiet marzą, żeby być szczuplejsze, a drobny facet tę często irracjonalną potrzebę tylko napędza. Chodzi też o proporcje i różnice w budowie. Jeśli stanę obok faceta, który ma metr osiemdziesiąt, to najpewniej będę miała od niego grubsze uda i dłonie podobnej wielkości. W takim związku czułabym się skrajnie nieatrakcyjna, ale podobnie nieatrakcyjny byłby dla mnie niski facet. Szybciej obudziłby we mnie instynkt macierzyński, niż pożądanie – opowiada Ola.
Wysoki atawizm
Wiele dziewczyn lubi czuć rodzaj męskiej dominację fizycznej. Nie chodzi tu o aspekt seksualny, a przynajmniej nie tylko. To raczej kwestia wrażenia, że w męskich ramionach jest się drobną i delikatną, które gwarantuje, niejako z urzędu, wyższy partner. Wiele kobiet wskazuje też na irracjonalne poczucie bezpieczeństwa, które zapewnia im te kilkanaście centymetrów mniej. Biorąc pod uwagę, że pierwotnie najatrakcyjniejszymi samcami byli ci najsilniejsi, można powiedzieć, że powodzenie wysokich mężczyzn jest po prostu rodzajem atawizmu. I to atawizmu, który na przestrzeni kilku ostatnich dziesięcioleci stał się jeszcze bardziej pożądany za sprawą świata mody, uwielbiającego wysokich chłopaków. To dla wysokich facetów są projektowane ubrania, nie trudno się więc dziwić, że to oni najlepiej w nich wyglądają. Mogą się świetnie ubrać nawet przy minimalnym wysiłku i nakładzie środków.

W połowie lipca do kin wchodzi francuska komedia romantyczna „Facet na miarę”. Rozwiedziona prawniczka poznaje Alexandra, który dzwoni na jej numer, żeby oddać zgubiony telefon. Ponieważ jest całkiem zabawny, a do tego szarmancki, kobieta godzi się na spotkanie, na którym okazuje się, że mężczyźnie do wzrostu księcia z bajki brakuje naprawdę sporo. A dalej? W filmie jak w życiu. Choć chętnie zgrywamy niedostępne i opowiadamy koleżankom o oczekiwaniach, zakochujemy się w zupełnie innych mężczyznach niż byłybyśmy w stanie przewidzieć. Okazuje się, że urzeka nas ciepłe podejście do nieznajomych ludzi, czy podniecają mocno owłosione przedramiona, co podczas tworzenia życzeniowej wyliczanki nie przyszłoby nam do głowy.
Lubimy wyobrażać sobie czasem hipotetyczne sytuacje społeczne z detalami – a to bal sylwestrowy, a to własne wesele czy urodziny przyjaciółki w modnej knajpie. W tych wizjach mamy wygodne 12-centymetrowe szpilki, których nigdy nie udało się nam znaleźć w sklepie, znajomi jacyś tacy zabawniejsi, a przy boku facet, na którego widok szczęki opadają koleżankom z podstawówki i ciotecznym babkom. Fajnie od czasu do czasu posnuć tę wizualną narrację o byciu królewską parą pośród ogrodu i polskimi Beckhamami, ale w praktyce nikogo nie obchodzi kto jest wyższy o ile od kogo i jak to wyjdzie na zdjęciu. Presja społeczna związana z męskim wzrostem jest faktem, ale jeśli rodzi wątpliwości co do konkretnego egzemplarza ludzkiego, to widocznie oprócz wzrostu przeszkadza nam coś jeszcze. Albo instagramowe życie wśród kwiatów, ozdobnych poduszek i ciastek pomyliło się nam z codziennością.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...