Flamenco, taniec który najlepiej smakuje po czterdziestce

Kasia Kubicka uczy flamenco od 9 lat, tańczyć zaczęła w 2002 roku. fot. Maciej Stanik
Flamenco ma w powszechnej świadomości smak sklepiku z pamiątkami na lotnisku, gdzie w pędzie kupujemy dziadkom magnesy na lodówkę z tancerkami w czerwonych sukniach i długopisy z inskrypcją „Viva Espana”. Mimo łatki tyle nieautentycznego, co kolorowego folkloru, to taniec w którym drzemie głębia znacznie wykraczająca poza perfekcyjne opanowanie poszczególnych kroków i gestów.

Flamenco przez wielu tancerzy i teoretyków jest postrzegane jako sposób na pełne wyrażenie uczuć, oczyszczające przepracowanie smutku bez ucieczki od niego. To mierzenie się z najgłębiej skrywanymi, najsilniejszymi emocjami wyzwalanymi przez ruch, muzykę i śpiew. Flamenco pozwala zetrzeć się z własnym lękiem, mówić bez skrępowania o namiętności. Ćwiczące kobiety zgodnie podkreślają, że wyzwala pewność siebie, dumę z ciała niezależną od jego gabarytów.
Kasia Kubicka, która zgodziła się dla nas zatańczyć, na co dzień pracuje w jednej z newsowych stacji telewizyjnych i od 9 lat uczy flamenco. Opowiada, że kilka lat temu, kiedy taniec był w Polsce szczególnie popularny za sprawą „Tańca z gwiazdami” na lekcje przychodziło mnóstwo kobiet. Czasem ciężko było znaleźć miejsce w grupie. Teraz jest już znacznie spokojniej.
– Flamenco wymaga ogromnej cierpliwości do siebie i swojego ciała, pewnego rodzaju spokojnej zgody na to, że opanowanie niektórych kroków czy gestów trwa. To próba charakteru, bo pozornie nie wydaje się bardzo skomplikowanym tańcem. Tu przytup, tam wyginająca się dłoń... Tymczasem to gesty wymagające wyjątkowego dopracowania i ekspresji. Także dlatego we flamenco często dobrze odnajdują się dojrzalsze kobiety, które nie irytują się łatwo na brak natychmiastowych efektów – opowiada Kasia.


Sama bakcyla połknęła dopiero po trzech latach. Pierwszy raz usłyszała o flamenco od koleżanki jeszcze w podstawówce, ale sama zaczęła tańczyć w 2002 roku kiedy miała 20. Na jakiś czas przerwała naukę, a potem wróciła do zajęć, tyle, że w innej szkole. Wiele dziewczyn, które się tam uczyły, zbierało cały rok pieniądze, żeby pojechać na miesiąc do szkoły tańca w Sewilli. Kasia wiele nasłuchała się o takiej formie spędzania wakacji i dostała namiary na szkoły i noclegi. Postanowiła pojechać i wsiąknęła na dobre. W tej mekce wielbicieli flamenco ćwiczy się bardzo intensywnie, po kilka godzin dziennie w studiach znajdujących się w różnych częściach miasta. To ogromny przeskok w porównaniu do 2 godzin zajęć w tygodniu w Polsce. Do Sewilli i kilku innych hiszpańskich miast zjeżdżają co roku zapaleńcy z całego świata. To nie tylko świetny trening i ciężka praca nad sobą, ale też przyjaźnie na całe życie i wspaniałe wakacje w pięknym otoczeniu. Niezapomniane przeżycie wyjęte jak gdyby z filmu Carlosa Saury.
Dziwnym trafem sporo kobiet rozpoczyna naukę flamenco w przełomowym momencie życia – po przeprowadzce do innego miasta, urodzeniu dziecka, rozwodzie, czy po przejściu na emeryturę. Być może chodzi o solowy charakter tańca, gdzie uwagę trzeba poświęcić w pierwszej kolejności sobie i nie trzeba przyjść z partnerem. Niebagatelną rolę odgrywa też fakt, że flamenco jest tańcem bardzo dumnym i emocjonalnym, nie ma w nim seksualizujących figur, a ciało ma podkreślać odczuwane emocje, a nie być ponętnie prezentowane, jak w wielu tańcach skierowanych do kobiet. Pojawiają się oczywiście figury nacechowane zmysłowością, ale stanowią głównie pożywkę dla wyobraźni.

Powszechne przekonanie, że flamenco to taniec hiszpański nie jest do końca prawdziwe. Jego historia jest bowiem tak samo złożona jak teorie usiłujące objaśnić pochodzenie nazwy. Wiadomo, że na Półwysep Iberyjski przywędrowało wraz z Cyganami, którzy przybyli tu między XIV, a XV wiekiem. Jego pierwowzorem był najpewniej hinduski taniec kathak, na co wskazują charakterystyczne ruchy dłoni, a także solowy charakter flamenco, co należy do rzadkości w innych ludowych tańcach europejskich.

Romowie byli jednym z plemion hinduskich. Opuścili Indie w okolicach X wieku i stopniowo rozprzestrzeniali się po Europie. Początkowo teoria ta bazowała jedynie na ich wyglądzie i na fakcie, że przez lata wykonywali tylko określone zawody, co wskazywało na kastowy rodowód ich społeczności. W końcu przypuszczenia potwierdziły także badania genetyczne. Cyganie po przybyciu do Hiszpanii osiedlali się w Andaluzji, tam też rozwinęło się flamenco, które asymilowało elementy z lokalnych tańców hiszpańskich.
Choć taniec kathak miał najpewniej charakter sakralny, flamenco w swoim obecnym kształcie było niemal od początku skomercjalizowane. W XVIII-wiecznym Paryżu stanowiło atrakcją podobną do kabaretu, a w samej Hiszpanii zaczęło upowszechniać się dzięki ówczesnym podróżnikom. Osoby, które miały do czynienia z tańcem w stolicy Francji poszukiwały pokazów i na Półwyspie Iberyjskim. A że nie było ich dużo, w odpowiedzi na zapotrzebowanie zaczęły powstawać kolejne companie i kultowe kawiarnie flamenco. Do dziś jedną z większych atrakcji Granady są pokazy tańca w grotach za miastem w wykonaniu cygańskich tancerzy, gdzie oprócz występów gościom serwowana jest sangria. Sami Hiszpanie są bardzo dumni z tego (nieomal) własnego dziedzictwa i na lekcje flamenco posyłają swoje dzieci tak chętnie jak my do harcerstwa. Widok małych dziewczynek w falbaniastych sukniach nie należy więc na hiszpańskich ulicach do rzadkości.
Flamenco to taniec, który najlepiej tańczy się solo. W pewnym sensie flamenco jest rodzajem ekspresji ego, gdzie tańczący skupia się nie na interakcji z partnerem, ale na swoich emocjach, które są w tym tańcu kluczowe. Tańczący muszą za to znakomicie zgrywać się z towarzyszącymi im muzykami, najczęściej osobą śpiewającą i gitarzystą, bez tej synergii żaden występ nie może się udać.

Nauczyciele zgodnie powtarzają, że często lepiej od młodych dziewczyn tańczą dojrzałe kobiety. Nie chodzi tyle o technikę, co o ekspresję emocjonalną, która leży u podstaw flamenco. Taniec zaczyna się od przywołania określonych odczuć, w zależności od tego, jaką odmianę flamenco będziemy wykonywać. Są style (palos) wesołe, dopuszczające nawet skoki, są też pieśni o miłości czy śmierci. Dobre zatańczenie poważniejszych gatunków wymaga oprócz techniki także pewnego doświadczenia życiowego, które pozwoli ukazać tzw. duende.

To pojęcie, oznaczające w wolnym tłumaczeniu „mieć duszę” wprowadził w jednym ze swoich wykładów z 1922 Federico Garcia Lorca, próbując zdefiniować niezwykłą naturę flamenco. Pojęcie pochodzi od imienia ducha z ludowych podań hiszpańskich, który pozwalał na przywołanie niegdysiejszych wrażeń tak silnie, że wywołują u człowieka dreszcz. Duende jest nierozerwalnie związane z autentycznością tańczącego i umiejętnością ekspresji emocji. Potrzeba do niego świadomości własnego ciała, ale też świadomości jego śmiertelności. W swojej książce „W poszukiwaniu duende” Lorca objaśniał ten koncept jako połączenie człowieka w tańcu z pierwotnym duchem ziemi. Miało ono umożliwić skonfrontowanie się ze śmiercią i z pożądaniem, a także w pełni uświadomić tańczącym i widzom, że mimo że żyją w racjonalistycznym świecie, mamy ograniczone umiejętności intelektualne zrozumienia emocji, które są silniejsze niż intelekt. Lorca uważał, że każdy rodzaj sztuki ma pewien potencjał wyrażenia duende, ale najbardziej predestynowane są do niej jej dziedziny, które są chwilowymi sytuacjami między artystą, a odbiorcami, gdzie dużą rolę odgrywa ekspresja i improwizacja.
Przygodę z flamenco najlepiej zacząć od specjalizującej się w tym tańcu szkoły, a nie w sieciowej instytucji oferującej wszystkie style taneczne. Flamenco jest silnie związane z kulturą czy z muzyką, a poświęcone jego nauczaniu szkoły nie sprowadzają go do funkcji kilku kroków i przytupów. Średni koszt jednorazowej, godzinnej lekcji w małej grupie wynosi w Warszawie 40 zł, w mniejszych miastach jest przeważnie niższy o około 10 zł. Cena karnetów typu open, które uprawniają do kilku godzin zajęć przez 7 dni w tygodniu waha się w okolicach 300-350 zł. Kasia, bohaterka naszej sesji uczy w warszawskiej szkole Triana. Wakacyjne, kursy w trybie warsztatowym prowadzi w tym rokuStudio Flamenco. W sierpniu można wybrać się z kolei do Sopotu na festiwal flamenco, który współorganizuje znane warszawskie studio Flamencoarte Nadii Mazur.

– Tańczymy na cześć miłości, jej braku, śmierci...Próbujemy dotrzeć do serc widzów. I prawdę mówiąc nawet nie ma potrzeby, żeby widzowie rozumieli nasz spektakl. Muszą tylko go czuć. Nie sądzę, że zawsze zachwycając się malarstwem rozumiemy je. Tak samo jest z flamenco – mówiła w wywiadzie udzielonym łódzkiej „Gazecie Wyborczej” Cristina Hoyos, jedna z największych żyjących współcześnie tancerek flamenco. Z pewnością to znacznie więcej niż zwykły taniec, gdzie kilka kroków wystarczy, żeby zgrabniej zawirować na imprezie i zrozumieć o co chodzi. Nauka flamenco to długi proces, możemy zacząć tańczyć po pół roku, ale jeśli połkniemy haczyk zamieni się w zajęcie na całe życie.

Napisz do autorki: helena.lygas@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...